Szubin, ul. Orzeszkowej, ul. Krasickiego, zwierzęta, higiena, posesja
Liczą na skuteczne działania
Mieszkańcy ul. Orzeszkowej i Krasickiego domagają się od weterynarii, sanepidu i od urzędników skutecznego działania, by wyeliminować problem ujadających psów i braku higieny na posesji ich sąsiadki. - Mamy do czynienia z wolnym człowiekiem, który ma swoje prawa - mówił komendant szubińskiej policji. - I obowiązki - dodała jedna z mieszkanek.
„Tutaj potrzeba dyplomacji i stosowania procedur“ - mówił komendant Komisariatu Policji w Szubinie nadkom. Dariusz Liss fot. Remigiusz Konieczka Minęły niemal dwa miesiące od ostatniego spotkania mieszkańców ulic Orzeszkowej i Krasickiego w Szubinie z burmistrzem Arturem Michalakiem oraz przedstawicielami służb sanitarnych, weterynaryjnych, pomocą społeczną i policjantami. Dotyczyło ono, najogólniej rzecz biorąc, zagrożenia epidemiologicznego na posesji położonej przy ul. Orzeszkowej, róg Krasickiego. Wskazywali na fatalny stan higieniczny na posesji, ujadanie utrzymywanej przez właścicielkę sfory psów, kiepski dobrostan zwierząt (kilka psów i kilkanaście kotów). Mówili nawet o tym, że być może ciała zwierząt są w pojemniku na śmieci lub zakopane na terenie posesji. Prócz tego skarżyli się na złe stosunki międzysąsiedzkie z właścicielką, na rzucane przez nią obelgi, wzywanie policji bez uzasadnienia. Pytali również, co spowodowało, że po wichurze, która zniszczyła zdewastowany i zaniedbany dach, ich sąsiadka otrzymała pomoc ze strony gminy i wojewody.
Podczas spotkania, które odbyło się we wtorek, mieszkańcy dowiedzieli się, jakie działania podjęły służby weterynaryjne, epidemiologiczne i policyjne, by zminimalizować uciążliwości.
Iwona Kubiak, naczelnik wydziału ochrony środowiska i rolnictwa Urzędu Miejskiego w Szubinie, poinformowała, że poszczególne instytucje, a w szczególności urząd i policja, o swoich działaniach będą się informować pisemnie. Poinformowała policję o zastrzeżeniach dotyczących stanu nieczystości płynnych u właścicielki posesji przy ul. Orzeszkowej, ponieważ Urząd Miejski nie otrzymał wymaganego rachunku za wywóz tych nieczystości. Urząd nie miał możliwości dotarcia do tej osoby. Działania dotyczące pojemnika na odpady stałe również zostały zgłoszone na policję, ponieważ w tym wypadku pracownicy urzędu też nie mogli wejść na posesję. Iwona Kubiak dodała, że wydana zostanie decyzja o konieczności podłączenia się mieszkanki do istniejącej sieci kanalizacyjnej.
Burmistrz Artur Michalak oznajmił, że mieszkanka ulicy Orzeszkowej wystąpiła z wnioskiem o umorzenie podatku i otrzymała odpowiedź odmowną, ale ma prawo się od niej odwołać.
Hanna Szymanowicz z Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Nakle powiedziała, że na podstawie informacji z poprzedniego spotkania, dotyczących zagrożenia epidemiologicznego, sanepid wystąpił do Prokuratury Rejonowej w Szubinie z doniesieniem o podejrzeniu popełnienia przestępstwa polegającego na stworzeniu zagrożenia zdrowia mieszkańców.
To, że doniesienie wpłynęło, potwierdził komendant Komisariatu Policji w Szubinie nadkom. Dariusz Liss. Trwa postępowanie sprawdzające w tej sprawie w kierunku ewentualnego naruszenia art. 165 kodeksu karnego. Ponadto na podstawie zawiadomienia z protokołu sporządzonego z poprzedniego spotkania mieszkańców policja prowadzi czynności wyjaśniające. Do sądu przesłane zostały wnioski dotyczące ukarania właścicielki posesji.
Piotr Kwiatkowski, Powiatowy Lekarz Weterynarii w Nakle przyznał, że został wpuszczony na posesję. Po telefonicznym ustaleniu terminu, przeprowadzona została kontrola sprawdzająca dobrostan trzymanych na terenie posesji psów. Piotr Kwiatkowski stwierdził, że psy były odżywione, dobrze wyglądały, nie miały oznak bicia, były przyjazne dla ludzi. Dodał, że było posprzątane i jakoś to wyglądało. Do mieszkania lekarz nie wszedł, bo właścicielka nie wyraziła na to zgody. Lekarz weterynarii nie miał więc możliwości sprawdzenia dobrostanu trzymanych tam kotów. Właścicielka oświadczyła, że w dużym pojemniku na odpady są kartony i rzeczywiście było widać kartony.
To stwierdzenie Powiatowego Lekarza Weterynarii podziałało na zgromadzoną w auli ratusza publiczność jak płachta na byka. Mieszkańcy ulicy Orzeszkowej i Krasickiego ostro zaoponowali: - Jak by tam były same kartony, to śmietnik by się nie zdeformował - mówili. - Jak pan jedzie na umówioną kontrolę, to jest posprzątane. Psy nie są agresywne jak właścicielka z nimi jest. Szczekają jak jej nie ma, a nie ma jej cały dzień, więc ujadają zamknięte w kojcu.
Powiatowy Lekarz Weterynarii tłumaczył, że procedury wymagają powiadomienia o wizycie, gdyby nie powiadomił, to mógłby nikogo nie zastać i kontrola nie doszłaby do skutku. Po drugie - i tak był jedynym z obecnych, którego właścicielka wpuściła. Zwierzęta miały dostęp do wody i pożywienia. Na sugestie, że psy są głodzone, odpowiedział, że widział miski pełne jedzenia. Gdyby psy były głodzone, to zjadłyby karmę od razu. Ponadto lekarz zwierzęta dotykał, dokonał oględzin ich stanu i nie zauważył nic niepokojącego. Prócz tego suki były wysterylizowane. Ich właścicielka oświadczyła, że w kojcu ich nie zamyka.
- Co ta pani powie, to pan przyjmuje. Wychodzi na to, że jest opiekunem psów, a tak nie jest - stwierdzili zbulwersowani sąsiedzi, którzy podkreślili, że obawiają się o swoje bezpieczeństwo.
Nadkom. Dariusz Liss podkreślił, że wszystkie instytucje, których przedstawiciele obecni są na spotkaniu, obowiązują procedury i muszą być one przestrzegane. Od egzekwowania przepisów prawa jest sąd i to on zdecyduje, czy i jak ukarać mieszkankę. Natomiast jakie ostatecznie będzie orzeczenie sądu, tego nie wiadomo. Komendant zaapelował do mieszkańców o cierpliwość. Podkreślił, że wszystkie służby podjęły działania i w ramach swoich procedur usiłują rozwiązać zgłoszony przez mieszkańców problem.
- Ale pamiętajcie państwo, że nie możemy przekroczyć pewnych granic. Tutaj potrzeba dyplomacji i stosowania procedur. Mamy do czynienia z wolnym człowiekiem, który ma swoje prawa - mówił komendant.
- I obowiązki - dodała jedna z mieszkanek. - Przez 24 lata mówi się o prawach i obowiązkach. Z tym, że my je mamy, a ta pani nie. Po tylu latach my mamy dość procedur.
Temat realizacji procedur pojawił się również w wątku dotyczącym naprawy dachu na posesji przy ul. Orzeszkowej. Mieszkańcy twierdzą, że pomoc ze strony wojewody się ich sąsiadce nie należała, ponieważ zniszczenia po burzy nie byłyby tak duże, gdyby dach był wcześniej w dobrym stanie. Pod koniec czerwca m.in. nad gminami Szubin i Kcynia przeszła nawałnica, która zniszczyła kilka domów. Wojewoda ogłosił stan klęski i udzielił wsparcia finansowego poszkodowanym. Jedyną osobą z gminy Szubin, która kwalifikowała się do pomocy, była właśnie mieszkanka ul. Orzeszkowej. Pomoc otrzymała, dach został naprawiony. Mieszkańcy domagali się cofnięcia wsparcia finansowego. Ich zdaniem dach był w tak złym stanie, że wystarczyłby byle jaki wiatr, żeby go zniszczyć. Twierdzą, że władze Szubina wykorzystały sytuację, aby pomóc ich sąsiadce. Podkreślali, że było to nieuczciwe w stosunku do innych.
- Nie kwalifikowało się to do udzielania pomocy, bo dach był w rozsypce. Był zepsuty, przyszedł wiatr i zniszczył to, co już było zniszczone. Nie chodzi o procedury. Chodzi o to, że to nieuczciwe. I nie potraficie się do tego przyznać - mówiła jedna z mieszkanek.
Dyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Szubinie Renata Michalak powiedziała, że wojewoda zbadał procedury przyznania pomocy na remont dachu i nie stwierdził nieprawidłowości.
Termin kolejnego spotkania wyznaczono na 17 stycznia 2017 roku.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1288 (42/2016)
Przejdź do forum.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze