Reklama

Album inny niż wszystkie

Michał Jankowski z Szubina wydał niedawno album, w którym uwiecznił ginące miejsca z terenu województwa kujawsko-pomorskiego. To zapomniane i zniszczone architektoniczne perełki. W albumie nie zabrakło obiektów z terenu Pałuk. Poniżej rozmowa z autorem.

Remigiusz Konieczka: - Z tego co wiem urodził się Pan w Rawiczu, mieszkał niemal całe życie w Bydgoszczy, a teraz w Szubinie. Jak to się stało?
Michał Jankowski: - W Rawiczu się urodziłem i mieszkałem trzy lata. Tata pracował tam w biurze konserwatora i stąd ten Rawicz. Później Bydgoszcz i teraz, od dwóch lat Szubin.

- Jak Szubin znalazł się na Pana drodze życiowej?
- Tak po prostu. Szukaliśmy z żoną mieszkania i w Szubinie trafiła się ciekawa oferta. Poza tym zadecydowały także względy rodzinne.

- To jak się Panu podoba Szubin i Pałuki? Czy wcześniej miał Pan okazję poznać nasz region?
- Tak. Poznałem Pałuki. Moja świadomość tego regionu, jako mieszkańca Szubina jest wystarczająca. Region bardzo mi się podoba. Jest tutaj ciekawie, malowniczo, a szubiński zamek ma bardzo ciekawą historię. W samym Szubinie również nie brakuje ciekawych historycznie zakątków. A w ogóle to szubiński zamek także miał się znaleźć w publikacji, ale w tym roku przeszedł modernizację i przestał być ginącym zabytkiem. Dano zamkowi drugie, nowe i ciekawe życie i to bardzo cieszy.

Reklama

- Właśnie. Przejdźmy teraz do publikacji. Kiedy wpadł Pan na pomysł wydania albumu, w którym będą zdjęcia i informacje o ginących zabytkach?
- Jak zaczynałem przygodę z jeżdżeniem po tych miejscach i gdy stopniowo odkrywałem to, ile takich miejsc jest i jaką mają ciekawą historię, to już wiedziałem, że to jest temat wart publikacji. Ta myśl kiełkowała przez kilka lat podróżowania po naszym regionie i nie tylko, bo jeździłem po całej Polsce. Jednak zdecydowałem, aby na początek album obejmował teren województwa kujawsko-pomorskiego, tego, z którym się najbardziej utożsamiam. Są w nim zdjęcia pokazujące jak taki zapomniany, ginący zabytek wyglądał kiedyś, w czasach jego świetności i jak wygląda dzisiaj. Można bezpiecznie zajrzeć do środka i na własne oczy przekonać się ile z tego dawnego piękna pozostało.

{loadmoudleid 490}

Reklama

- Skąd wzięło się to podróżowanie po ginących zabytkach?
- To przez rodziców. Oboje są historykami sztuki i przez jakiś czas przygotowywali karty zabytków dla konserwatora. Wiązało się to z wyjazdami do różnych obiektów w całym dawnym województwie bydgoskim. Od czasu do czasu zabierali mnie z sobą, a mnie bardzo się to spodobało. Ważne w tym jest jednak to, że po około 20 latach przypadkowo trafiłem w miejsce, w którym wcześniej byłem z rodzicami. Okazało się, że choć zostało wpisane do rejestru zabytków, to tam się nic nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie. Obiekt wyglądał o wiele gorzej niż 20 lat temu. Zszokowało mnie to i zaciekawiło i to właśnie wtedy zacząłem wyszukiwać takie miejsca.

- Co to było za miejsce?
- To był kościółek w Niemczynie. To już Wielkopolska, ale to właśnie tam wszystko się zaczęło.

Reklama

- Niemczyn między Damasławkiem a Wągrowcem. To też Pałuki.
- No, rzeczywiście. Później okazało się, że takich miejsc jest bardzo dużo, również na Pałukach.

- Czyli pałucki zabytek zainspirował Pana do działania. Gdzieś te Pałuki w pańskiej biografii czasem się pojawiają.
- Tak. Dodam też, że udział w odkryciu malowideł w Gąsawie i w późniejszej ich restauracji miał mój tata, więc zamiłowanie do zabytków, również tych pałuckich, mam we krwi.

- Jak długo Pan podróżuje i dokumentuje niszczejące zabytki?
- Będzie już około pięć lat.

Reklama

- Jak Pan planuje taki wyjazd?
- A to jest dość ciekawe. Takie miejsca trudno znaleźć, bo nie ma ich w przewodnikach. Zaczynam od szperania w Internecie. Dziś jest o wiele prościej, z tego względu, że dużą popularnością cieszy się urbex, czyli relacje z odwiedzania zniszczonych i opuszczonych miejsc. To ułatwia poszukiwania, choć i tak jest czasochłonne. Często jest też tak, że jadąc, niekoniecznie do jakiegoś konkretnego zabytku, znajduję takie miejsca przypadkowo. Z jakiejś kępy krzaków wystaje krzyż albo kawałek murowanej bramy i wtedy już wiem, że coś może się tam kryć. Już się też nauczyłem, że duże kępy różnorodnego drzewostanu, mogą stanowić zdziczałą pozostałość po dawnym założeniu parkowym, w środku którego skrywać się może pałac lub dworek, ale również cmentarz. Nieskromnie powiem, że rzeczywiście przeważnie nie mylę się w takim osądzie.

- Tak jest m.in. w Żurawi koło Kcyni.
- Zgadza się.

Reklama

- To może przytoczę te miejsca, które Pan odwiedził, a które są na Pałukach: Tur, Górki Dąbskie, Pińsko, Recz, Stołężyn, Wapno, Wielki Sosnowiec, Zrazim. Jak Pan tam trafił? Choćby do kościoła w Zrazimiu.
- To był akurat taki przypadek, o którym wspomniałem przed chwilą. To było takie miejsce, które zauważyłem z drogi. Zauważyłem wieżę kościoła, która wyglądała na zaniedbaną. Od razu wiedziałem, że trafiłem na coś wyjątkowego. Zrazim jest przykładem takiego miejsca, do którego można jeszcze bezpiecznie wejść i zobaczyć. Jest otwarty i nie sypie się nic na głowę.

- Nikt jeszcze tego nie ogrodził. Czy wiedział pan, że to jest prywatny kościół?
- I to jest najgorsze, że ludzie takie rzeczy kupują często za bezcen i czekają aż to się zawali albo pomagają w tym procesie, żeby mieć wolną, atrakcyjną działkę bez konieczności zajmowania się zabytkiem. Oczywiście zajmowania się zgodnie z zaleceniami konserwatora. Nie chcę tu przesadnie generalizować, bo wielu prywatnych inwestorów przywraca takim miejscom ich dawny blask, często nadając im nową funkcję (ostatni przykład: cukrownia w Żninie). Nie brakuje niestety jednak także przykładów celowego rujnowania zabytku lub po prostu zwykłej bezczynności.

Reklama

- Który z obiektów, nie tylko tych na Pałukach, szczególnie utkwił Panu w pamięci?
- Takim przykładem, pokazującym tragiczny los zabytków, jest pałac w Słupowie w gminie Sicienko. Znalazł się w rękach prywatnych. Został wpisany do rejestru zabytków i jeszcze trzy lata temu był w niezłym stanie. Dach był zrobiony na tyle, żeby nie lało się do środka. W międzyczasie zdarzyło się niewyjaśnione podpalenie i niewiele już  z tego pałacu zostało. W albumie pokazałem jak wyglądał trzy lata temu i teraz.

- Czy były takie miejsca, do których nie mógł się Pan dostać lub musiał pan uzyskać pozwolenie na robienie zdjęć?
- Nie miałem sytuacji, w której ktoś wyganiałby mnie z jakiegoś miejsca. W większości były to miejsca, do których można się dostać w sposób mniej lub bardziej bezpieczny. W kilku przypadkach musiałem zapytać o pozwolenie na wejście.

Reklama

- Gdzie była wymagana zgoda?
- Na wejście do pałacu w Leszczach. Teren jest ogrodzony szczelnym, wysokim i kolczastym płotem. Tam musiałem zapytać, ale nie było problemu ze zgodą. Podobnie dworek w Niedźwiedziu, który ma niezwykle ciekawą historię i na szczęście jest zabezpieczony. Natomiast pałac w Samostrzelu, również architektoniczna perełka, jest zabezpieczony, ale nie ma nikogo na miejscu, do kogo można by się zwrócić o dostęp.

- I co wtedy?
- Trzeba było przejść przez płot i wykonać zdjęcia. Mam nadzieję, że praca nad publikacją mającą ocalać podobne miejsca od zapomnienia, nieco usprawiedliwia takie wtargnięcie.

Reklama

 

Okładka albumu "Ginące miejsca kujawsko-pomorskie" fot. Remigiusz Konieczka

 

- Jaki był dobór miejsc do publikacji?
- Żeby zawrzeć wszystko, to musiałbym wydać wielotomową publikację. To nie miał być katalog tych miejsc, a przekrój, który pokazywałby jak wiele i jak różne rodzaje zabytków znajdują się w bardzo złym stanie. Przyznam, że dobór tych miejsc był subiektywny, ale myślę, że nie pominąłem żadnego z najważniejszych. Najwięcej jest dworów i pałaców, ale są też kościoły, młyny, wiatraki, browar, stacja kolejowa czy zabytki militarne.

- Czyli chodziło o różnorodność?
- Tak. I jeszcze o to, by poprzez różnorodność pokazać bogactwo architektoniczne jaki pozostawili nasi przodkowie i to, że o to dziedzictwo nie potrafimy zadbać.

Reklama

- Czy trudno było znaleźć wydawcę?
- O dziwo wydawcę udało mi się znaleźć dość szybko. To wydawnictwo „Pejzaż”, które albumy wydaje na bardzo wysokim poziomie i w bardzo dobrej jakości. Było ono wydawnictwem pierwszego wyboru. Poszedłem tam z niezbyt dużą nadzieją, że się uda, ale szybko podchwycili temat i zauważyli potencjał, za co jestem Im bardzo wdzięczny. Praca nad wydaniem albumu trwała pół roku.

- Album nie składa się tylko ze zdjęć. Każde miejsce jest opisane.
- Tak, ale opisy nie są równe. Są dłuższe i krótsze, bo są to miejsca, do których trudno znaleźć jakiekolwiek źródła. Są to strzępki informacji znajdowanych w Internecie, z innych publikacji, ale też z rozmów z mieszkańcami, którzy pamiętali historię tych miejsc.

Reklama

- Czy ma Pan w planach kolejne albumy?
- Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Mam materiały, by kontynuować ten proces. Widzę też zapotrzebowanie rynkowe na tego typu wydawnictwa. Chciałbym, aby był ciąg dalszy. Nie wiem czy w tej samej formie, ale tak.

- Gdzie można kupić album?
- W księgarni „Enigma” w Bydgoszczy, gdzie pracuję i dlatego można przy okazji porozmawiać z autorem (śmiech). Dostępna jest też w innych księgarniach i na stronie internetowej takczytam.com.

- Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenie w odkrywaniu kolejnych zaniedbanych architektonicznych perełek.

 

Michał Jankowski urodził się w Rawiczu. Potem z rodzicami przeprowadził się do Bydgoszczy. Od dwóch lat mieszka w Szubinie. Dziesięć lat pracuje w księgarni "Enigma" w Bydgoszczy. Od pięciu lat dokumentuje opuszczone i zaniedbane obiekty zabytkowe. 9 grudnia 2021 roku ukazał się album pt. "Ginące miejsca", w którym można poznać historię prawie pięćdziesięciu takich miejsc. Michał Jankowski 12 stycznia będzie gościł w Rejonowej Bibliotece Publicznej w Szubinie, a następnego dnia w Kcyni.

 

(rk), 31 XII 2021

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości