„Symbolicznym celem mojego rejsu po Wiśle miało być zdjęcie, jak płynę przed gdańskim żurawiem. Ten cel udało mi się osiągnąć” - powiedział Leszek Dolaciński ze Żnina
fot. Bogdan Piotrowicz
Ludzie Pałuk, Ikar, Wisła, żeglarz, Leszek Dolaciński
Ikarem po Wiśle
Żeglarz ze Żnina postanowił odbyć rejs swoim jachtem Wisłą do Gdańska. - Królowa polskich rzek okazała się wcale niełatwą drogą dla żeglarzy, ale dzięki dzielnemu „Ikarowi”, sprzyjającym wiatrom i pomocy napotkanych ludzi, pokonałem trasę i przeżyłem wspaniałą przygodę. Czas już było wydostać się z zamkniętego akwenu naszego jeziora i zaznać czegoś nowego - opowiada Leszek Dolaciński.
Leszek Dolaciński ma 60 lat. Mieszka w Żninie na ul. Żeglarskiej, a taki adres zobowiązuje. Od około 20 lat mężczyzna pasjonuje się żeglarstwem. Od końca lat 90. ubiegłego stulecia posiada patent sternika. Dotychczas jego łódź Ikar - jacht kabinowy w klasie T.1 typu dorado, wyprodukowany w latach osiemdziesiątych w Chojnicach - na cumie zawsze stała na Jeziorze Dużym Żnińskim. I to był również jedyny akwen, który Leszek Dolaciński znał z własnych rejsów. - Z naszego jeziora nie ma możliwości wyjścia na jakikolwiek szlak wodny bez transportowania łodzi na lawecie. Dotychczas żeglowanie na naszym jeziorze mi wystarczało, ale w zeszłym roku pomyślałem sobie, że chciałbym zaznać czegoś nowego. Stwierdziłem, że w 2014 r. zacznę od rejsu Wisłą do Gdańska i mam plan, by w każdym kolejnym roku odbywać „Ikarem” przynajmniej jeden długi rejs - mówi Leszek Dolaciński. Na co dzień żaglówka cumuje niedaleko jego domu żninianina, w sąsiedztwie domku rybaka nad Dużym Jeziorem.
Na wiele miesięcy przed planowaną pierwszą eskapadą na Ikarze Leszek Dolaciński zabrał się za przygotowania. Należało przysposobić łódź do łatwego i szybkiego kładzenia i stawiania masztu. Jest to nieodzowne, zwłaszcza podczas rejsu rzeką. Ambicją żeglarza ze Żnina było jednak pokonanie całej trasy tylko dzięki sile wiatru. Silnik paliwowy jednostki uruchamiał wyłącznie podczas wpływania do przystani. - Chodziło mi też o to, żeby w trakcie rejsu tylko sporadycznie opuszczać pokład „Ikara”. Tutaj spędzałem noce i tutaj sobie przygotowywałem posiłki. „Ikar” to mała, ale odważna i sprawna jednostka. Jestem z niego dumny, bo jak się okazało, rejs Wisłą to wcale nie taka prosta sprawa - opowiada Leszek Dolaciński.
Jego przygoda nie doszłaby do skutku, gdyby nie uprzejmość Mieczysława Mikołajczyka, komandora przystani Jacht Club Polska w Bydgoszczy, gdzie żninianin na swoim Ikarze miał swoją bazę wypadową. Jednostka Leszka Dolacińskiego została przewieziona miesiąc przed rejsem, czyli jeszcze pod koniec maja. Żeglarz z Pałuk miał bowiem do zrealizowania przed główną swoją podróżą okres przygotowawczy.
W ramach przetarcia wziął udział na przełomie maja i czerwca w 49. Regatach Toruń - Bydgoszcz. W swojej klasie zajął w nich 6 miejsce. Brał też udział w paradzie jednostek pod nazwą Ster na Bydgoszcz.
Rejs Wisłą w kierunku Gdańska rozpoczął w Boże Ciało 19 czerwca. Na pokładzie swojej jednostki pływającej był sam, ale nie oznacza to, że w całym przedsięwzięciu nie miał towarzyszy. Otóż na drugim, dużo większym jachcie Sportino, na trasę wyruszyli koledzy Leszka Dolacińskiego, którzy na co dzień mieszkają w Bydgoszczy: Bogdan Piotrowicz z synem Krzysztofem.
Zaraz po przepłynięciu przez nadwiślańską dzielnicę Fordon jacht Sportino trafił na mieliznę. Wzywane na ratunek trzy mniejsze holowniki ze starymi cumami nie dały rady wyciągnąć jednostki z płycizny. Udało się to dopiero czwartemu, większemu holownikowi. - A mnie takie zdarzenie spotkało dalej na trasie, dokładnie w okolicach Grudziądza. W czasie rejsu uczyłem się, jak czytać wodę - jak zachowuje się nurt. Ta umiejętność czytania pozwala na uniknięcie mielizny. Wisła jest szeroką rzeką, ale w środkowej części koryta bywają miejsca bardzo płytkie. Gdy człowiek na nich stanie, to okazuje się, że wody ma ledwie po kostki nóg. Jeden raz nie udało mi się w porę rozpoznać, że wpływam na mieliznę i nie zdołałem wystarczająco szybko zmienić kursu. Skończyło się tym, że „Ikar” wpłynął na piasek na środku królowej polskich rzek. Na szczęście, akurat płynęli w dół rzeki kajakarze. Pokonywali rzekę od Krakowa do Gdańska i akurat natknęli się na mnie. Ponieważ była ich większa grupka, to wychodząc ze swoich kajaków, mogli chwycić burty mojej żaglówki. Bujali tak „Ikarem”, przesuwali go, że zdołał po około pół godziny z powrotem wpłynąć na głębszą wodę. Obyło się zatem bez pomocy holownika. Te liczne mielizny skończyły się dopiero na wysokości Tczewa - opowiada Leszek Dolaciński.
Żninianin podkreśla, że nad wodą, jeśli chodzi o kontakty między turystami, panuje specyficzna atmosfera. Bardzo łatwo i bardzo szybko nawiązuje się kontakty. Od razu też przechodzi się w rozmowach z przypadkowo spotkanymi osobami z całej Polski na ty. Jacht Leszka Dolacińskiego miał napisaną na swoich deskach nazwę Żnin. Jak opowiada żeglarz, większość napotykanych ludzi od razu kojarzyło tę nazwę, czy to widząc ją napisaną na Ikarze, czy to słysząc od Leszka Dolacińskiego, że jacht jest właśnie ze stolicy Pałuk.
Żeglarz nie chciał od razu płynąć w kierunku Gdańska, gdzie założył sobie za cel przepłynięcie przed słynnym żurawiem i uwiecznienie tego momentu na fotografii. Po drodze postanowił odbić na Zalew Wiślany i opłynąć jego polską część. Ten akwen to było jeszcze większe wyzwanie dla niedużego Ikara. Żeglarz po drodze zatrzymywał się na tym akwenie w przystaniach w Krynicy i Fromborku. Zalew jest wprawdzie dość płytki, ale wiatr potrafi tutaj osiągnąć dużą prędkość i fale nagle stają się bardzo wysokie, jak na możliwości takiego jachtu, jakim pływa żninianin. Tamtego dnia, jak później informował kapitanat we Fromborku, nad zalewem wiało 6 stopni w skali Beauforta. Jest to już silny wiatr i na wodzie tworzyły się fale, na których pojawiały się grzywy. - „Ikar” jest dzielny i udało się dotrzeć do portu we Fromborku, choć przyznam, że powiadomione o moim zbliżaniu się wszystkie służby ratownicze stały już gotowe do akcji. Na szczęście obyło się bez konieczności udzielania mi pomocy w bezpiecznym dotarciu do przystani - mówi Leszek Dolaciński.
Jedną z przystani, do których na swojej trasie przycumował żeglarz ze Żnina, był Elbląg. Tutaj w porcie jego łódkę z napisem Żnin dostrzegł jakiś przechodzień. Podszedł do wodniaka i zaczął wypytywać go, czy rzeczywiście dotarł do Elbląga ze Żnina. - Okazało się, że ten pan to Piotr Stosik, który pochodzi ze Żnina. Jego dziadkowie kiedyś byli moimi sąsiadami jeszcze na ul. Bohaterów. Teraz Piotr Stosik mieszka w Elblągu. Akurat spotkał mnie, gdy był nad wodą z panią Zofią Lichocińską. Ona również ma korzenie w Żninie, jej dziadkiem był nasz słynny przewodnik w kolejce wąskotorowej. Z panem Piotrem Stosikiem spotkałem się jeszcze następnego dnia. Był moim przewodnikiem po najciekawszych miejscach w Elblągu. To było bardzo miłe i fajne, że na trasie udało się mi spotkać ziomków pochodzących z rodzinnych stron - dzieli się wrażeniami Leszek Dolaciński.
2 lipca wraz z kolegami z Bydgoszczy dotarł do Gdańska. Tak, jak sobie założył, przepłynął swoim Ikarem przed gdańskim żurawiem, a koledzy uwiecznili to na fotografii. - Jednak pomyślałem sobie, że skoro już jestem nad morzem, to ja i mój jacht powinniśmy jeszcze zmierzyć się przy okazji z falami Zatoki Gdańskiej. Wypłynąłem więc na parę godzin i na ten akwen, żeby i to doświadczenie móc zapisać na swoim koncie - powiedział żninianin. Jego szlak wyniósł grubo ponad 200 km. Wyłączając wspomniane wejścia do portów i przystani, kiedy to Leszek Dolaciński uruchamiał silnik Ikara, cała trasa została pokonana przez niego wyłącznie dzięki sile wiatru, a czasami - jak na mieliźnie pod Grudziądzem - rąk swoich i dobrych ludzi napotkanych na szlaku. Żninianin bardzo jest z tego faktu dumny.
Na wodzie, licząc od początku okresu przygotowawczego przed głównym rejsem, przebywał od 29 maja do 2 lipca. Po zakończonej żegludze w Gdańsku zjawił się wspomniany Mieczysław Mikołajczyk z przystani w Bydgoszczy. Przyjechał po żeglarzy samochodem z lawetą. - Przyznam, że jak w Żninie wyszedłem po tylu dniach na suchy ląd, to nawet samo stawianie kroków sprawiało dziwne wrażenie. Tak, jakbym na nowo uczył się chodzić. A w kolejnych latach znów chcę odbywać tego typu rejsy. Jeszcze nie wiem, gdzie popłynę za rok. Dostałem propozycję od kolegów, by zrobić Wielką Pętlę Żuławską w kierunku wschodnim, albo Pętlę Wielkopolską, czyli m.in. Notecią. Ostateczną decyzję podejmiemy później, ale pewne jest jedno: znów chcemy poczuć wiatr pod żaglami i wodę pod dziobami. Chcemy przeżywać przygody i poznawać kraj - oznajmił Leszek Dolaciński.
Jego chlubą podczas rejsu i po nim stał się dziennik pokładowy i księga pamiątkowa, które dla własnej przyjemności i dla utrwalenia wspomnień z całej przygody sam sobie założył i sam prowadził. W księdze pamiątkowej znalazły się wpisy, pozdrowienia, życzenia pomyślnych wiatrów od osób, które Leszek Dolaciński na swoim Ikarze napotkał na szlaku wzdłuż Wisły i Zalewu Wiślanego.
Karol Gapiński
Pałuki nr 1170 (29/2014)
Przejdź do forum.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze