Urszula Straszewska często spaceruje ulicą Cmentarną obok dzierżawionej do niedawna działki. Opowiada, jak było tam ładnie i żal jej, że teraz wszystko na nowo zarasta.
fot. Sylwia Wysocka
Kcynia, ul. Cmentarna, Urszula Straszewska, działka
Czuje się oszukana i okradziona przez gminę
- Tu się urodziłam, całe życie tu ciężko pracowałam i tu zakończę swój żywot. Pracy nigdy się nie bałam, nigdy nie okradłam mojej gminy nawet na złotówkę, a teraz to gmina mnie okradła z 20 lat ciężkiej pracy i moich nakładów kosztem innych - mówi Urszula Straszewska. Burmistrz Piotr Hemmerling zapewnia, że nie zrobił nic niezgodnego z prawem.
Urszula Straszewska młodo owdowiała, nie stroniła od ciężkiej pracy, zwłaszcza kiedy było widać skutki tej pracy. Pracowała zawodowo, do tego zajmowała się chowem. Wstawała wcześnie rano do oprzętu, po nim kąpiel, szykowanie dzieci do szkoły, śniadanie i ośmiogodzinna praca. Po pracy obowiązki gospodyni domowej, praca w obejściu, wieczorny oprzęt. Sąsiedzi mówią, że dla tej rodziny dzień rozpoczynał się przed wschodem słońca i kończył przed północą. - Ja nigdy nie bałam się pracy, odstawialiśmy po kilkadziesiąt i więcej świń kilka razy do roku, pracowaliśmy ciężko, bo tego byliśmy nauczeni, nic nam z nieba nie spadało - opowiada mieszkanka Kcyni.
Na Cmentarnej, gdzie mieszkała, była wolna działka a dokładniej wysypisko śmieci, dżungla, bagno, bo tak o tym mówią długoletni mieszkańcy tej ulicy. Ustronne miejsce, położone najniżej na całej ulicy z dwumetrowym zagłębieniem, zarośnięte samosiejkami i wysokimi chwastami stało się miejscem składowania odpadów. Były tam stare lodówki, pralki, meble, mnóstwo drobnych śmieci, do tego zagłębienie z wodą, cały teren był podmokły, a po roztopach czy deszczu działka wypełniała się wodą spływającą ze skarpy i sąsiednich działek na zaniżony teren. - To było ustronne bardzo miejsce, na ulicy nie było oświetlenia, strach tam było chodzić po zmroku, a dalej mieściły się jeszcze dwie posesje. Nic dziwnego, że sąsiadująca z tą działką po 16:00 zamykała bramę na łańcuch i spuszczała dwa duże psy - opowiadają świadkowie, którzy poświadczyli, że wszystko to gotowi są powtórzyć przed sądem.
Właścicielki graniczących z tą działką posesji na obrzeżach tej działki gminnej, gdzie było trochę wyżej, miały wyznaczone zagonki, uprawiały tam warzywa i to właśnie jedna z nich, dawna pracownica ratusza, dziś już nieżyjąca, kiedy zdawała swoją dzierżawę, namówiła - wówczas Urszulę Pawlak - by przejęła działkę. - Miejsce było piękne, niedaleko naszego domu rodzinnego, mimo że przerażało i straszyło wiedziałam, że zdołam je ciężką pracą i wyrzeczeniami doprowadzić do ładu, zrobić sobie tam taką zieloną odskocznię. Z myślą, że gmina sprzeda mi ten teren, bo takie były obietnice przez 20 lat, zaczęłam tam inwestować - opowiada.
Kobieta zapewnia, że liczyła się z tym, że prawdziwego porządku nie zrobi w rok czy dwa, bo nakład był tam kolosalny Nie była to działka wymagająca jedynie skoszenia trawy czy obsadzenia. Rozpoczęła od karczowania krzewów, jakie się tam powysiewały. Najmowała ludzi do pomocy, karczowano, wyciągano traktorami korzenie. Teren był grząski, do tego bajoro z wodą. Po wykarczowaniu, kiedy można było już wjechać, zamówiła transport i ładowacz, by pozbyć się śmieci. - Jak ładowali, to nie mogli się nadziwić, jakie w tych zaroślach funkcjonowało wysypisko. A z wody wyławiali ładowaczem ogromne szczury. Dziś stwierdzam, że to miejsce zagrażało wręcz epidemią - mówi mieszkanka Kcyni. Później Urszula Straszewska zaczęła nawozić ziemię.
Z biegiem lat działka nabrała blasku, teren został zrównany, obsiany trawką, powstały alejki, skalniaki, ścieżki z płytek, nasadzone zostały różne gatunki drzewek ozdobnych, przeróżnej roślinności, powstała altana i oczko wodne.
Mieszkający przy tej ulicy zapewniają, że sąsiadka na działce pracowała już zanim wstało słońce. - Wolałam rozpocząć pracę o 4:00 czy 5:00 popracowałam do 10:00 i schodziłam, wracałam po południu, kiedy słońce nie prażyło już tak mocno i zostawałam tak długo jak pozwalały na to komary. To było moje życie, moje zajęcie, moje wyzwanie, wciąż było tu coś do roboty, wciąż nowe pomysły - opowiada mieszkanka.
Dzierżawę z urzędem na ten teren podpisała późną jesienią 1994 roku, prace rozpoczęła w 1995. Dokument posiada do dziś i jak mówi, okazał się on teraz bardzo cenny, kiedy w ratuszu usłyszała, że teren dzierżawiła od 2001 roku. - Wcześniejszej umowy urzędniczka nie mogła się doszukać, a ja dokument zachowałam. Podobno nie mają tam dokumentów, że to ja płaciłam za tę działkę podatek i to za całość, za 1.533 metry - mówi blisko 20-letnia dzierżawczyni. Liczyła, że w gminie znajdzie się umowa na jej poprzednie nazwisko, bo w 1998 r. zmieniła stan cywilny. Niestety i na poprzednie nazwisko też nie odszukano, ona jednak jest w posiadaniu gminnego dokumentu dowodzącego, że o kilka lat dłużej dzierżawił ten teren
W 1997 r. wystąpiła po raz pierwszy do gminy z ofertą kupna tej działki, złożyła w gminie wniosek. Ponowiła go rok później, po zmianie stanu cywilnego. - Pamiętam jak dziś, byłam razem z mężem, a urzędniczka, wciąż ta sama, w nieruchomościach dyktowała mi, co mam pisać. Mam ten dokument również. W 1997 r. byłam w Szubinie w sądzie, uiściłam opłatę i otworzono mi księgę wieczystą tej działki, bo deklarowałam, że chcę ją nabyć. Nie było na niej żadnych zaległości ani przeszkód, by ją sprzedać o czym mnie zapewniano w Szubinie - opowiada.
Do gminy, jak zapewnia, chodziła po kilka razy w roku w sprawie kupna tej działki, co już wręcz denerwowało urzędniczkę. W 1999 roku dostała pierwszą informację, że działka zostanie wystawiona na sprzedaż w drodze przetargu, ale do niego nie doszło. - Postanowiłam udać się do burmistrza Tomasza Szczepaniaka. Poprosił on jeszcze dwóch pracowników, na mapach pokazywano mi, że w tyle działki planowana jest budowa drogi z Młyńskiej i że może tu zajść konieczność pomniejszenia od tyłu dzierżawionej przez mnie działki o 5-7 metrów. Nie miałam nic przeciwko i tak był to teren wymagający znacznego utwardzenia, jeśli miałby stanowić drogę. Później temat ucichł, gmina z budowy się wycofała - opowiada Urszula Straszewska. W 2003 r. otrzymała ponownie informację, że działka zostanie wystawiona na sprzedaż. - Wyraziłam w dalszym ciągu gotowość uczestniczenia w przetargu, urzędniczce burmistrz nakazał przygotowanie pełnej dokumentacji pod przetarg i dalej cisza. Chodziłam, dopytywałam to mnie pani urzędnik zapewniała, że przyjdzie godzina i kupię - opowiada Urszula Straszewska.
Jak mówi, w 2005 roku sąsiedzi ostrzegali ją, że działką zaczynają się interesować inni. W 2010 r. otrzymała wypowiedzenie dzierżawy od września 2011, bo działka zostanie wystawiona na przetarg. Mimo to obrabiała ją dalej jeszcze w 2012 r. w oczekiwaniu na ogłoszenie przetargu. Otrzymała informację o przetargu i wycenie rzeczoznawcy na 70.250 zł. - Odbyły się dwa przetargi i w styczniu działkę sprzedano rzekomo osobie z Bydgoszczy i tak od tego czasu leży. Mieszkańcy mnie zaczepiają i opowiadają, że była to tylko podstawiona osoba, ja jednak nie dociekam - mówi Urszula Straszewska.
Dotychczasowa dzierżawczyni opowiada, że złożyła w urzędzie pismo o podważenie wyceny rzeczoznawcy.
- Jeśli nawet rzeczoznawca wycenił działkę na 70.250 zł, to wycenił on stan obecny, wycenił moją ciężką pracę, moje nakłady i utopione tam pieniądze. Nikt już w urzędzie nie pamięta, jakie tam było wysypisko. Na szczęście są uczciwi ludzie, którzy zadeklarowali się przed sądem opowiedzieć, jak wyglądała przed 1995 rokiem gminna działka na Cmentarnej - mówi mieszkanka. Zapewnia, że nigdy nie czuła się tak okradziona i oszukana. Ma wrażenie, że okradła ją gmina. - Posprzątałam wysypisko, nawiozłam ziemi, teren zrównałam, zagospodarowałam i kiedy nabrał blasku, gmina go mi sprzedała, bez prawa pierwokupu, bez uwzględnienia moich starań i nakładów. Kim ja jestem dla obecnej władzy, urzędników, dlaczego nikt nie liczy się ze zwykłym, szarym mieszkańcem. Jak można tak postępować z ludźmi? - zauważa rozgoryczona mieszkanka.
Mówi, że skoro działkę sprzedano, to liczyła na zwrot chociaż części poniesionych nakładów. Zażądano od niej rachunków. - Skąd mam mieć rachunki sprzed blisko 20 lat, ludzie, od których nabywałam ziemię ani też ci, których najmowałam do pracy, nie wystawiali mi rachunków. Mam świadków, że tu pracowali, że ziemię nabywałam, że zamawiałam transporty i sprzęt z Kółka Rolniczego. Ostatecznie kazano mi wycenić moje nakłady. Chciałam tylko połowę tego, co dostali, 33.000 zł zaledwie, po 10 zł za 1 tonę przywiezionej tam ziemi, nie liczę już 20 lat pracy, nakładów i tego, że w tę działkę topiłam wszystkie oszczędności, nie jeździłam na wycieczki, tylko kupowałam ziemię, zamawiałam sprzęty, później drzewka, cebulki kwiatów, dbałam i starałam się tak, że inni podziwiali. Uważam, że chcąc zwrotu tylko za ziemię krzywdy gminie nie zrobiłam - mówi Urszula Straszewska. Kobieta zapewnia, że przez lata była okłamywana i manipulowana, miała obietnice sprzedaży tej działki, chciała ją kupić już na początku za cenę, jaką była ona warta. Teraz po blisko 20 latach, kiedy działka nabrała blasku, zaproponowana cena okazała się barierą. W 2013 roku otrzymała jeszcze nakaz płatniczy w związku z podatkiem rolnym od tej działki, mimo że od stycznia ma ona nowego właściciela. Nakaz anulowano po interwencji w ratuszu.
Poprosiliśmy urzędniczkę referatu nieruchomości kcyńskiego ratusza, która sprawę pilotowała przez lata, o ustosunkowanie się do sprawy, jednak nie chciała zająć stanowiska w tej sprawie ani też ustosunkować się do uwag kierowanych pod jej adresem. - Nie jestem upoważniona, proszę w tej sprawie zwrócić się do burmistrza - powiedziała.
Burmistrz Piotr Hemmerling zapewnia, że w sprawie sprzedaży tej działki nie zrobił nic niezgodnego z prawem. - Rada Miejska uchwałą przeznaczyła działkę gminną na sprzedaż. Powołany został biegły rzeczoznawca, który wycenił wartość tej działki i ogłoszony został przetarg. Działka została sprzedana w drodze przetargu, znalazła nabywcę. Ta pani nie wzięła udziału w przetargu. Nie ma możliwości sprzedania działki gminnej w drodze bezprzetargowej, a próbowano krzykiem wymusić na mnie sprzedaż za 20.000 zł. Jest to działka atrakcyjna i wyceniona została znacznie wyżej - zauważa burmistrz Piotr Hemmerling. Burmistrz zaznacza, że w czasie wyceny wystąpiono do poprzedniej dzierżawczyni o przedłożenie dokumentów dowodzących poniesionych kosztów, ale tego nie uczyniła.
Urszula Straszewska postanowiła swych praw dochodzić na drodze sądowej, skoro gmina nie chce wypłacić jej odszkodowania, oddać choć części poniesionych nakładów. Dokumenty są już złożone w sądzie, udzieliła pełnomocnictwa kancelarii prawnej, świadkowie zdeklarowali się zeznawać.
Sylwia Wysocka
Pałuki nr 1110 (21/2013)
Komentarz
Praca na gminnym nie popłaca
Mieszkanka Kcyni zadbała o znajdujący się w pobliżu jej domu zdegradowany teren należący do gminy, wkładając w jego uprzątnięcie wiele pracy. Robiła to przez lata w imię dobra osobistego, gdyż trudno jej było patrzeć na zapuszczony i zdegradowany teren obok jej własnego domu, ale i wspólnego, gdyż potęgujący się stan zanieczyszczenia groził być może skażeniem środowiska albo nawet wybuchem epidemii.
Dzięki jej wieloletniej pracy i poniesionym nakładom pieniężnym działka stała się atrakcyjna. Gmina na tym skorzystała i sprzedała ją zapewne po dużo wyższej cenie niż mogłaby to zrobić, gdyby działka pozostawała w dawnym stanie, a przez kolejne lata ulegałaby dalszej degradacji.
Dziś mieszkanka Kcyni na wdzięczność urzędniczej machiny, tonącej w bałaganie własnych dokumentów, których nie może odnaleźć, nie może w ogóle liczyć. Zamierzała tę działkę, o którą zadbała, i do której przez lata się przywiązała, zagospodarować dla siebie poprzez jej zakup od gminy, ale prawnie jest to niemożliwe, bo musi być przetarg. Dodatkowo cena działki oszacowana przez rzeczoznawcę była ponad możliwości finansowe mieszkanki i została już sprzedana komuś innemu. Mimo to, w wyniku dokumentacyjnego bałaganu nakazano mieszkance Kcyni płacić jeszcze podatek rolny.
Władze, w odpowiedzi na starania mieszkanki co najmniej o rekompensatę, domagają się rachunków na potwierdzenie poniesionych kosztów. Ciekawe, któż takowe trzyma w domu przez lata. Za wiele robót nie były zresztą wcale wystawiane, a przecież ich efekt widać gołym okiem.
A kto wyceni pracę rąk i poświęcony na nią czas, co kosztowało przecież najwięcej. Może Urząd w Kcyni powinien do tego zatrudnić rzeczoznawcę, który porównałby stan dawny i obecny działki, wyliczając liczbę potrzebnych na to godzin pracy.
Przyglądając się absurdom prawnym występującym w polskiej rzeczywistości, w tej sytuacji należy się cieszyć, iż mieszkanka Kcyni nie została pociągnięta do odpowiedzialności za działania poczynione na terenie gminy bez zgody odpowiednich czynników władzy.
Bartosz Woźniak
Pałuki nr 1110 (21/2013)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze