Burmistrz: - Mieszkania zwalniają się w sposób losowy
Chętni na pokój z kuchnią
Kiedy tylko zwolni się mieszkanie w zasobach komunalnych, zaraz znajdują się osoby chętne do jego zasiedlenia. Burmistrz musi zdecydować, komu przydzielić lokal. A za każdym wnioskiem są ludzkie dramaty.
NIE MA KOLEJKI
W Urzędzie Miejskim w Żninie jest ponad 200 wniosków o przyznanie mieszkania i nie ubywa ich. - Większość przypadków, tak około 70%, dotyczy rozbitych małżeństw - mówi burmistrz. W gminie Żnin nie ma czegoś takiego, jak kolejka na mieszkania. Mieszkania przydziela komisja, w skład której wchodzą radni, pracownicy Opieki Społecznej i Urzędu Miejskiego. Komisja zbiera się tylko wtedy, gdy jest mieszkanie do przydziału. W pierwszej kolejności brane są pod uwagę potrzeby gminy. Tak było w przypadku przesiedlania lokatorów budynku na stadionie, którzy dostali przydział na mieszkania w budynku na teranie cukrowni. W drugiej kolejności brana jest pod uwagę trudna sytuacja ludzi, którzy zostali skrzywdzeni przez los. - Chodzi tu głównie o rodziny, w których są niepełnosprawne dzieci, które mieszkają w niesprzyjających warunkach. Trzecie kryterium to sytuacje losowe, a czwarte dotyczy osób starszych, które same nie są w stanie sobie poradzić - wyjaśnia Leszek Jakubowski. - Jak decydujemy o przydziale, to także tym, czy lokatorzy są w stanie płacić czynsz.
Nawet takie kryteria sprawiają, że na w miarę przyzwoite warunki mieszkania czeka się długo. Gmina nie wykonuje również wyroków eksmisyjnych, bo nie ma mieszkań. Jeśli coś się zwolni, to albo z przyczyn losowych (śmierć lokatora) albo z powodu niespodziewanej przeprowadzki. W najbliższym czasie sytuacja się nie poprawi.
W kamienicy na rogu Wodnej i Lewandowskiego w Żninie, na początku
września zwolniło się jedno mieszkanie. Samotnie mieszkająca w nim
ponad 90-letnia lokatorka zmarła. Pogrzeb odbył się 9 września, a w
połowie miesiąca lokal, czyli pokój z kuchnią, był pusty. Już siódmego,
czyli jeszcze przed pogrzebem, z wnioskiem o przydzielenie mieszkania
zwróciła się do burmistrza Leszka Jakubowskiego jedna z mieszkanek
Sarbinowa. O jej trudnej sytuacji pisaliśmy w styczniu ubiegłego roku.
Przypomnijmy, że zajmuje mieszkanie w prywatnym domu, którego
właściciel zażądał od niej opuszczenia nieruchomości. Najpierw
podwyższył jej czynsz, a potem straszył eksmisją. - Teraz jest spokój -
mówi mieszkanka Sarbinowa, która i tak mieszka tam z sądowym nakazem
eksmisji na karku. Jest tam tylko dlatego, że właściciel ma zapewnić
jej lokal zastępczy.
Od chwili powstania problemów z mieszkaniem zaczęła chodzić do
burmistrza Leszka Jakubowskiego i prosić go o pomoc w znalezieniu
innego lokum. Chodziła regularnie. Nie co tydzień, ale raz na miesiąc.
- Bo burmistrz w sprawie mieszkania i w sprawie pracy przyjmuje tylko
raz w miesiącu - wyjaśnia mieszkanka Sarbinowa.
- Teraz jestem zapisana na 5 stycznia. Na wcześniejszy termin
sekretarka nie chce zapisać. Obiecywał, że mieszkanie będzie, ale przez
dwa lata nie mogę się doczekać aż obietnicę spełni.
Faktycznie stan mieszkania w Sarbinowie jest fatalny. Budynek jest
bardzo stary, a brak remontów dodatkowo pogarsza stan techniczny.
W korytarzu jest ciemno i zimno. Lokatorka zajmuje kuchnię i pokój.
W mieszkaniu nie ma mowy o normalnych warunkach sanitarnych. Do tego
dochodzi ciężka choroba i wydatki na leki. Ma nieco ponad 500 zł renty.
Co miesiąc na lekarstwa wydaje około 100 zł. Jak ureguluje wszystkie
stałe wydatki (czynsz, prąd, etc.), to na wyżywienie zostaje jej od 90
do 100 złotych na miesiąc. Węgiel dostała z Miejskiego Ośrodka Pomocy
Społecznej.
O trudnej sytuacji kobiety, oprócz burmistrza, wie jego zastępczyni
Aleksandra Nowakowska. - Też obiecała pomoc. Powtarzała cierpliwości,
cierpliwości, a jak długo można mieć tę cierpliwość? - pyta się kobieta.
O wolnym mieszkaniu dowiedziała się od innych lokatorów kamienicy z ul.
Wodnej. Niemal natychmiast złożyła wniosek do burmistrza. Pismo trafiło
do sekretariatu 8 września. W nim mieszkanka Sarbinowa bardzo krótko
opisała swoją sytuację. Jej wniosek pozostał bez żadnej odpowiedzi.
Musiała wystosować kolejne, dłuższe, pismo. Trafiło do Urzędu 20
października. Przypomniała w nim, że mieszkanie przy ul. Wodnej jest
puste, a także o swojej trudnej sytuacji. Tym razem dostała odpowiedź.
Podpisał ją sam burmistrz. Odpisał mieszkance Sarbinowa, że porusza go
jej trudna sytuacja mieszkaniowa, jak i podobne sytuacje wielu
mieszkańców naszej gminy. Przypomniał jednak, że Żnin od wielu lat
boryka się z trudnościami w zaspokajaniu nawet najpilniejszych potrzeb
lokalowych swoich mieszkańców. Dodał, że coraz większa liczba zadań
sprawia, że gmina nie jest w stanie wybudować budynku mieszkalnego czy
socjalnego. W sprawie mieszkań pojedynczych, które zwalniają się
w budynkach komunalnych także, zdaniem burmistrza, nie jest łatwo, bo
mieszkają w nich rodziny wielopokoleniowe i zawsze jest ktoś w nich
zameldowany.
Ten stan rzeczy, mimo zrozumienia pani trudnej sytuacji, nie pozwala mi
obecnie na pozytywne załatwienie skierowanej do mnie prośby. Trudno
jest również określić czas, w którym będę mógł pozytywnie załatwić pani
sprawę - czytamy w piśmie.
Nie to jednak przelało czarę goryczy mieszkanki Sarbinowa, ale to, że
mieszkanie, o które zabiegała, zostało przydzielone innej osobie. -
Zabolało mnie to, że go nie dostałam, a dostała nie rodzina, ale jedna
osoba. Kto o tym decyduje? Niby się mówi, że komisja, ale tak naprawdę
decydujący głos ma burmistrz - żali się mieszkanka Sarbinowa.
Zapytaliśmy burmistrza, jak to się stało, że pomimo wniosków i starań
mieszkanie zostało przydzielona innej osobie. Leszek Jakubowski
wyjaśnił, że przydzielone zostało osobie, która miała trudniejszą
sytuację. Dodał, że lokal na ul. Wodnej jest za duży dla jednej osoby,
a osoba, która w nim zamieszka, nie będzie sama, ale z wnukami.
- W poprzednim miejscu siedem osób zajmowało pokój i kuchnię. Ta pani
mieszkała z córką, jej mężem i czwórką dzieci. Ona spała w kuchni,
a reszta w pokoju. Teraz część dzieci będzie u babci, a tam zrobi się
luźniej - mówi burmistrz, który dodał też, że przydzielaniem mieszkań
zajmuje się też komisja.
Mieszkanie przy ul. Wodnej ma około 40 metrów kwadratowych. Od połowy
listopada jest już w nim nowa lokatorka, która przyprowadziła się z ul.
Pocztowej. Tam jej sytuacja lokalowa nie była ciekawa. Cała rodzina
zajmuje mieszkanie, w którym pokój miał 13 metrów kwadratowych. Kuchnia
jest niewiele większa. Na tej przestrzeni do niedawna mieszkało sześć
osób, bo zięcia lokatorki w Żninie nie ma.
- Szłam ulica i zobaczyłam przez okno, że jest puste mieszkanie. Tego
samego dnia mama złożyła wniosek - powiedziała nam córka lokatorki
z ul. Wodnej. Załatwianie formalności związanych z otrzymaniem nowego
mieszkania nie odbyło się z dnia na dzień, ale trwało około 1,5
miesiąca.
- Cieszę się z tego nowego mieszkania - powiedziała lokatorka.
Jej córka mówi, że o nowe lokum starała się jej matka przez 15 lat,
a ona sama szuka już siedem lat. Dodała, że również otrzymywała od
burmistrza odpowiedzi różnego typu.
- Raz było tak, że otworzyłam drzwi. Burmistrz zapytał w jakiej
sprawie. Odpowiedziałam, że w sprawie mieszkania, to usłyszałam:
„Mieszkań nie ma, do widzenia”. Nie trwało to nawet pięciu minut. Teraz
na szczęście to się zmieniło - opowiada córka. - Również miałam
obiecane mieszkania, w willi sędziowskiej, na Dąbrowskiego, czy na
osiedlu, jak się na Bydgoszcz jedzie. W Żninie jest więcej wolnych
mieszkań, o których mało kto wie.
Mieszkańcy dowiadują się o wolnych mieszkaniach na własną rękę. Słyszą
jednak, że ktoś jest w nich zameldowany. O pustostanach dowiadują się
przez sąsiadów, znajomych, rodziny. Z informacją idą do Urzędu lub PGM.
Niektórzy czekają, aż któryś z lokali się zwolni. Nawet burmistrz, bo
powiedział, że mieszkanka Sarbinowa otrzyma mieszkanie, jak tylko
znajdzie się coś odpowiedniego. - Dzisiaj nie ma mieszkania, a jutro
jest. One zwalniają się w sposób losowy. Jak coś się pojawi, to
będziemy mieli tę panią na uwadze, ale trzeba pamiętać, że takich
problemów mamy wiele.
Prezes PGM Stanisław Wiciński powiedział, że czasami ludzie szybciej
dowiadują się o wolnym mieszkaniu od niego. Często zdarza się też, że
mieszkańcy widzą pusty lokal, ale po sprawdzeniu okazuje się, że jest
w nim ktoś zameldowany, z uregulowanym czynszem. - Są to osoby
najczęściej starsze i samotne, które - szczególnie w okresie zimowym -
przebywają u swoich dzieci. Jeśli jest ktoś, kto ma przydział,
a pojawia się rzadko, to musielibyśmy składać wniosek do sądu, a na
długotrwałe rozprawy nie mamy pieniędzy. Tak naprawdę, to w sytuacjach
takich nic nie możemy zrobić - twierdzi prezes i dodał, że w tej chwili
w gminnych zasobach nie ma wolnych mieszkań.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 931 (50/2009)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze