Reklama

Piętnaście minut pod drzwiami i życie wywrócone do góry nogami

Asystent rodzinny czuwa
     Piętnaście minut pod drzwiami i życie wywrócone do góry nogami
     Nie zawsze działania przynoszą efekty, nie każdy chce zmian i nie wszyscy są w stanie wytrwać do końca. Ale są tacy, którzy od samego początku są nastawieni na aktywność, wywracają swoje życie do góry nogami i prą do przodu z podniesioną głową, dumni, że czasem pierwszy raz w życiu podejmują samodzielne decyzje, wpływają na swoje życie, decydują o tym, jak ono ma wyglądać. I dla nich właśnie warto realizować program.

Asystentka rodzinna Karina Przybył
       fot. Magdalena Kruszka

     Miejsko-Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Barcinie od trzech lat realizuje program Drogowskaz na aktywność, który pomaga aktywizować ludzi korzystających na co dzień z pomocy społecznej. W tym roku zakończyła się trzecia edycja. Jednym z jej zadań była współpraca Kariny Przybył, asystentki rodzinnej, z dziesięcioma rodzinami pozostającymi w kryzysie. Do programu przystąpiło 10 beneficjentek, a wraz z nimi program realizowało 22 dzieci. Współpraca została zakrojona na szeroką skalę, a życie niektórych beneficjentek uległo diametralnym zmianom.
     - To było jeszcze zanim dowiedziałam się o programie - opowiada jedna z pań, która przystąpiła do projektu. - Było mi bardzo ciężko, wszystko brałam do siebie, byłam zamknięta w sobie, zastraszona, miałam żal do wszystkich, dusiłam problemy i one mnie przerosły. Szłam i nie wiedziałam sama, gdzie idę. A któregoś razu stanęłam i powiedziałam sobie „dość!”.
     Pierwsze kroki skierowała do psychologa. Przyznaje, że zanim weszła do gabinetu, stała piętnaście minut pod drzwiami, wahając się, czy na pewno wejść. Do przekroczenia progu skłoniła ją myśl o dziecku i świadomość, że robi to dla niego. W kwietniu poszła po pomoc do ośrodka pomocy społecznej. Tam dowiedziała się o projekcie Drogowskaz na aktywność i możliwości skorzystania ze wsparcia asystenta rodzinnego. Kolejnym krokiem - i przełomem w jej życiu - było przystąpienie do projektu. Pierwsze spotkanie z Kariną Przybył było w domu beneficjentki.
     PRZEŁOM
     - Na początku byłam zszokowana, ale przed panią Kariną otworzyłam się, opowiedziałam o wszystkim - wspomina.
     - Długo wtedy rozmawiałyśmy, żebym mogła rozpoznać sytuację. Wiele spraw trzeba było poruszyć - dodaje Karina Przybył.
     Zaczęła się praca u podstaw. Obie panie pojechały do Powiatowego Urzędu Pracy, żeby pierwszy raz zarejestrować beneficjentkę jako osobę bezrobotną. Dotąd bowiem żadnej pracy nie podejmowała. Trzeba było zadbać o potrzebne dokumenty, o dowód osobisty, który stracił ważność. Już na tym etapie Karina Przybył jedynie podpowiadała co zrobić i gdzie pójść, resztę beneficjentka załatwiała sama.
Po tygodniu okazało się, że jest praca. Podjęła ją. Była wzorową pracownicą, zbierała same pochwały. Kierownik stwierdził, że sumiennie wywiązuje się z obowiązków i lepszego pracownika do tej pory nie miał
     - Wcześniej ojciec moich dzieci nie pozwalał mi pracować, a ja go wtedy we wszystkim słuchałam, ale kiedy zobaczył, że zaczynam sama podejmować decyzję, że stanęłam na nogi, to przestał ingerować - mówi beneficjentka. - A jak poszłam do pracy, to wcale mi nie było ciężko. Poznałam dwie koleżanki. Podobała mi się praca. Potem to już zaczęli krzyczeć na mnie, że za dużo i za długo pracuję.
     Kiedy kobieta podjęła pracę, konieczne było umieszczenie dziecka w żłobku. W tym względzie także nieocenione okazało się wsparcie asystenta rodzinnego. W kwietniu jednak nie było mowy o tym, żeby gdziekolwiek w żłobku znaleźć wolne miejsce. Dziecko natomiast miało niekorzystną opinię z ośrodka diagnostyczno-konsultacyjnego i potrzebny mu był kontakt z rówieśnikami, możliwość wyrównania szans. Po rozmowie obu pań i dojściu do wniosku, że umieszczenie dziecka w żłobku jest najlepszym wyjściem w tej sytuacji, Karina Przybył podjęła starania, żeby znaleźć miejsce w placówce dla malucha. Udało się. Matka więc poszła do pracy, a dziecko zyskało kontakt z rówieśnikami w żłobku.
     PRACA NAD SOBĄ     
     Wszystko zaczęło zmierzać w dobrym kierunku. Karina Przybył już nie musiała regularnie spotykać się z beneficjentką, wystarczyły rozmowy telefoniczne prowadzone w razie potrzeby. Przestała też prowadzić panią za rękę, a skupiła się na sprawach dokumentacyjnych. Beneficjentka w międzyczasie własnymi siłami, z niewielką pomocą siostrzeńca, wyremontowała mieszkanie, czyli dwa pokoje, kuchnię i łazienkę, zaczęła zdobywać informacje o alkoholizmie, bo choć sama nie spożywa alkoholu, to ojciec jej dzieci ma z tym problem. Założyła również niebieską kartę. Teraz trwają starania o ustalenie alimentów, praca nad stroną formalną, sporządzanie pism o przyznanie zasiłku rodzinnego.
     - Pani w zasadzie sama już wszystko robi, sama załatwia - mówi Karina Przybył. - Kiedy dziecko chorowało, tak długo szukała odpowiedniego lekarza, aż trafiła na takiego, który był w stanie pomóc. Dobrze sobie radzi z gospodarowaniem i z opieką nad dzieckiem. Jest w stanie doskonale sobie poradzić w wielu sytuacjach. Ale to wymagało wiele pracy. Byłyśmy w stałym kontakcie, jeśli nie osobistym, to telefonicznym. Podałam jej swój prywatny numer telefonu, choć praktyka jest taka, że się tego nie robi. Ale ja widzę dużą zmianę, widzę, że pani zdobyła pewność siebie, uwierzyła w siebie.
Kolejnym krokiem ku polepszeniu bytu beneficjentki jest uzyskanie własnego mieszkania z gminy. Od stycznia przyjmowane będą nowe wnioski o przydział lokum. Komisja mieszkaniowa oraz przedstawiciele urzędu znają już sytuację, nieraz słyszeli o tym, że jest taka potrzeba. Karina Przybył przyznaje, że szanse są duże, choćby dzięki pozytywnym opiniom kuratora sądowego i z opieki społecznej.
     30 listopada wygasła umowa o pracę. Od początku grudnia kobieta znów jest bezrobotna i czeka, aż pojawią się oferty. Wie, że zrobiła już wiele, że przełom w jej życiu się dokonał, ale ma świadomość, że jeszcze wiele pracy przed nią. Jest jednak gotowa podjąć wyzwanie, chce walczyć i realizować kolejne cele, które sobie postawiła.
     PRACA NAD RODZICIELSTWEM
     Jest to jeden z dziesięciu przykładów osób współpracujących przez osiem ostatnich miesięcy z asystentem rodzinnym. Problemy bywają różne - tak, jak ludzie bywają różni. Możliwości współpracy są bardziej lub mniej ograniczone.
     - Potrzeby były różne, bo w poszczególnych rodzinach spotykałam się z innymi deficytami. Nie wszędzie trzeba było pomagać dzieciom - mówi Karina Przybył.
     Jednak w wielu wypadkach konieczne było nauczyć matkę, jak ma pracować ze swoim dzieckiem, jak uczyć systematyczności, jak wychowywać, a także jak bawić się i nawiązywać z dzieckiem kontakt.
     - Bywało, że jako asystentka siedziałam z dzieckiem, które miało problemy w nauce i odrabiałam z nim lekcje, a matka dziecka siedziała przy mnie - wspomina asystentka rodzinna. - Pokazywałam jej wtedy, jak może dziecku pomóc, co robić, żeby dziecko do pracy przy zadaniach domowych zmotywować. Często rodzice merytorycznie nie są przygotowani do tego, żeby wesprzeć dziecko w odrabianiu lekcji, wtedy pokazywałam ćwiczenia fizyczne, jakie mogą z nimi wykonywać, żeby umocnić połączenie między obydwiema półkulami mózgowymi, jak choćby naprzemienne łączenie łokci z kolanami, wspólne rozwiązywanie krzyżówek, a nawet wspólna zabawa.
     Zdarzało się, że dziecko potrzebowało pomocy medycznej i dopiero asystent rodzinny był w stanie zadbać o to, żeby skierować je do poradni specjalistycznej, postarać się o odpowiednie zaświadczenia, a także o to, żeby skierować dziecko do szpitala.
     - Z jedną mamą i jej dzieckiem byłam u neurologa. Ono miało problemy w nauce, a ja postarałam się o to, żeby medycznie stwierdzić, skąd te trudności się pojawiają. Doprowadziłam do tego, że dziecko miało wykonaną nawet tomografię komputerową, która miała wyjaśnić, skąd mogą się brać braki w nauce - przywołuje kolejny przykład Karina Przybył.
     Kłopot polega na tym, że często rodzice nie potrafią sformułować, w czym tkwi problem, opisać sytuacji i wytłumaczyć, z czym przychodzą do lekarza. Tu pojawia się miejsce dla asystenta rodzinnego, który w gabinecie lekarza opisze sytuację rodziny, problemy z dzieckiem, opowie o tym, co zaobserwował.
     - Początkowo w gabinecie rozmowę z lekarzem prowadziłam ja. Wchodziłam do gabinetu, rozmawiałam z lekarzem, tłumaczyłam, w czym problem, a jeśli padały szczegółowe pytania, to włączała się w rozmowę także matka i potem to już ona zdawała relację - wspomina Karina Przybył.
     Praca asystenta rodzinnego to nie tylko rozmowy z instytucjami czy rodzicami, ale także prowadzenie dokumentacji, wypisywanie wniosków, pomoc w formułowaniu listu motywacyjnego.
     - W przypadku dziecka, które skierowaliśmy pod opiekę medyczną, to zaczęło się od rozmów, a potem to gromadziłam całą dokumentację, ponieważ poradnia pedagogiczna nie chciała się zgodzić na specjalny tok nauczania - mówi Karina Przybył. - Starałam się więc zdobyć stosowne oświadczenia i opinie, które skłoniłyby poradnię do skierowania dziecka do szkoły specjalnej. Chłopiec chodzi do trzeciej klasy, a powinien być w piątej. Nie umie pisać i czytać, powinien chodzić do szkoły specjalnej, więc trzeba o to zadbać, przypilnować tego.
     Karina Przybył rozmawiała z pedagogiem szkolnym, nauczycielami i wychowawcą. Były to na tyle częste kontakty, że nie w każdej rozmowie matka brała udział. Podstawowym zadaniem asystenta rodzinnego było skierowanie dziecka do odpowiedniej placówki, a także nauczenie rodziców, jak z dzieckiem pracować, rozmawiać i jak do niego dotrzeć, jednym słowem podniesienie ich kompetencji opiekuńczo-wychowawczych.
     PRACA Z ZESZYTEM WYDATKÓW
     Asystentka rodzinna przyznaje, że czasem są to proste techniki, wystarczy drobna wskazówka, mała podpowiedź, pokazanie kilku zabaw, metod i kontakt rodziców z dzieckiem staje się bliższy. Jednak niekiedy problem jest znacznie głębszy i tylko od rodziców zależy, czy uda się go rozwiązać. Dotyczy to nie tylko pracy z dziećmi, ale każdego kłopotu, który dotyka rodziny pozostające w kryzysie.
     W wielu rodzinach pojawił się problem finansowy. Zaciągane przez nie kredyty były przejadane i po chwili na podstawowe wydatki nie starczało pieniędzy. Rola asystenta polegała wówczas nie tylko na wskazywaniu, na co wydawać pieniądze, ale także na ponownym uzgadnianiu z bankiem spłaty kredytów w maksymalnie dogodnych ratach.
     - Wtedy trzeba było ustalić jakiś plan, wytłumaczyć, że w tym miesiącu kupujemy kurtkę na zimę dziecku, a w następnym dopiero co innego - mówi Karina Przybył. - Poza tym, jeśli my z opieki przekazywaliśmy pieniądze na przykład na węgiel, to potem sprawdzałam, czy ten węgiel faktycznie został kupiony. Jednak największym problemem, jaki zaobserwowałam, to było właśnie zaciąganie kredytu bez zastanowienia się, co potem.
     Asystentka rodzinna wspomina, że zachęcała do prowadzenia zeszytu wydatków, lecz czasem trudno to było wyegzekwować. Nie wszyscy chcieli współpracować i zmienić swoje życie.
     - Niektórym tłumaczyłam, że to dla ich dobra, ale były to działania wprowadzane na siłę, nie miałam informacji zwrotnej, czy to się przydaje - opowiada Karina Przybył.
     - Są takie beneficjentki, które bardziej pozwoliły wejść w swoje życie, otworzyły się przede mną, ale zdarzyli się też tacy, którzy do programu przystąpili, ale potem nie widziałam w nich chęci zmiany, ani współpracy. Trudno jest mi to zrozumieć. W większości jednak mam poczucie, że wpłynęłam pozytywnie na życie ludzi, z którymi miałam okazję w ciągu ostatnich miesięcy pracować.
     EFEKT: WZIĘCIE ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA WŁASNE ŻYCIE
     Podczas ośmiu miesięcy, od kwietnia do grudnia, Karina Przybył, współpracując z 10 paniami i 22 dziećmi, skupiła się na tym, aby realizując projekt spowodować w beneficjentkach zwiększenie poczucia wpływu na własne życie, nieść pomoc w dostrzeżeniu i uświadomieniu zasobów i możliwości oraz umiejętności skutecznego poradzenia sobie w konkretnych sytuacjach. Wspierała w podejmowanych działaniach, pomagała planować wydatki, załatwiać sprawy urzędowe i kontaktowała się z instytucjami. Wiele z beneficjentek wymagało też tego, żeby podnieść ich umiejętności opiekuńczo-wychowawcze, podsunąć rady dotyczące zdrowia i diety, a także wskazać efektywne zarządzanie czasem i organizowanie zajęcia. W ciągu ostatnich miesięcy Karina Przybył pełniła rolę rzecznika i mediatora w kontaktach z kuratorem, pracownikami szkoły i służby zdrowia oraz pracownikami socjalnymi. Choć nie wszystkim udało się pomóc, to wniosek, do jakiego doszli zaangażowani w realizację projektu Drogowskaz na aktywność, jest taki, że jeśli znajdzie się choć kilka osób, które dzięki projektowi wyjdą na prostą i staną na własnych nogach, to warto w to wchodzić, poświęcać energię i się starać.

Magdalena Kruszka
Pałuki nr 984 (51/2010)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości