Reklama

200 kilometrów kajakiem, żninianin popłynął śladami Bitwy nad Bzurą (zdjęcia)

02/07/2025 09:00

Dywany lilii wodnych na całej szerokości koryta. Fantastyczne wschody słońca, jazy, które trzeba było pokonywać piechotą, ciągnąc kajak po brzegu. Rozmowy z ludźmi, poznawanie historii, odwiedziny w miejscach pamięci żołnierzy walczących w największej bitwie kampanii wrześniowej 1939 r. Był wśród nich dziadek Leszka Dolacińskiego, więc ten wybrał właśnie tę trasę na swoją wakacyjną eskapadę. Przypominamy materiał z 2023 roku.

Leszek Dolaciński ma 69 lat i mieszka w Żninie (stan na 2023 rok). Jest wnukiem Powstańca Wielkopolskiego i należy do żnińskiego koła TPPW. Ważne jest dla niego kultywowanie pamięci o powstańcach, ale nie tylko. Również o innych bohaterach walk o granice Polski i niepodległość kraju. Za sobą ma wyprawy łodzią żaglową oraz kajakiem, m.in. Wielką Pętlą Wielkopolski - Wartą i Notecią. Wiosną br. odbył też sentymentalny spływ Gąsawką przez Żnin od Jeziora Małego do Jeziora Dużego.

3 lipca 2023 r. w poniedziałek ruszył rano samotnie kajakiem. Prawie samotnie, bo towarzyszyła mu Tinka, czyli jego wierny pies. W tym roku przyszedł mu pomysł, aby kontynuować trasę wzdłuż szlaku bojowego jego dziadka Wojciecha Dolacińskiego, Był on najpierw Powstańcem Wielkopolskim, a w 1939 r. powołany został do Żnińskiego Batalionu Obrony Narodowej jako sanitariusz. Miał wtedy 38 lat. Wraz z Armią Poznań uczestniczył w bitwie nad Bzurą od łodzi aż do okolic Wyszogrodu. 19 września 1939 r. dostał się do niewoli. Co ciekawe, pociąg pancerny Danuta, który powstańcy w lutym 1919 r. zdobyli pod Zamościem, a walczył o niego również Wojciech Dolaciński, również 19 września 1939 r. skończył swój żywot po nalocie bombowym Luftwaffe w okolicach Iłowa i Sochaczewa. W 1940 r. w lipcu dziadek został przeniesiony do przymusowej pracy w Żninie na gospodarstwie niemieckim na tzw. Probostwie.

Reklama

Najbardziej malowniczy, początkowy odcinek spływu za Łęczycą. fot. z archiwum Leszka Dolacińskiego

Leszek Dolaciński wsiadł do kajaka w okolicach Łęczycy, czyli na 110 kilometrze w górę rzeki. Tyle więc miał do pokonania kajakarz, by osiągnąć jej ujście. Jak wszystkie rzeki swój początkowy bieg Bzura ma trudny. Brzegi są zarośnięte chaszczami, jest bardzo wąsko a stan wody był bardzo niski, nawet na tle ostatnich, dość suchych lat.

- Bzura jest bardzo malownicza, nie ma prostego odcinka dłuższego, niż 100 metrów. Wije się wśród pięknych terenów Ziemi Łowickiej i Mazowsza. Towarzyszyły mi w początkowym biegu całe dywany kwitnących lilii wodnych. Kajak je po prostu rozpychał i W miarę swojego przebiegu staje się szersza i bardziej dogodna dla kajakarzy. Na trasie miałem trzy jazy, na których byłem zmuszony przenosić  kajak i ekwipunek na lądzie. Mieliśmy też przygodę z sumem. Otóż Tinka chciała wyjść na brzeg, więc chciałem dobić do lądu i nagle ogon wystraszonego suma uderzył o powierzchnię wody na płyciźnie. Tak, że zostaliśmy z Tinką ochlapani - opowiada Leszek Dolaciński.

Reklama

Na plaży w Łowiczu fot. z archiwum Leszka Dolacińskiego

Praktycznie wszystkie miejscowości na tej trasie obfitują w ślady upamiętniające walki we wrześniu 1939 r. I niemal wszędzie można natknąć się na upamiętnienia żołnierzy z Wielkopolski, czyli Armii Poznań. Tak było na rynku w Łęczycy, a także w niedalekim Piątku. W Łowiczu spotkał wnuka Powstańca Wielkopolskiego. Okazało się, że zna okolice Żnina. - Nie dawała mi spokoju myśl, że jednak blisko jest Kutno, w którym jest muzeum. Wsiadłem w pociąg z Tinką i pojechaliśmy do Kutna. Byłem zadowolony, że tam pojechałem. Tam bowiem są tablice w parku upamiętniające każdy oddział, który brał udział w walkach nad Bzurą. Wśród tych jednostek jest też Żniński Batalion Obrony Narodowej - mówi.

Reklama

Wrócił pociągiem do Łowicza i znów wsiadł do kajaka. - Pogoda nam sprzyjała, było ciepło i nie padał deszcz. Spotykałem po drodze ciekawych ludzi, którzy mi opowiadali historię walk o swoją miejscowość. I były to opowieści przekazane im przez dziadków, czy rodziców. Ślady tych walk są do dzisiaj na murach ocalałych domów, czy nawet kościołów. Starałem się odwiedzać jak najwięcej muzeów i miejsc pamięci poświęconych walkom nad Bzurą. Wszędzie byłem przyjaźnie witany, rozmawiano ze mną chętnie i dowiedziałem się wiele rzeczy, o których w książkach nie piszą - opowiada dalej.

Reklama

Co prawda pociągiem z Łowicza, ale kajakarz dotarł też do Muzeum Bitwy nad Bzurą ww Kutnie fot. z archiwum Leszka Dolacińskiego

Aby dotrzeć do niektórych wiosek, o których wiedział, że są w nich ciekawe upamiętnienia żołnierzy 1939 r., musiał ciągnąć kajak łąkami do tych wiosek. Tak było w Brochowie. Tam również jest obelisk. Leży tam 324 żołnierzy. Dodajmy, że ogólnie zginęło w Bitwie nad Bzurą ponad 20. tyś polskich żołnierzy. Są miejsca, w których poległo kilku ludzi, aż po takie, w których śmierć znalazło od niemieckich najeźdźców nawet 2 tysiące osób.

Reklama

Do ujścia Bzury w okolicach Wyszogrodu Leszek Dolaciński dotarł 10 lipca w poniedziałek. Wpłynął jedną z odnóg do przystani Januszew. Tam przywitał go właściciel przystani kajakowej, który podpowiedział żninianinowi, jak dostać się do Iłowa. Leszek Dolaciński chciał tam koniecznie być, bo przeczytał w jednej z książek, że walczył tam Żniński Batalion Obrony Narodowej.

Pojechał więc z Tinką autostopem do Iłowa. Tam obejrzał pomnik i tablicę przy kościele. Następnie szukał broszur i przewodników, które traktowałyby o wydarzeniach 1939 r.  Zajrzał najpierw m na pocztę, a później do Urzędu Gminy i tam otrzymał dużo map, przewodników i broszur. Odwiedził cmentarz parafialny, na którym jest odrębna część, w której znajduje się nekropolia wojskowa. Leży tam ponad 1.000 poległych żołnierzy.

Reklama

Wrócił do przystani. Ponieważ Bzura okazała się wcale niełatwą rzeką, to Leszek Dolaciński dokonał dokładnego przeglądu stanu kajaka. Owszem, był porysowany, miał jakieś głębsze bruzdy, ale właściciel przystani ocenił, że Wisła na tym odcinku ma spokojny bieg i kajak sobie poradzi. Leszek Dolaciński najpierw jeszcze poszedł do Wyszogrodu i stanął na moście przez królową polskich rzek, popatrzył i stwierdził, że wygląda rzeczywiście spokojnie, jakby woda wcale nie płynęła. Podjął więc decyzję, że popłynie Wisłą. Obejrzał jeszcze krzyż, wokół którego są kamienie z tablicami oddziałów biorących udział w walkach pod samym Wyszogrodem. Odwiedził jeszcze muzeum i wrócił na przystań.

Reklama

Wschód słońca na ostatnim odcinku spływu, przed Włocławkiem fot. z archiwum Leszka Dolacińskiego

W środę 12 lipca o 6.30 po śniadaniu i kawie wsiadł do  kajaka i popłynęli dalej - teraz już Wisłą. Mimo, że to nie był rejs statkiem, czy choćby łodzią, a tylko kajakiem, to Leszek  Dolaciński kierował się oznakowaniem  szlaku. - Trzeba tak robić dla własnego bezpieczeństwa i wygody, bo płynąc na chybił trafił, uważając przy tym, że mamy do czynienia ze skrótem, można skończyć na mieliźnie, albo w głęboko wrzynającej się w ląd zatoczce  i zamiast skrótu, nadkładamy drogi - powiedział Leszek Dolaciński.

Reklama

Jego marzeniem było dopłynięcie do miejsca, we którym znajduje się mu pocztówkowa panorama Płocka z katedrą. To marzenie też zrealizował. Teraz już płynął Zalewem Włocławskim, było szerzej i spokojniej, bez przeszkód. Niestety, nie było możliwości ze względu na niski stan wody przepłynięcia śluzy we Włocławku. Z żalem więc, bo szykował się na jeszcze jedną atrakcję - taką bowiem byłoby pokonanie śluzy i dodarcie do Bydgoszczy - zadzwonił po rodzinę. Przyjechała żona Ewa i ich syn, Sławomir, by zabrać kajakarza z jego ekwipunkiem już w czwartek 13 lipca jeszcze przed Włocławkiem. Samochodem wrócili do Żnina.

Karol Gapiński

Reklama



Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 02/07/2025 09:15
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości