Reklama

Rodzina zastępcza jak z filmu

- Kochamy się, jesteśmy fajną rodziną, mamy fajne, zdrowe dzieciaki, dobrze nam się wiedzie, jesteśmy za to wdzięczni i chcemy się tym dzielić - mówi Ewa Ciszak-Krych, tłumacząc dlaczego zdecydowała się być rodziną zastępczą. Od czterech miesięcy wraz z mężem Januszem zajmują się dwojgiem chłopców, którzy trafili do nich z interwencji.

Oskar i Dominik w rodzinie zastępczej mają okazję zobaczyć, jak funkcjonuje prawdziwa, harmonijna i szczęśliwa rodzina fot. Magdalena Kruszka

     Ewa Ciszak-Krych i Janusz Krych mieszkają pod Barcinem. Mają duży dom i warunki do tego, żeby stworzyć Rodzinny Dom Dziecka, o którym teraz marzą. Zapytani, czy budując dom planowali, że stworzą Rodzinny Dom Dziecka, przyznają, że nie i śmieją się, że sąd pytał ich o to samo.
     ZGRANA RODZINA
     Mają już dwoje własnych dzieci - 20-letniego Filipa i 11-letnią Zuzannę. Oboje są utalentowani. Filip jest sportowcem, który ma na swoim koncie wiele sukcesów, między innymi mistrzostwo świata w karate. Pracuje już zawodowo. Zuza z kolei przejawia za mamą zdolności artystyczne. W tym roku po raz drugi zwyciężyła w ogólnopolskim konkursie plastycznym Zachowaj trzeźwy umysł, w którym jej praca została dostrzeżona wśród 7.000 innych. Na pierwszy rzut oka widać, że więzi między nimi są bardzo silne. Tworzą sympatyczną, zgraną rodzinę.
     19 sierpnia ich życie przewróciło się do góry nogami, bo wraz z nimi nieoczekiwanie zamieszkali dwaj chłopcy: 3,5-letni Dominik i Oskar, który niedawno skończył 2 latka. Chłopcy są braćmi.
     DECYZJA DOJRZEWAJĄCA
     Ewa i Janusz skończyli w zeszłym roku kurs pieczy zastępczej. Taki kurs organizowany był przez Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Żninie, a wraz z nimi uczestniczyły jeszcze cztery pary i jedna pani, bo osoba samotna także może być rodziną zastępczą. Małżonkowie spod Barcina gotowi byli na to, aby znaleźć się w nowej sytuacji i zdobyli kwalifikacje do tego, aby móc opiekować się dziećmi. Ich decyzja nie była spontaniczna, ale rodziła się dłuższy czas i dojrzewała praktycznie od dziesięciu lat. Nie ma wątpliwości, że inicjatorką i inspiratorką w tym przedsięwzięciu była pani Ewa, a jej mąż dał się zarazić chęcią stworzenia domu dla tych, którzy go potrzebują. Decyzja o tym musiała być także uzgodniona z dziećmi biologicznymi, które musiały wyrazić zgodę na to, aby wejść w strukturę rodziny zastępczej. Wiedziały, że wiąże się to z tym, że będą zmuszone dzielić się własnymi rodzicami.
     - Na jednej z imprez spotkaliśmy się z panią Zwolenkiewicz, która powiedziała niby żartem, że nas zapisała już na kurs i impuls spowodował, że nasze plany się ziściły - mówi Janusz Krych, a jego żona dodaje: - Powiedziała nam, że mamy się szybko decydować, bo zaraz będziemy za starzy. Chęci mieliśmy już wcześniej, ale musiał nas ktoś pchnąć w tym kierunku.
     JAK BYĆ RODZINĄ ZASTĘPCZĄ
     Kurs trwał od kwietnia do sierpnia ubiegłego roku. Był to cykl szkoleń i badań, bez których byłoby znacznie trudniej podjąć się opieki nad dziećmi. Dają one nie tylko wiedzę na temat różnych możliwych zachowań i jak sobie z nimi radzić, ale także wsparcie psychologiczne i pedagogiczne. Na kursie wiele się mówi o tworzeniu więzi, o tym, jak prowadzić dobrą rozmowę, jak pomóc dzieciom poradzić sobie ze stratą i jak stosować dyscyplinę. Małżonkowie przyznają, że bez tego kursu byłoby bardzo ciężko podjąć się opieki nad dziećmi, które do nich trafiły, choć doświadczenie w wychowywaniu dzieci mają duże, bo jest już dwoje własnych.
     - Wychowywanie własnych dzieci i cudzych, to są dwie różne sytuacje - przyznaje Janusz. - Tworzenie więzi z biologicznym dzieckiem przychodzi samo z siebie, to jest naturalne. Dzieci, które do nas trafiły, to są dzieci po przejściach i musieliśmy się nauczyć podejścia do takich dzieci. One nie potrafią budować więzi. Trzeba ich tego nauczyć. Mimo że mamy dwoje swoich dzieci biologicznych i powinniśmy być alfą i omegą w tych kwestiach, to okazuje się, że nie jesteśmy.
     Nie u wszystkich par, które wraz z Ewą i Januszem kończyły kurs, dzieci już są, choć część z osób uczestniczących w tym kursie, formalizowała jedynie sytuację, w której się znaleźli.
     - Osoby, które chcą skończyć kurs pieczy zastępczej, nie muszą koniecznie zgłaszać się do PCPR-u - wyjaśnia Ewa Ciszak-Krych. - Ośrodek adopcyjny w Bydgoszczy robi takie kursy na co dzień. U nas one są organizowane, jak jest potrzeba.
     DWÓCH CHŁOPCÓW I URLOP MACIERZYŃSKI
     Ewa jest artystką, ale zawodowo pracuje w Środowiskowym Domu Samopomocy w Barcinie. Jej przełożeni i współpracownicy wiedzieli, że jest gotowa stworzyć rodzinę zastępczą, ale kiedy chłopcy z dnia na dzień do niej trafili, było to dla wszystkich zaskoczeniem. Ona sama poszła wtedy na urlop macierzyński. Kiedy zadzwonił telefon i zapytano ją, czy przyjmie do swojego domu dwóch chłopców z interwencji, nie wahała się. Porozmawiała z mężem i ich decyzja była na tak.
     - Jak mieliśmy ten kurs skończony, to byliśmy w takim trochę zawieszeniu, aż tu nagle po roku dostaliśmy telefon, że są dzieci z interwencji, które nas potrzebują - wspomina Janusz Krych. - Zawsze pada pytanie, czy jesteśmy gotowi na to, aby do nas trafiły. Od razu wiedzieliśmy, że tak. Niby to facet jest głową rodziny, ale żona jest szyją, która nią kręci i tak to trochę u nas wygląda.
     SIŁA WEWNĘTRZNEJ POTRZEBY
     Janusz Krych przyznaje, że w nim decyzja o tym, żeby stać się rodziną zastępczą, a w dłuższej perspektywie tworzyć Rodzinny Dom Dziecka, rodziła się dłuższy czas. Podkreślił, że długo prowadził własną działalność gospodarczą, która wymagała jego dużego zaangażowania i czasu. Wykluczało to realizację planów o przygarnięciu dzieci. Plany się zrodziły, ale nie były wcielane w życie. W 2014 r. wygasił działalność, zaczął pracować na etacie i można było zweryfikować swoje wcześniejsze zamierzenia.
     - To jest jakaś potrzeba wewnętrzna, chęć pomocy - wyjaśnia Ewa. - Kochamy się, jesteśmy fajną rodziną, mamy fajne, zdrowe dzieciaki, dobrze nam się wiedzie, jesteśmy za to wdzięczni i chcemy się tym dzielić. Chciałoby się powiedzieć coś mądrego w takiej sytuacji, a tu nie ma nic mądrego. Jesteśmy po prostu zwykłą, normalną rodziną.
     MILOWE KROKI ROZWOJU
     Kiedy Oskar i Dominik do nich trafili, ich życie wywróciło się do góry nogami. Chłopcy ewidentnie potrzebowali wsparcia, pomocy i opieki. Obaj mieli problemy rozwojowe. Ich mama ma ograniczone prawa rodzicielskie, dwa razy odwiedziła chłopców w nowym miejscu zamieszkania. Chłopcy praktycznie nie znają ojca. Przed sądem toczy się sprawa o zabranie rodzicom praw rodzicielskich. Ewa i Janusz są w tej sprawie stroną. Liczą się z tym, że wyrok może być różny i że chłopcy u nich nie zostaną. Nawet, jeśli rodzicom zostaną odebrane prawa rodzicielskie, to chłopcy mogą zostać przekierowani do rodziny adopcyjnej. U małżonków spod Barcina będą tak długo, aż nie zmieni się decyzja sądu. Co, jeśli chłopcy wrócą do biologicznej rodziny?
     - Będzie trudno się z tym pogodzić, bo mamy zawsze przed oczami ten obraz, jak dzieci wyglądały, gdy do nas trafiły i jak zaczęły się u nas rozwijać - powiedział Janusz. - Oskar zrobił milowy krok. On nie chodził, nie mówił. Teraz już chodzi, mówi pojedyncze słowa, przytula się. Zaczął reagować na podstawowe sygnały. Wyciągnie ręce, żeby pokazać, że chce do kogoś pójść i się przytulić. Potrzebuje tego kontaktu.
     UŚMIECHY, PRZYTULENIA, KŁÓTNIE I ZAZDROŚĆ
     Ewa i Janusz cieszą się z każdego dnia, który chłopcy z nimi spędzają, bo opieka nad nimi, choć trudna, daje im wiele satysfakcji i napawa dumą. Wiedzą, że czas, jaki spędzą w ich domu, bez względu na to jak będzie długi, będzie procentował w przyszłości.
     - Oni są u nas cztery miesiące, teraz już się uśmiechają, Dominik otworzył się bardziej, Oskar zaczął chodzić, a jak do nas trafili, mieli z tymi podstawowymi rzeczami problemy - wspomina Ewa. - Teraz funkcjonujemy już jak w normalnej rodzinie. Zuza traktuje chłopaków jak starsza siostra. Czasami się kłócą, czasem są zazdrośni o siebie, jak to w każdej rodzinie bywa. Filip też jest dla nich jak starszy brat. Był w szoku, kiedy chłopcy do nas trafili. Tym, w jakim oni są stanie. Nic nie mówił, tylko kiwał głową. Jest dla nich bardzo opiekuńczy. Kiedy nas nie ma, zajmuje się nimi. Najważniejsze jest to, że chłopcy mogą się rozwijać w rodzinie, gdzie widzą dobre wzorce. Oni widzą, że siedzimy przy stole, jemy razem obiad, rozmawiamy.
     BEZPIECZNY DOM I ŻYCZLIWI LUDZIE
     Oskar i Dominik wymagają wiele opieki i absorbują uwagę, ponieważ dzieci są jeszcze małe. Trudno przy nich znaleźć czas dla siebie, ale Ewa stara się także realizować swoje pasje artystyczne. Namalowała dla chłopców anioły, które zawisły w ich pokoju.
     Oboje z mężem uczą też chłopaków, że u cioci i wujka jest bezpiecznie i nic im tu nie grozi. Pokazują, że to dom, w którym nie ma alkoholu, krzyku i bicia. Kiedy Zuzia miała urodziny, odwiedziło ich wielu krewnych i przyjaciół. Chłopcy się przestraszyli, ale są na dobrej drodze, żeby poczuć się pewnie, nawet jeśli przychodzi do ich domu dużo ludzi.
     Ewa i Janusz są bardzo otwarci. Mają wielu przyjaciół. O tym, jak wielkie jest grono ludzi im życzliwych, przekonali się, kiedy chłopcy trafili do ich domu. Wówczas rodzina, znajomi, przyjaciele, współpracownicy, przełożeni, a także ludzie, z którymi byli mniej związani, na przykład rodzice kolegów z Zuzy klasy, pospieszyli z pomocą, a do ich domu trafiły ubrania, zabawki i wszystko to, co może się przydać, kiedy ma się w domu dwóch małych chłopców. Teraz mogą liczyć na pomoc obu babć, które zawsze są do dyspozycji, kiedy Ewa i Janusz muszą gdzieś wyjechać. Obowiązków mieli ostatnio sporo, bo w połowie grudnia skończyli kolejny kurs i są gotowi na to, aby stworzyć Rodzinny Dom Dziecka.
     - Mamy warunki, możemy pomóc, finansowo też sobie dobrze radzimy, bo obydwoje pracujemy zawodowo - mówi Janusz Krych. Teraz są gotowi, aby zawodowo zajmować się dziećmi. Mają takie możliwości, bo w ich domu mogłoby mieszkać ośmioro dzieci, nie licząc biologicznych. O tym jednak, czy będą mogli tworzyć Rodzinny Dom Dziecka, zadecyduje starosta.
     - Na razie chcielibyśmy nauczyć więzi rodzinnych chłopaków, którzy z nami są - podkreśla Ewa Ciszak-Krych.

Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1297 (51/2016)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości