Reklama

Dzieci niedopilnowane zostaną zabrane

Państwo Budzińscy z Łabiszyna nie chcą stracić dzieci. Zapowiadają, że od wyroku sądu odbierającego im dzieci się odwołają, będą o nie walczyć.

      fot. Magdalena Kruszka

Łabiszyn, dzieci, mieszkanie komunalne, Budzińscy
     Dzieci niedopilnowane zostaną zabrane
     Mieszkanie komunalne składa się z dwóch pomieszczeń i łazienki. Wewnątrz troje dzieci, czwarte jest w przedszkolu. Matka siedzi z dzieckiem na kolanach i niewiele mówi. Widać natomiast, że ojciec jest zdeterminowany, żeby zachować przy sobie dzieci. Trudno mu ukryć emocje.

     Ilona i Mariusz Budzińscy mieszkają na rynku w Łabiszynie. Ona ma 27 lat, on 30. Ich najstarsze dziecko to syn Jakub, ma osiem lat. Powtarza pierwszą klasę. Pięcioletni Norbert jest w przedszkolu. W domu z rodzicami są jeszcze czteroletnia Julia i dwuletni Oskar, przyklejony do mamy. Mariusz Budziński dzwoni do nas, bo nad jego rodziną zawisła groźba utraty dzieci. Sąd w Szubinie wydał wyrok 23 października. Nie jest on jeszcze prawomocny. Ojciec zapowiada, że będzie się od wyroku odwoływał, będzie walczył o dzieci. Podjął już nawet kroki zmierzające ku temu, żeby naprawić błędy. Sam wie, że w przeszłości ich nie brakowało.

Spotkanie reportera z rodziną było umówione z trzygodzinnym wyprzedzeniem. Mieszkanie było wysprzątane, dzieci czysto ubrane. Były spokojne, uśmiechnięte. Najpierw tuliły się do matki, potem się rozbrykały.

Reklama

       fot. Magdalena Kruszka

     U RODZICÓW
     - Najpierw mieszkaliśmy u moich rodziców, też w Łabiszynie - mówi Mariusz Budziński. - To było zaraz po ślubie. Osiem lat tam mieszkaliśmy. Ale było ciasno i sąsiadka nam robiła pod górkę. Nie lubiła dzieci, wyzywała, że biegają. Burmistrz i kurator zasugerowali, żebyśmy wyprowadzili się na swoje.
     Gmina Łabiszyn ponad rok temu przydzieliła rodzinie Budzińskich mieszkanie komunalne na rynku. Wchodzi się do niego od podwórza. Altanka prowadzi do kuchenki, z kuchenki wchodzi się do pokoju, a z pokoju do łazienki. Wszyscy razem śpią w jednym pokoju. Troje dzieci na wersalce, rodzice z najmłodszym na rozkładanej sofie. Pomieszczenia są małe. Widać, że ściany mocno dotknięte są wilgocią. Mariusz Budziński tłumaczy, że można na okrągło malować, a wilgoć i tak wyjdzie. Pokazuje, że ściany są niestabilne. Przydałby się gruntowny remont. Zapewnia, ze zrobiłby go sam, ale potrzebny byłby materiał, jakieś farby czy rigipsy. Przy czwórce dzieci każda pomoc byłaby mile widziana.
     PRACA TYLKO DORYWCZO
     Oficjalnie oboje rodzice pozostają bezrobotni. Są zarejestrowani w Powiatowym Urzędzie Pracy. Korzystają z pomocy Miejsko-Gminnego Ośrodka Opieki Społecznej w Łabiszynie. Otrzymują pomoc finansową z tytułu zasiłku okresowego i jeszcze świadczenie rodzinne. Dzieci w szkole mają zapewnione obiady. Kobieta na chwilę się ożywia i mówi, że chciałaby pracować, choćby przy zamiataniu ulic, ale pracy nie ma. Mężczyzna przyznaje, że dorabia dorywczo, albo jak mówi po bambrach chodzi, albo przy budowach. Stara się, żeby pieniądze w domu były. Dodaje jednak, że łatwo nie jest. Przyznaje też, że nie wszystko w jego rodzinie bywało tak, jak powinno.
     ALKOHOL I INTERWENCJE
     - Kiedyś piłem. Przestałem. Leczę się. Chodzę na spotkania Anonimowych Alkoholików i nie piję już tyle. Nie muszę. Co najwyżej u siostry na weselu - mówi Mariusz Budziński. - Kilka razy była policja, bo piłem. Założyli mi niebieską kartę. Zdarzyło się raz, że popchnąłem Ilonę. W młodości miałem nerwicę. Leczyłem się na to. Kurator zawsze miał do mnie uwagi. Wprost nam powiedział, że nam dzieci zabierze. A przecież u nas się zmieniło. Kiedyś kurator bywał dwa razy w miesiącu, a ostatnio pół roku nie był, tylko przed sprawą się pojawił i powiedział, że dzieci zaniedbane i zagłodzone chodzą. On wyprowadza człowieka z równowagi, zamiast pomóc.
     Nadkom. Krzysztof Jaźwiński, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Żninie przyznaje, że były interwencje policji dotyczące podejrzenia niewłaściwego zachowania się Mariusza Budzińskiego wobec rodziny. W sumie w tym roku były trzy takie interwencje, ostatnia w sierpniu. Potwierdza, że mężczyzna nadużywa alkohol. Mówi także o interwencji policji w sprawie dziecka chodzącego samotnie po ulicach, która zakończyła się odprowadzeniem chłopca do rodziców, którzy nawet nie wiedzieli, że zginęło.
     SĄSIEDZI SIĘ SKARŻĄ
     Mąż deklaruje poprawę, zarzeka się, że alkohol nie jest już dla niego problemem. Żona się nie odzywa. Dopiero zapytana wprost, czy zauważyła zmianę, przyznaje, że odkąd mąż nie pije, to jest lepiej. Niewiele mówi. Sytuację przedstawia mąż, który opowiada, że sąsiedzi skarżą, że dzieciaki żebrzą, że głodne chodzą, brudne, na golasa biegają. Przypuszcza, że głupoty gadają, bo dzieci nie lubią i tylko, kiedy dzieci coś mogą dla nich zrobić, to są zadowoleni.
     - Dzieciaki codziennie są myte - zapewnia Mariusz Budziński. - Nie mamy prysznica ani wanny, ale mamy plastikową wanienkę i kąpiemy dzieci. Jedzenie też dostają. Mają śniadanie. Starsze biorą chleb do szkoły i zdarza się, że nie zjedzą, tylko przyniosą. Skarżyli się, że starszy idzie po dokładkę obiadu w szkole, ale on po prostu dużo je. W domu też co chwilę woła i dostaje. Obiad jest, kolacja jest. Dzieci głodne nie chodzą. Mój wuj przynosi im butelki, one je sprzedają, wymieniają na drożdżówki i się z tego cieszą. Raz dziecko wybiegło w pieluszce na podwórko, to sąsiadka zaraz raban zrobiła, że dzieci na golasa biegają. Ciągle się nas czepiają.
     Ojciec przyznaje, że nie wie, skąd się wzięły opowieści o tym, że dzieci żebrzą. Uważa, że takie gadanie to złośliwość sąsiadów. Zapewnia, że dzieci same nie wychodzą nigdzie, że nawet jak do sąsiedniego sklepu idą coś kupić, to on stoi na schodach i jest w pobliżu. Opowiada, że nawet komputer im ostatnio tanio kupił, żeby im nie brakowało. W szkole też pomoc mają. Jak synowi się plecak rozsypał, to ze szkoły dostał tornister.
     - Kurator nawet o tym powiedział przed sądem, a nas do głosu nie dopuścili - skarży się Mariusz Budziński. - Raz dostał tornister, ale nikt nie powiedział, że wcześniej też miał. Kurator powiedział, że nic się u nas nie zmieniło, ale dużo się zmieniło.
     NIEWYDOLNI WYCHOWAWCZO
     Beata Januszkiewicz, kierownik Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Łabiszynie przyznaje, że rodzina Budzińskich z pomocy korzysta od wielu lat i jest to nie tylko pomoc finansowa, ale były wielokrotne dyskusje z rodzicami, jak mają się zajmować dziećmi. Przyznaje, że nie przynosiły one skutku i rodzice pozostawali niewydolni wychowawczo, dlatego wystąpiono do sądu o wgląd w sytuacje rodzinną. Przydzielony został kurator sądowy. Skontaktowaliśmy się z nim we wtorek rano, jednak bez zgody prezesa sądu nie mógł udzielić żadnych informacji. Zgodę na udzielenie informacji udało nam się od prezes sądu uzyskać tuż przed upływem godzin urzędowania.      We wtorek nie zdążyliśmy już z kuratorem porozmawiać. Zapowiedział, że także w środę go nie będzie, więc ostatecznie nie udało nam się poznać jego stanowiska w tej sprawie przed zamknięciem tego numeru gazety.
     Sytuację rodziny Budzińskich naświetlają natomiast Beata Januszkiewicz i pracownica, która z tą rodziną miała największy kontakt, Mirosława Urbanek.
     - Tutaj nie ma przemocy w rodzinie, ale dzieci są po prostu zaniedbywane - mówi Beata Januszkiewicz. - Już kilka lat temu dochodziły do nas sygnały, że biegają same po ulicach, że chodzą do sąsiadów i proszą o jedzenie. Ja sama widziałam, jak niepełnosprawny sąsiad państwa Budzińskich podsadzał chłopca do pojemnika na śmieci i on stamtąd wyciągał dla niego butelki. To są małe dzieci, które powinny śmietniki omijać szerokim łukiem. Widziałam też nieraz, że dzieci siedzą same na schodach przy ulicy.      Dzieci są małe, tak nie może być. Robiliśmy wszystko, co do nas należało. Widzieliśmy niepokojące sygnały, więc reagowaliśmy. To nie jest sprawa ostatnich trzech czy czterech miesięcy, to się ciągnie od lat.
     CZAS NA OTRZĄŚNIĘCIE SIĘ
     Mirosława Urbanek dodaje, że niejednokrotnie mówiono rodzicom, co mają robić i jak zajmować się dziećmi, uwagi nie przynosiły efektów, sytuacja się nie zmieniała. Po prostu sprawiają wrażenie, jakby nie słuchali, co się do nich mówi. Obie panie podkreślają, że widać ich więź z dziećmi, ale widać też, że jest problem z dopilnowaniem ich.
     - Nasze działania są podyktowane tylko i wyłącznie troską o dobro dzieci - mówi Beata Januszkiewicz. - Zdarza się, że dzieci trafiają do placówki, a rodzice mają czas, żeby się otrząsnąć i zrobić wszystko, żeby one wróciły. I dzieci wracają, więc sprawa państwa Budzińskich nie jest przesądzona. Wszystko zależy od nich.
     DAĆ RODZINIE SZANSĘ
     Kuratorem społecznym rodziny jest Aleksandra Klinger. Także ona podkreśla, że sytuacja w rodzinie jest niepokojąca. Dzieci pozostawały bez opieki, były puszczane samopas, a zagrożenie jest duże. To sytuacja, która trwa od wielu lat. Mimo tego przed sądem stała na stanowisku, żeby rodzicom dzieci nie odbierać.
     - Ja mam mieszane uczucia - przyznaje Aleksandra Klinger. - Rodzice mieli bardzo dużo szans na poprawę, sąd to także podkreślił. Ale nie potrafili z nich skorzystać. Prosiłam przed sądem, żeby dano im jeszcze jedną szansę, bo dom to jest zawsze dom.
     Aleksandra Klinger zauważyła, że mimo problemów z alkoholem, to bardziej ojciec się wywiązuje z obowiązków rodzicielskich. To jego widać na spacerze z dziećmi. Widać też, że się stara. Dużo gorszy natomiast jest kontakt z matką, która nie przyjmuje tego, co się do niej mówi, nie widać, żeby zajmowała się dziećmi, interesowała się, co się z nimi dzieje.
     - Ona przytakuje i dalej robi swoje - uważa Aleksandra Klinger.
     BĘDĄ WALCZYĆ O DZIECI
     Państwo Budzińscy czekają teraz na dokumenty z sądu, które mają nadejść w ciągu 21 dni od wydania wyroku. W ciągu siedmiu kolejnych dni muszą złożyć odwołanie. Beata Januszkiewicz deklaruje, że pracownicy M-GOPS mogą pomóc im sformułować to odwołanie, a do tego pokierować ich działaniami tak, aby jednak uniknęli utraty dzieci.
     Mariusz Budziński zapowiada walkę o dzieci. Będzie się odwoływał do sądu w Bydgoszczy, a jeśli nie w Bydgoszczy, to w Warszawie. Za nic nie chce stracić dzieci. Nie uważa, że gdzie indziej mogłoby im być lepiej niż w domu. Ilona Budzińska przytakuje, mówi, że ona także będzie walczyć, że dzieciom najlepiej będzie przy niej.
     - Niech się odwołują, niech się starają - mówi Aleksandra Klinger. - To dobrze, że im zależy. Jak się zaczęły sprawy w sądzie, to mężczyzna zaczął chodzić na spotkania AA. Podejmują działania, więc im zależy. Może coś się zmieni.

Reklama

Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1133 (44/2013)

 

 

 

Więcej informacji na ten temat:

Z dala od rodziców

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama