-"Jesteśmy już prawie dorośli, i sami wiemy, że cukrownia, to przyszłość naszych rodzin. Dlatego musimy o nią walczyć" - mówili młodzi ludzi przed bramą zakładu.
fot. Karol Gapiński
Głodówka, zawieszenie, cukrownia, zakład, protest
Łzy w cukrowni
Kilkanaścioro dzieci żnińskich cukrowników stawiło się przed 14:00 w ostatni wtorek przed bramami zakładu, ażeby rozpocząć głodówkę. Przypomnijmy, że w poprzednich dniach taki protest rozpoczęły mamy tych dzieci. Wzmocniona ochrona zakładu nie wpuściła dzieci do środka. Wyszły jednak do nich matki, które zdecydowały się przerwać własną głodówkę.
Zrozpaczone sytuacją cukrowni kilkunastoletnie dzieci pracowników 1 czerwca chciały wejść na teren zakładu, żeby zacząć własną głodówkę.
Czternaścioro młodych ludzi, w przeważającej liczbie dziewczyn, zorganizowało się, aby wpłynąć na losy cukrowni. - "Mówiono nam, że jesteśmy manipulowani przez starszych. To nieprawda. Nie ma wśród nas żadnych maluchów. My jesteśmy prawie dorośli i wiemy, co chcą nam panowie w garniturach uczynić z zakładem, w którym pracują nasi ojcowie. Do panów z Krajowej Spółki Cukrowej nie trafiają żadne argumenty, może więc spojrzą na nas" - głosili młodzi protestanci zaopatrzeni w koce, poduszki, śpiwory, środki czystości, pluszowe zabawki, a nawet w recepty na lekarstwa.
Dzieci stanęły przed bramą zakładu. Tutaj napotkały sprzeciw pracowników ochrony: - "Nie, nie możecie tutaj wchodzić. Prezes wydał taki zakaz".
Manifestanci od razu zwrócili uwagę, że strażników jest przy bramie czterech, a nie - jak zwykle - dwóch. Dzieci zaczęły wykrzykiwać rozpaczliwe pytania: - "Kogo prezes się boi, że wzmacnia ochronę? Nas, dzieci? Jeśli będzie trzeba, to wejdziemy przez płot".
Do protestujących wyszedł szef Związku Zawodowego Cukrowników Marek Wojciechowski. - "Rozumiem was kochane dzieci. Waszą rozpacz. Ale zrozumcie, nie możecie głodować. Ja nie mogę się na to zgodzić i nigdy się nie zgodzę. A która matka pozwoliłaby nie jeść własnemu dziecku?" - pytał retorycznie Marek Wojciechowski.
Dodawał, że kobiety głodujące w cukrowni, znając zamiary swych dzieci, chcą je powstrzymać. Ale dzieci mówiły, że bez mam nie pójdą spod cukrowni. Przyszły tu po to, aby je zmienić w proteście, gdyż mamy są już bardzo wyczerpane. A jeśli nawet musieliby stąd pójść, to tylko po to, żeby głodować gdziekolwiek. Choćby na działce. - "Jak będzie trzeba, to pojedziemy nawet do Warszawy" - mówili nastoletni obrońcy cukrowni.
Lider związkowców mówił, że trzeba na najbliższe dni zawiesić wszelkie protesty. Za tydzień - ma nadzieję - dojdzie do rozmów z wicepremier Izabelą Jarugą-Nowacką. - "W kraju jest bałagan, gdyż właściwego rządu nie ma. Musimy im wszystkim dać czas, żeby w spokoju zastanowili się nad tym, co robią. Żeby wreszcie spojrzeli na merytoryczne argumenty. Na rzeczywistą kondycję tej cukrowni" - głosił.
Marek Wojciechowski obiecał, że mamy zaraz do dzieci wyjdą. I tak się stało. Rodziny rzuciły się sobie w objęcia. Polały się łzy wzruszenia. Płakały mamy i dzieci.
Matki zapowiedziały, że nie mogą pozwolić na głodówkę swych córek i synów. - "Jeśli na to pozwolimy, to nam odbiorą prawa rodzicielskie" - wskazywały. Ale liderka manifestujących dzieci, Asia odpowiadała, również tłumiąc łzy: - "My musimy coś zrobić, bo jak zamkną cukrownię, to nasi ojcowie nigdzie w tym Żninie nie znajdą pracy. I wtedy i tak będziemy głodni i nieogrzani. Czyli i tak wam odbiorą prawa rodzicielskie".
Kiedy emocje nieco opadły, matki powiedziały twardo: - "Zawieszamy naszą głodówkę. Nie możemy pozwolić na to, żeby w takim proteście zluzowały nas dzieci. To jest nasz prezent na ten dzisiejszy Dzień Dziecka".
Kilka dziewcząt i chłopców poszło z matkami do związkowej świetlicy, gdzie trwała głodówka. Na to wejście za bramę uzyskano zezwolenie dyrektora zakładu, który jednak sam do manifestantów nie przyszedł.
Po kilku chwilach spakowane kobiety wyszły razem z dziećmi z zakładu.
Karol Gapiński
Pałuki nr 642 (23/2004)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze