Reklama

Telewizyjna przygoda

Na dzień przed sylwestrem rodzina Duszyńskich uczestniczyła w nagraniu jednego z odcinków Familiady. Chociaż nie wygrali pojedynku, to z Warszawy wracali zadowoleni. Była to dla nich przygoda, którą zapamiętają na lata.

Uczestnicy nagrania jednego z odcinków "Familiady" (od lewej): Tomasz Duszyński, Robert Luchowski, Jacek Duszyński, Jerzy Przybylski, Roman Harczenko fot. arch.

     Można powiedzieć, że w nagraniu wzięła udział rodzina z terenu Pałuk. Z Szubina byli to Tomasz i Jacek Duszyńscy, z Jeziorowa k. Kowalewa Wlkp. był Jerzy Przybylski, ze Żnina Robert Luchowski, a Roman Harczenko jako jedyny nie reprezentował Pałuk, bo reprezentował Łochowo k. Bydgoszczy. Panowie wystąpili w teleturnieju jako rodzina Duszyńskich, a Tomasz był głową, czyli kapitanem rodziny.
     Jak nam powiedział Robert Luchowski cała przygoda z teleturniejem zaczęła się w listopadzie 2004 roku. Wtedy nieświadomi niczego członkowie rodziny pozowali do zdjęcia grupowego, jakie na zjeździe rodzinnym robiła Lidka - żona Tomasza Duszyńskiego.
     - W momencie kiedy ona robiła to zdjęcie nie zakładaliśmy, że je wyśle i zgłosi nas do teleturnieju. Myśleliśmy, że żartuje. Po roku zaskoczył mnie telefon od kuzyna. Małżonka odebrała i powiedziała, że mam się pakować, ponieważ mam jechać na rozmowę do Poznania - opowiada Robert Luchowski. - Pojechaliśmy tam, ale byliśmy sceptycznie nastawieni.
     Na miejscu spotkali się z kobietą odpowiedzialną za kontakt z kandydującymi do teleturnieju rodzinami. Od niej zależało to, czy rodzina będzie zakwalifikowana lub nie. Tej selekcji dokonywała na podstawie wypełnionej ankiety, ale przede wszystkim na podstawie rozmowy z każdym z członków rodziny.
     - Trwało to około 15 - 20 minut. Sam dojazd do Poznania zajął nam więcej czasu, niż rozmowa. Od tego czasu do chwili kiedy otrzymaliśmy telefon z zawiadomieniem o terminie nagrania minął miesiąc. Powiedziano nam, że mamy się pakować. Muszę przyznać, że po tym telefonie zdębiałem - przyznaje Robert Luchowski.
     Termin nagrania w Warszawie wy-znaczono na 30 grudnia 2005 roku, a więc na ubiegły piątek. Uczestnicy teleturnieju wyjeżdżali z Szubina o 5 nad ranem, a do stolicy dotarli przed godziną jedenastą.
     - Pojechaliśmy na 30 piętro Pałacu Kultury i Nauki, zobaczyliśmy największą w Europie choinkę i stwierdziliśmy, że trzeba jechać już do studia. Chcieliśmy być wcześniej do dyspozycji - powiedział Robert Luchowski.
     Uczestnicy Familiady pojechali do studia przy ul. Inżynierskiej w Warszawie. Po przybyciu na miejsce okazało się, że w harmonogramie związanym z wejściem do studia, jest poślizg.
     - Pierwsza rodzina miała wejść o 10:00, a weszli za dwadzieścia pierwsza. Prawdopodobnie spóźnił się prowadzący. Nas ulokowano w recepcji, gdzie mogliśmy śledzić nagrywanie programu. Do czasu nagrania nie mogliśmy się nigdzie ruszyć. Czas oczekiwania na wejście był trudny - relacjonuje Robert Luchowski.
     Czekanie skończyło się o 19:30. Na uczestnikach widok studia na żywo nie zrobił dużego wrażenia. Stwierdzili, że większe wrażenie studio robi w telewizji. Do nagrania przystąpili zmęczeni długą podróżą. Zanim jednak doszło do rejestrowania kolejnego odcinka Familiady rodzina przystąpiła do próby.
     - Poszło nam bardzo dobrze, problemy zaczęły się przed finałem. Nie było odważnego, który chciałby w nim wystąpić. W końcu ustaliliśmy, że w finale wystąpi kuzyn Jacek i ja. W duecie poszło nam rewelacyjnie. Ale była to tylko próba. Bohaterem jest się w drodze na teleturniej. Przyjemnie współpracuje się w grupie. Ale jak wychodzi się solo i czuje oddech współtowarzyszy na plecach, to bohaterstwo się kończy. Do tego jak się jest drugim w finale i powtórzy się odpowiedź, to trudno opanować zdenerwowanie. Poszło nam gładko i optymistycznie czekaliśmy na naszą kolej - wspomina Robert Luchowski.
     Programy są nagrywane w jednym ciągu. Rodzina, która przegrywa odpada, a wygrywająca gra dalej. Pałucka rodzina przystąpiła do pojedynku z drużyną warszawsko-łódzką, która - jak podkreśla Robert Luchowski - była wypoczęta. W czasie nagrania uczestnicy nie mogą stosować kryptoreklamy, ani głosić własnych poglądów politycznych. Uczestnicy przed pierwszym klapsem kierowani są do garderoby, gdzie mogą się przebrać. Realizatorzy nie ingerują w dobór stroju, który musi być przede wszystkim schludny. To, czy ma się garnitur, czy dżinsy nie ma dla nich znaczenia. Jeśli drużyna wygrywa i jeszcze tego samego dnia ma nagranie drugiego odcinka, to uczestnicy muszą się przebrać w coś innego.
     - Po wejściu okazało się, że nie ma jednego kamerzysty i musieliśmy czekać. Atmosfera w studiu była miła. Początkowa trema w trakcie trwania nagrania ustępowała - mówi Robert Luchowski.
     Kto śledzi rozgrywki w teleturnieju Familiada, temu zasad przypominać nie trzeba, ale mając na uwadze, że czytają nas ludzie, którzy o Familiadzie słyszeli niewiele albo nawet wcale, tym przypomnijmy krótko zasady.
     Naprzeciw siebie stają dwie rodziny, które składają się z pięciu zawodników lub zawodniczek. Odpowiadają na pytania, które zadaje prowadzący jakim niezmiennie od kilku lat jest Karol Strasburger. Odpowiedzi są odpowiedziami jakie padły wcześniej z ust ankietowanych, a punkty odpowiadają procentowi ankietowanych, którzy wybrali określoną odpowiedź. Pytań jest pięć, a rodzina, która pierwsza uzyska 300 pkt wchodzi do finału. Tam grają już tylko dwie osoby, i 15 tys. zł, a główną nagrodę zdobywa się po uzyskaniu 200 punktów.
     - Szło nam rewelacyjnie, na początku - relacjonuje Robert Luchowski.
     Drużyny na początku odpowiadały na pytanie Gdzie zatrzymujemy się jadąc samochodem, a później udzielali odpowiedzi na pytanie Z czego składa się żelazko. Decydujący moment nastąpił w końcówce teleturnieju. Drużyna Duszyńskich zdążyła odpowiedzieć jeszcze na pytanie Co jest potrzebne do uprawiania sportów zimowych.
     W przedostatnim pytaniu liczbę punktów mnoży się przed dwa, więc uczestnicy, którzy do tego czasu zdobyli ich mało, mogą uzyskać więcej. Karol Strasburger zadał pytanie Co czyni kanapkę pożywną. Pomimo wygrania pojedynku i udzielenia dwóch odpowiedzi, to przeciwnicy triumfowali. W ostatniej rundzie punkty są mnożone przez trzy. Tutaj scenariusz był inny. W pytaniu Co pełni mundurowy Duszyńscy oddali inicjatywę przeciwnikom. Ci odpowiedzieli, że mundurowy pełni służbę i wartę, ale nie mogli znaleźć trzeciej odpowiedzi. Wtedy szansę otrzymała drużyna z Pałuk. Odpowiedzieli, że mundurowy pełni dyżur. Ale odpowiedź ta nie była trafna, ponieważ ankietowani odpowiedzieli, że mundurowy pełni wachtę.
     - Jak się pomyliliśmy, to po drugiej stronie zapanowała euforia. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że nasi rywale musieli cieszyć się trzy razy, ponieważ trzy razy było nagrywane zakończenie tej części. A finał był gładki. Gdybyśmy się dostali, to przeszlibyśmy go. W tym ostatnim pytaniu ważna była taktyka. Gdybyśmy wygrali pojedynek przy guziku, to wtedy przeciwnicy odpadliby. Ale żalu nie czuliśmy. Później gratulowaliśmy rodzinie, która wygrała i zrobiliśmy sobie razem pamiątkowe zdjęcie - powiedział Robert Luchowski.
     To co widzimy na ekranach telewizorów w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej. Robert Luchowski powiedział, że czas na udzielenie odpowiedzi wynosi 30 sekund, ale jeśli w trakcie nagrywania jest przerwa, to ten czas wydłuża się do 2-3 minut. W telewizji widać, że odpowiedzi ukazują się po krótkiej chwili, ale w trakcie nagrywania trwa to także kilka minut. To oczekiwanie jest przez realizatorów wycinane.
     - Prowadzący, którym jest aktor Karol Strasburger, to profesjonalista. Jest to mężczyzna niskiego wzrostu, lekko siwiejący. Miał dobrze skrojony garnitur. W trakcie programu zadawał pytania dotyczące nas i naszych zainteresowań. Przed nagraniem mówił nam o co będzie pytał - wspominał Robert Luchowski.
     Rodzina Duszyńskich zdobyła 121 punktów, wygrywając tym samym 363 zł. W nagrodę za udział otrzymali okazałe słodycze oraz pamiątkowe zdjęcie z Karolem Strasburgerem, które publikujemy. Program z udziałem rodziny Duszyńskich zostanie wyemitowany 11 marca 2006 roku w programie drugim TVP o 14:00.
     - Było to fantastyczne przeżycie. Mieliśmy możliwość zobaczenia telewizji od zaplecza. Gdyby ktoś zaproponował mi ponowne uczestnictwo w programie, to zgodziłbym się. Szczególnie z taką drużyną. Myślę, że dobrze nam poszło. Cieszyliśmy się, że udało nam się zdobyć kilka punktów. O wygranej pieniężnej nikt nie myślał. Potraktowaliśmy to jako przygodę.

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 725 (1/2006)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości