Reklama

Nie zgadza się

Mieszkanka Barcina złożyła doniesienie do Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy i skarży się, że mimo iż spłacała dług, została eksmitowana. Nie zgadza się też z treścią protokołu, który co prawda podpisała w dniu eksmisji, ale - jak przyznaje - była wtedy w szoku. Spółdzielnia zwraca uwagę, że skierowała ją do mieszkania na poddaszu, choć - według prawa - wcale nie musiała.

Teresa Rybczyńska uważa, że jej eksmisja z mieszkania na ul. Pakoskiej w Barcinie była niesprawiedliwa
fot. Karol Gapiński

     Pierwszy raz o sprawie Teresy Rybczyńskiej pisaliśmy w grudniu 2008 r., a sprawa ta sięga lat siedemdziesiątych.
     W 1976 r. Antoni Juszczyński - pierwszy mąż Teresy Rybczyńskiej, jako pracownik Kombinatu Cementowo-Wapienniczego Kujawy w Barcinie zawarł umowę najmu mieszkania w nowo budowanym bloku przy ul. Pakoskiej 24 w Barcinie. W tym samym roku wpłacił wkład mieszkaniowy w wysokości 17.820 zł i zamieszkał tu z żoną i dwójką dzieci. Niecałe dwa lata później Antoni Juszczyński utonął w Jeziorze Kierzkowskim. Pozostawił 25-letnią żonę i dzieci w wieku 5 i 6 lat.
     BEZ UMOWY
     Od tego momentu Zarząd Gospodarki Mieszkaniowej w KCW odmawiał zawarcia umowy najmu z wdową Teresą Rybczyńską (nazwisko to przyjęła później po drugim mężu). - Nie otrzymałam od KCW żadnej umowy najmu na moje nazwisko, a ta na nazwisko zmarłego męża wygasła, rachunki jednak za mieszkanie płaciłam, bo przychodziły co miesiąc na moje nazwisko, na adres przy Pakoskiej 24 - mówiła ponad 3 lata temu Teresa Rybczyńska.
     Na początku lat dziewięćdziesiątych Teresa Rybczyńska nie płaciła czynszu. Wtedy pierwszy raz groziła jej eksmisja. Jeszcze przed przekształceniem się zasobów mieszkaniowych KCW w Spółdzielnię Mieszkaniową Kujawy zapadł wyrok sądowy na niekorzyść Teresy Rybczyńskiej.

Robert Kurp i Katarzyna Marciniak mieszkają na poddaszu, na którym jest wspólna toaleta. Jednak zimą nie mogą z niej korzystać, bo woda jest zamarznięta. Robert Krup mówi, że spółdzielnia nie zajmuje się tą sprawą, bo ma długi wobec niej. Tadeusz Kosiara ze żnińskiego „sanepidu” wskazuje, że obowiązkiem spółdzielni jest zapewnienie mieszkańcom działającej toalety. fot. Karol Gapiński

Reklama

     Z UMOWĄ
     Udało się jej później te zobowiązania uregulować. W efekcie dopiero 20 maja 1999 r. - teraz już z SM Kujawy - Teresa Rybczyńska już na swoje nazwisko zawarła umowę najmu (nr 150). Rok później zdziwiło ją pismo z zakładu gazowniczego. W umowie było napisane, że zawarta jest ona na dostarczenie paliwa energetycznego do lokalu na Pakoskiej, którego status to spółdzielcze prawo własności do lokalu, zgodnie z umową ze Spółdzielnią Mieszkaniową nr 150 z 20 maja 1999 r.
     Numer i data umowy rzeczywiście się zgadzały, ale kobieta pamięta, że podpisała jedynie umowę najmu, zaś status spółdzielczego prawa własności to całkiem co innego. Pozwala mieszkańcowi wyodrębnić lokal i dysponować mieszkaniem według własnej woli. Teresa Rybczyńska jest przekonana, że w związku z tym, że w latach siedemdziesiątych, jak wszyscy mieszkańcy osiedla, i jej rodzina wpłaciła wkład mieszkaniowy, to po uregulowaniu zadłużenia wobec SM w latach 90. uzyskała w 1999 r. prawo spółdzielczej własności, jednak wskutek błędów w spółdzielni zamiast umowy o spółdzielczym prawie własności otrzymała umowę najmu.
     Tymczasem Teresa Rybczyńska znów nie płaciła regularnie czynszu i w latach 2003-2005 miała już 13.000 zł zadłużenia.
     WYPOWIEDZENIE UMOWY
     Z powodu długów 20 października 2008 r. zarząd spółdzielni wypowiedział Teresie Rybczyńskiej umowę najmu.- Ta pani jest dłużniczką. Ma stary wyrok eksmisyjny, teraz sprawa ta została wznowiona. Nie ma już ta pani żadnej umowy w spółdzielni i zostanie eksmitowana  - mówił w grudniu 2008 r. prezes SM. Henryk Popławski nie widział wtedy żadnych podstaw do szukania w archiwum umowy o spółdzielczym prawie własności do lokalu, jak chciałaby na podstawie zapisów w umowie z zakładem gazowniczym Teresa Rybczyńska, bo takiej umowy w spółdzielni nie ma, a gazownia, zdaniem prezesa, nie jest wykładnią, kto jakie ma prawo do lokalu spółdzielczego.
     SPŁACANIE DŁUGU I EKSMISJA
     Teresa Rybczyńska powiedziała nam, że od 2007 r. do lipca 2011 r. regularnie spłacała dług i uiszczała bieżące zobowiązania. Podaje, że osobiście wpłaciła 5.000 zł w gotówce, a komornik z renty, a później emerytury ściągnął około 14.000 zł. Były w tym odsetki i koszty egzekucji komorniczej. - Najpierw spółdzielnia wniosła do sądu o umorzenie sprawy, a w 2010, mimo że cały czas spłacałam dług, wystąpiła ponownie do sądu i komornika o przeprowadzenie w moim przypadku eksmisji. Nie powinni byli tego robić, skoro płaciłam. Chciałam spłacić wszystkie długi i się wyodrębnić, a tymczasem zostałam eksmitowana - mówi Teresa Rybczyńska, której eksmisja z mieszkania na ul. Pakoskiej stała się faktem 22 lipca ub.r. Prezes SM powiedział jej, że do długów dojdą koszty lipcowej eksmisji w wysokości 7.000 zł.
     Nikt w spółdzielni nie wyjaśnił Teresie Rybczyńskiej, dlaczego - mimo iż zaczęła spłacać dług - musiała opuścić mieszkanie. Nam też spółdzielnia nie chciała odpowiedzieć na to pytanie.
     Po eksmisji Teresa Rybczyńska otrzymała od prezesa protokół zdawczo-odbiorczy, w którym napisano coś, co jej zdaniem przeczyło faktom. Otóż w protokole napisano: Spółdzielnia Mieszkaniowa Kujawy przekazuje a Teresa Rybczyńska przyjmuje lokal nr 38 na Pakoskiej 24 w Barcinie. Protokół sporządzono, jak twierdzi Teresa Rybczyńska, 22 lipca 2011 r. o 1430. A przecież kilka godzin wcześniej, a dokładnie o 9Ł30, została ona z lokalu wyrzucona.
     LIST DO PROKURATURY
     Kobieta nie rozumie sprzeczności protokołu ze spółdzielni z rzeczywistą sytuacją. Uważa, że doszło do oszustwa i w tej sprawie napisała 13 lutego br. do rady nadzorczej spółdzielni i do Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy. Wcześniej tę sprzeczność próbowała wyjaśniać na zebraniu zarządu spółdzielni (pod koniec stycznia br.), ale nie uzyskała wyjaśnień.
     W liście Teresa Rybczyńska na kilku stronach opisała swoje bezskuteczne próby wyodrębnienia mieszkania w spółdzielni oraz sprawy sądowe związane z jej zadłużeniem. Skarżyła się, że mimo iż spłacała dług, to została eksmitowana. Jednak główny zarzut, jaki kierowała Teresa Rybczyńska wobec prezesa spółdzielni to wspomniany protokół zdawczo-odbiorczy sporządzony po jej eksmisji, a sugerujący poprzez swój zapis sytuację całkiem odwrotną: że to spółdzielnia przekazuje jej mieszkanie, a ona je przyjmuje. - Ja nie wiem, skąd w ogóle taki protokół. Może chodziło im o to, ażeby najpierw dać mi prawo własności, a następnie wyeksmitować? Ale skoro tak, to nie powinni mi tego dawać po eksmisji, a przed nią, bo prawo nie działa wstecz. Z drugiej strony byłabym też w stanie zrozumieć, że po prostu się pomylili w zapisie. Ale skoro tak, to dlaczego prezes i zarząd nie chcieli nic na ten temat powiedzieć, gdy pod koniec stycznia byłam w tej sprawie ich pytać? Poza tym w dniu eksmisji ja dostawałam do podpisu jeszcze inne dokumenty od prezesa. Byłam wtedy przybita i nie do końca zdawałam sobie sprawę co podpisywałam - powiedziała Teresa Rybczyńska.
     Prośbę o ustosunkowanie się do pretensji Teresy Rybczyńskiej skierowaliśmy faksem do prezesa spółdzielni 13 lutego. Prezes Henryk Popławski i członek zarządu Spółdzielni Mieszkaniowej Kujawy w Barcinie Danuta Kubicka odpowiedzieli, że kwestia życzeń Teresy Rybczyńskiej pozostanie bez komentarza, a gdyby w przyszłości ktokolwiek wyrażał - zdaniem zarządu - niestworzone roszczenia, to ten też nie będzie tego komentował po to, aby poprawiać poczytność gazety.
     Rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy Jan Bednarek powiedział, że ze względu na to, iż ta prokuratura prowadzi tylko dochodzenia wielowątkowe, które dotyczą wielu osób, sprawa została przekazana do Prokuratury Rejonowej w Szubinie. - Jednocześnie Teresa Rybczyńska została poinformowana o braku podstaw do wszczęcia dochodzenia przez nas i przekazaniu sprawy do Szubina. Wysłaliśmy pismo od pani Teresy Rybczyńskiej do Szubina 21 lutego, wpłynęło zapewne jakieś dwa dni później, więc teraz myślę musi minąć jakiś czas, nim zostaną przeprowadzone wszystkie czynności. O dalszych losach tej sprawy będzie już informował szef Prokuratury Rejonowej - powiedział Jan Bednarek.
     JESIEŃ NA PODDASZU
     Zaraz po eksmisji mieszkanka Barcina trafiła do mieszkania tymczasowego, a ściślej rzecz ujmując do tymczasowej klitki o powierzchni dwudziestu kilku metrów kwadratowych na poddaszu starego bloku na ul. Bielawskiej w Piechcinie. Większości sprzętów wywiezionych przez ekipę eksmitującą, należących do Teresy Rybczyńskiej, nie udało się jej zmieścić w zastępczym pokoiku na poddaszu. Dlatego sprzedawała te rzeczy po niskich cenach lub oddawała.
     W klitce budynku przy ul. Bielawskiej nie ma toalety. Jest tylko wspólna na poddaszu. Korzysta z niej od około 10 lat Robert Kurp, najemca pokoju znajdującego się naprzeciw lokalu przydzielonego Teresie Rybczyńskiej. - Rzecz jasna korzystanie z takiej toalety wspólnej z tym panem nie było dla mnie komfortowe, ale w pewnym momencie w ogóle stało się niemożliwe - skarży się Teresa Rybczyńska - bo z nadejściem zimy zamarzła woda w toalecie.
     Zwróćmy uwagę - a sygnalizował to również w krótkiej rozmowie telefonicznej z nami prezes spółdzielni - że eksmitowani mają do dyspozycji po eksmisji, przyznawany na kilka dni, lokal zastępczy, po to, by załatwić sobie inny dach nad głową, zaś Teresa Rybczyńska otrzymała od spółdzielni możliwość podpisania umowy na wynajem lokalu, który początkowo miał być tylko tymczasowym, i skorzystała z niej. Spółdzielnia nie miała obowiązku przydzielać jej choćby takiej klitki, a przydzieliła.
     Późną jesienią w pokoju na poddaszu stawało się coraz zimniej. Teresa Rybczyńska powiedziała, że był wprawdzie w tym pokoju piec kaflowy, ale ona nie otrzymała żadnego pomieszczenia gospodarczego, gdzie mogłaby składować węgiel. Mimo że ogrzewanie węglem jest relatywnie tańsze niż elektryczne, była zmuszona do wystawienia pieca węglowego i zaopatrzenia się w grzejniki elektryczne. Te w liczbie trzech, później czterech, a gdy stawało się jeszcze zimniej nawet pięciu, skutecznie wypełniły resztki wolnej przestrzeni życiowej w klitce na poddaszu. Teresie Rybczyńskiej było coraz zimniej i coraz bardziej smutno. Nie wytrzymała i schroniła się pod koniec zeszłego roku w domu swej córki w Barcinie.
     Robert Kurp i jego konkubina takiej możliwości nie mieli. Zastaliśmy ich 12 lutego grubo odzianych i szukających schronienia przed zimnem pod starymi kołdrami na rozpadającej się kanapie. Zapytaliśmy Roberta Kurpa, czy sygnalizował awarię toalety pracownikom spółdzielni. Odpowiedział, że tak, ale rozwiązania nie ma. Zresztą nie ma tego rozwiązania od 10 lat, odkąd on mieszka na poddaszu budynku przy ul. Bielawskiej. - Każdej zimy tak jest. Mam długi w spółdzielni i może dlatego nic nie zrobią - tłumaczy sobie.
     - Ja fundusz remontowy opłacam, więc uważam, że nie powinno być wymówki przed ociepleniem rur w tej ubikacji, żeby w ogóle można było z niej korzystać - stwierdziła Teresa Rybczyńska. Dodała również, że latem i jesienią zeszłego roku, gdy jeszcze myślała, że uda się jej wytrzymać w pokoju na poddaszu całą zimę, zakupiła za swe pieniądze drzwi wejściowe ze strychu do pokoju. Wnioskowała później do spółdzielni o zwrot kosztów, ale otrzymała odpowiedź negatywną.
     Pytania o zamarzającą toaletę na poddaszu ul. Bielawskiej skierowaliśmy do prezesa spółdzielni w tym samym piśmie, w którym prosiliśmy o ustosunkowanie się do pretensji Teresy Rybczyńskiej w sprawie eksmisji. Ten temat został przez władze spółdzielni pozostawiony bez komentarza.
     Tadeusz Kosiara z Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Żninie powiedział, że jeśli status mieszkań jest uregulowany, tzn., powstało ono za zgodą spółdzielni w jej budynku i zajmują je uprawnieni umowami najemcy, a nie dzicy lokatorzy oraz, że toaleta również powstała za zgodą administratora, to obowiązkiem tego ostatniego, czyli w tym przypadku spółdzielni mieszkaniowej, jest zapewnienie, żeby toaleta działała zgodnie z przeznaczeniem.
     NADZIEJA NA WYSPACH
     Tymczasem Teresa Rybczyńska, mimo że straciła już mieszkanie na ul. Pakoskiej, nadal wierzy, że je odzyska. Wybiera się wkrótce do syna, który przebywa zarobkowo w Wielkiej Brytanii. Teresa Rybczyńska, jak twierdzi, ma już obietnicę zatrudnienia na Wyspach. Marzy o dobrych zarobkach, które pozwolą jej wynająć dobrego prawnika i zwyciężyć w walce o mieszkanie, spłacić do końca swój dług wobec spółdzielni i uzyskać odrębną własność lokalu na ul. Pakoskiej w Barcinie. Spędziła w nim 35 lat i traktuje jako rodzinne gniazdo. - A z gniazda ptaków się nie wyrzuca - kończy melancholijnie.

Karol Gapiński
Pałuki nr 1046 (9/2012)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości