Reklama

Normalny kosmos

Prace Stefana Kościeleckiego w Sufraganii
    Normalny kosmos
    W dniach od 13 marca do 14 kwietnia 1993 r. w żnińskiej Sufraganii można będzie oglądać po raz pierwszy w Żninie wystawę obrazów oraz rysunków komputerowych i aparaturowych toruńskiego artysty prof. Stefana Kościeleckiego. Prof. Kościelecki urodził się w Żninie 2 IX 1933 r., studia odbył na Wydziale Sztuk Pięknych UMK w Toruniu. Dyplom uzyskał w pracowni prof. S. Borysowskiego. Obecnie jest profesorem UMK i ASP w Warszawie oraz przewodniczącym Polskiej Komisji Międzynarodowego Stowarzyszenia Wychowania Przez Sztukę. W Żninie zobaczymy prace z cyklu "Przestrzeń Międzyświetlna".


    Maciej Potulny: - Praca pańska ma trzy główne nurty: własna twórczość malarska, praca wykładowcy na UMK w Toruniu i ASP w Warszawie, a także teoria wychowania plastycznego. W jakiej kolejności według ważności wymieniłby pan te zajęcia?
    Prof. Stefan Kościelecki: - Wszystkie te kierunki działania są zintegrowane. Działalność artystyczna była pierwsza, to był początek sprawy. Działalność dydaktyczna na uczelniach polega głównie na zajmowaniu się zagadnieniami teoretycznymi formy jako takiej. To znaczy: czym jest linia, przestrzeń, płaszczyzna, barwa itp. Dla mnie zagadnienia te były potrzebne dla wyjaśnienia sobie samemu, czym są właściwie elementy formy plastycznej, którymi się posługuję. To z kolei skłoniło mnie do zgłębienia pewnych podstaw teoretycznych związanych z rozumieniem tych elementów formy plastycznej z jednej, i z zagadnieniami związanymi z psychofizjologią widzenia z drugiej strony. I to zawarłem w książce pt. "Współczesna koncepcja wychowania plastycznego".
    - Spotkałem się z opinią, że jest to książka, w której są zawarte dość kontrowersyjne koncepcje wychowania plastycznego.
    - Oczywiście. One były nie tylko kontrowersyjne, ale w pewnym okresie nawet zakazane przez ówczesne Ministerstwo Oświaty. Między innymi z mojej inicjatywy powstała Galeria i Ośrodek Twórczości Plastycznej Dzieci w Toruniu. Jest to instytucja, która istnieje już od 25 lat, i która jest ukierunkowana wyłącznie na zagadnienia plastyki dziecięcej. Są tam trzy kierunki działania: organizowanie różnego rodzaju konkursów, gromadzenie prac (ok. 200 tys.), a także funkcjonowanie pracowni dydaktycznych.
    Tam właśnie robiłem moje eksperymenty. Pierwszy z nich nazywał się "Otwarte oczy dla otwartego umysłu". Nie było to uczenie plastyki, lecz raczej otwieranie młodym ludziom szerzej ich oczu, ażeby w większym stopniu uświadamiali sobie to, co widzą. Dotyczy to zagadnień sfery wizualnej. W życiu nie jesteśmy przygotowani np. do oceny barw w różnych oświetleniach - każda powierzchnia daje inne odbicia różnych świateł. Na przykład w moim eksperymencie dzieci nie odróżniały sześciu barw, lecz np. 30 czerwieni, 15 żółci itd. Brak wiedzy w tym kierunku jest pewnym mankamentem. Właśnie tego typu uwagi są zawarte w mojej książce.
    - Należy pan do polskiej czołówki awangardowej. Czy początki pańskiej działalności nie odbiegały od tego nurtu, czy nigdy nie próbował pan tworzyć w sposób klasyczny?
    - Oczywiście, zaczynało się od tego, że jako młody żninianin, zanim poszedłem do Liceum Plastycznego w Bydgoszczy, malowałem nasz kościół, farę, różne inne obiekty w naszej okolicy, pejzaż żniński, który mi się wówczas bardzo podobał. Jest to namalowane w konwencji absolutnie realistycznej.
    - Pańskie obrazy są nazywane "kosmiczną grą przestrzeni, światła i barwy". Należą raczej do dość trudnych w percepcji. Czy zatem nie obawia się pan, że grono odbiorców pana sztuki zawęża się do nielicznej grupki ludzi rozumiejących ją?
    - Krytycy często łączą moje prace z Kosmosem. Jednak nigdy nie chciałem przedstawiać w nich Kosmosu. Są to normalne sytuacje, które można dostrzec, gdy się wyjdzie na ulicę. Pokazuję moją impresję różnych wartości świetlnych. Przestrzeń międzyświetlną można dojrzeć wszędzie. Istnieją światła o większej lub mniejszej jasności, o różnych kształtach, różnych fakturach.
    - Do kogo adresuje pan swoją twórczość?
    - Nie stawiam sprawy tak, że robię obrazy dla określonego odbiorcy. Czuję potrzebę powiedzenia pewnej prawdy, bez względu na to czy się to komuś podoba, czy nie. W tym czasie, kiedy robiłem pierwsze tego typu obrazy, spotykały się one z dużą krytyką: "Co to za obrazy, dlaczego tylko czerń i srebro, a gdzie jest czerwony, zielony?" To były lata 60. Dzisiaj, po trzydziestu latach, nadal jest to w jakimś sensie awangarda. Reprezentuję tzw. "visual art" czyli sztukę wizualną. Znajduje się ona na pograniczu "op artu" (od słowa "optyka" - przyp. red.), z której to dziedziny także "popełniłem" kilka prac. Moją ambicją nie było zostać jakimś awangardzistą, tylko takie było moje widzenie świata i poglądy. Istotne było dla mnie to, że to, co chciałem powiedzieć, to powiedziałem.
    - Ostatni pana folder, jaki widziałem, pochodził z 1977 r. Do tego czasu był pan już kilka razy se swoimi obrazami za granicą, m.in. we Włoszech i Francji. Czy od tamtej pory brał pan udział w innych zagranicznych wystawach?
    - Moje obrazy wymagają szczególnych warunków ekspozycji. Dlatego miałem raczej niewiele wystaw. Jedną z godnych wspomnienia była wystawa w 1988 r. w Marl w RFN. To, że zgodziłem się na eksponowanie tu, w tym maleńkim muzeum, jest raczej sprawą sentymentu. Zdaję sobie sprawę, że nie uda się tu zobaczyć całej głębi obrazu.
    - Tworzy pan różnymi niekonwencjonalnymi technikami, choćby nakładając nitrolakier pistoletem. Stworzył pan aparative kunst (sztukę aparaturową)...
    - Aparative kunst to grafika wykonywana specjalnym aparatem, który sam wykonałem z pomocą kolegów fizyków.
    - Był pan prekursorem grafiki komputerowej...
    - Owszem, byłem jednym z tych, którzy w Polsce to zaczynali. Potem niestety to przerwałem. Po prostu inne zajęcia zabierały mi zbyt dużo czasu, a samo programowanie jest bardzo czasochłonne. Na każdy z tych rysunków był robiony oddzielny program, gdyż w tym czasie w ogóle nie było programów graficznych. Moje rysunki komputerowe są wykonywane plotterem. Pewne efekty, które są tam uzyskane, są nie do uzyskania przy pomocy ręki. I tutaj, moim zdaniem, jest ta nieduża przestrzeń, która daje sens używania komputera. Bo komputer jest mi tylko wtedy potrzebny, gdy daje więcej niż ręka.
    - Jakim środkiem można, pańskim zdaniem, najlepiej wyrazić swoją koncepcję plastyczną?
    - Ja stawiam sprawę tak, że nie tyle chodzi o to, czy jest łatwiej, czy trudniej, wdzięczniej - niewdzięczniej, tylko po prostu do mojej "idee fixe", a więc tego zamysłu, szukam wciąż nowych środków.
    - Dziękuję za rozmowę.

Z prof. STEFANEM KOŚCIELECKIM
rozmawiał MACIEJ POTULNY

Maciej Potulny
Pałuki nr 57 (9/1993)
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości