Przed pierwszym dzwonkiem
Do szkoły - niepewnym krokiem, z podniesioną głową
Najpierw trzeba nauczyć się samodzielności. To najważniejszy przedmiot. Dopiero samodzielność daje szansę na naukę, zdobycie zawodu. Jest to okupione latami spędzonymi w internacie, często daleko od domu. Pakowanie w biegu kanapek, szybki krok do szkoły, nie dla nich. Ich droga do szkoły jest dłuższa i trudniejsza. Szkoła dla niewidomych.
Wanda Stepczyńska z córką Weroniką fot. Marta Złotnicka W siedzibie żnińskiego koła Polskiego Związku Niewidomych na ulicy Podmurnej w piątek panuje ruch.
W niewielkim pomieszczeniu cotygodniowy dyżur pełni ktoś z zarządu koła, na ogół między 10:00 a 13:00 zastać tu można przewodniczącą Jadwigę Jurkowską, jednak tego dnia przewodnicząca przebywa nad morzem, załatwiając formalności związane z wrześniowym wyjazdem członków koła na czterodniowy wypoczynek i interesantów w biurze przyjmuje Aleksandra Sójka - wiceprzewodnicząca.
POGODZIĆ SIĘ Z UTRATĄ WZROKU
- Żeby zostać członkiem związku, trzeba mieć orzeczenie lekarskie o pierwszej bądź drugiej grupie niepełnosprawności z powodu wzroku - wyjaśnia Aleksandra Sójka.
- Po wielu z nas nie widać, że mamy takie problemy ze wzrokiem, na przykład po mnie, ale ja z daleka nie widzę ludzi na ulicy, nie mogę oglądać telewizji. Ja mam trzy razy sprasowane szkła, w tej chwili są takie możliwości.
Do koła terenowego Polskiego Związku Niewidomych w Żninie obecnie należą 124 osoby. Do zadań żnińskiego koła należy między innymi informowanie i kierowanie swoich członków na szkolenia organizowane przez PZN w Bydgoszczy; podczas tych szkoleń osoby niewidome uczą się na przykład chodzenia z laską czy wykonywania czynności dnia codziennego. - Na ogół na te szkolenia kierujemy osoby, które dopiero do nas przyszły, nie każda z nich potrafi się z utratą wzroku pogodzić - mówi wiceprzewodnicząca koła w Żninie.
Wśród członków koła jest dwanaścioro dzieci w różnym wieku. - Dzieciom niedowidzącym pomagamy w zakupie zeszytów o pogrubionej linii i specjalnych podręczników; uczą się one w zwykłych szkołach. Mamy też dzieci, które uczą się w szkole dla niewidomych w Bydgoszczy - informuje Aleksandra Sójka.
Naukę w tej szkole rozpocznie od września Weronika Stepczyńska. Dziewczynka w listopadzie skończy sześć lat.
Z mamą Weroniki rozmawiam u niej domu w Żninie. Wanda Stepczyńska mówi, że urodziła córeczkę w szóstym miesiącu ciąży; po przyjściu na świat maleńka ważyła jedynie 850 gramów, jej płuca nie były dostatecznie rozwinięte, i dziewczynka trafiła pod respirator. - Tak się mówi, że to podawanie tlenu wcześniakowi może uszkodzić wzrok, ale my na początku nie wiedzieliśmy, że coś jest nie tak - wspomina Wanda Stepczyńska. Niebawem okazało się jednak, że dziecko cierpi na retinopatię - odklejanie się siatkówki oka. - W takiej sytuacji człowiek chwyta się wszystkiego. Weronika była operowana przez profesora w Warszawie. Te zabiegi dawały nadzieję, że będzie widziała choć na odległość półtora, dwóch metrów. Ale pojawiły się jakieś zrosty. Ten profesor powiedział, że zrobił wszystko, co było w jego mocy - mówi matka dziewczynki.
Weronika nosi okulary z grubymi szkłami; jak wyjaśnia jej mama - sama się domaga, żeby je zakładać, choć obie muszą wiedzieć, że te okulary nic nie dają. Dziewczynka siedzi na podłodze i przysłuchuje się naszej rozmowie, wyciągając z kartonu pluszowe i futrzane zwierzątka - maskotki, a z wiaderka wysypując plastikowe zabawki. Po zabawie odkłada zabawki na miejsce - czasem się pomyli, ale zaraz swój błąd naprawia.
NAUKA SAMODZIELNOŚCI
- W domu ona wie, co gdzie jest i stara się być samodzielna na miarę swoich możliwości. Nie zwracam na to uwagi, że coś jej czasem wyjdzie nie tak - mówi Wanda Stepczyńska. Żeby ułatwić Weronice taką codzienną czynność, jaką jest ubieranie, pani Wanda do ubranek córki przyszyła z przodu małe guziczki, by mogła ona odróżnić przód spodenek czy innej części garderoby od tyłu. - Gdy Weronika była malutka, my z nią jeździliśmy na rehabilitację, żeby ją usprawnić. Ale można powiedzieć, że ona się sama usprawniła. Nawet nie pamiętam kiedy dokładnie zaczęła chodzić, to było z dnia na dzień. Mąż i matka chrzestna mówili: kup jej chodzik - a ja sobie pomyślałam - po co jej chodzik - jak nie widzi i tak nie będzie chodzić. Ale kupiłam ten chodzik i ona jakoś sobie w nim radziła i później zaczęła chodzić sama - opowiada mama Weroniki.
Teraz w życiu dziewczynki zbliża się równie przełomowy moment jak pierwsze samodzielne kroki - od września Weronika rozpocznie naukę w Bydgoszczy, w szkole dla niewidomych z internatem i do domu przyjeżdżać będzie tylko na weekendy.
- W przedszkolu miejskim w Żninie nie mają tyflopedagoga, specjalisty, który by Weronikę uczył Braille’a. Najgorsza będzie ta rozłąka, zobaczymy jak to będzie, ale człowiek sam w domu nie poradzi sobie i nie wie nawet, co miałby robić, jak dziecko uczyć - mówi mama niewidomej dziewczynki. - Ta szkoła jest dla Weroniki szansą na przyszłość, na usamodzielnienie się. W szpitalu jako masażysta pracuje niewidomy chłopak z Lubostronia, który skończył szkołę w Bydgoszczy.
SZUKANIE DRÓG
Tym chłopakiem jest Kamil Dorsz. Na spotkanie z Kamilem umawiam się przy głównym wejściu do szpitala w Żninie - masażysta właśnie skończył pracę. Idziemy do redakcji, chłopak potrzebuje mojej pomocy, nie zna tej trasy. - Do pracy dojeżdżam z koleżankami z Lubostronia, które też pracują w Żninie. Drogę ze szpitala na dworzec znam. Dowiedziałem się, że jest możliwość ubiegania się o instruktora orientacji przestrzennej; złożyłem podanie do Polskiego Związku Niewidomych w Bydgoszczy, w którym przedstawiłem swoją sytuację; napisałem, że rozpocząłem pracę, do której muszę dojeżdżać do Żnina, że droga na dworzec jest daleka. Ten instruktor przyjeżdżał z Bydgoszczy z Fordonu, nie znał Żnina, więc na początku przyjechała z nim moja mama, która przedstawiła kilka wariantów dojścia ze szpitala na dworzec. Instruktor wybrał najbezpieczniejszą dla mnie drogę - opowiada Kamil Dorsz. - Ta nauka trwała dwa tygodnie i wyglądała różnie. Chłopak wspomina, że umawiał się z instruktorem w różnych miejscach na trasie, którą miał do pokonania i kilka razy się pogubił. - Instruktor powiedział mi kiedyś - gdy się pogubisz to zapytaj o drogę. Chodziło o to, żebym zapytał się tak, żeby ten ktoś mógł mnie pokierować do miejsca, które znam. Kiedyś zabłądziłem i pomogły mi takie małe dzieciaczki: Cześć, jestem Maciek, a ja Tomek. Co ci jest? Czy ty tak masz od urodzenia?
ŁATWIEJ DZIĘKI POSTĘPOWI
Zanim Kamil Dorsz musiał się zmierzyć z codzienną drogą z pracy do domu, spędził wiele lat w szkole z internatem. Wspomina, że początki nie były łatwe: - Pamiętam, że pierwszego dnia zapytałem nauczycielkę, czy będą mi pomagać, ale nauczycielka odpowiedziała, że nie, że trzeba się uczyć samodzielności. Rozpłakałem się i wtedy ona powiedziała, że pomagają. Oni tam uczyli wszystkiego - chodzenia, smarowania chleba masłem.
Od mojego rozmówcy dowiaduję się, jak wyglądają kolejne etapy nauki posługiwania się alfabetem Braille’a.
- Braille opiera się na podstawie sześciu punktów. Najpierw uczono nas na tak zwanych piórniczkach braillowskich, później były metalowe tabliczki do pisania, w te tabliczki wkładało się kartkę i pisało się rysikami, potem pisało się w zeszytach. Następnie uczyliśmy się pisać na maszynach braillowskich, pisze się na nich szybciej niż na tabliczkach. Pod koniec podstawówki były już komputery z programami udźwiękawiającymi.
Kamil Dorsz przyznaje, że dzięki postępowi technicznemu życie osoby niewidomej obecnie jest trochę łatwiejsze niż kiedyś. On sam korzysta z Internetu, może sobie na skype pogadać, komunikuje się nawet przez gadu-gadu, a taki wynalazek jak dyktafon okazał się bardzo pomocny, gdy Kamil po zdaniu matury w szkole dla niewidomych i niedowidzących postanowił uczyć się dalej i wybrał ogólnodostępną szkołę policealną o nazwie Bydgoskie Studium Ekofilozofii. - To była dwuletnia szkoła zaoczna. Dojeżdżałem tam w piątek, sobotę i niedzielę co dwa tygodnie. Nie nocowałem już w Bydgoszczy, przyjeżdżałem do domu.
12 lat w internacie - ktoś, kto tego nie przeżył - nie zrozumie, ale to jest dużo - mówi Kamil Dorsz. Mój rozmówca pracę dyplomową na zakończenie studium pisał na zwykłej maszynie do pisania, bo i taką umiejętność nabył w szkole średniej dla osób niewidomych.
OCHOTA NA STUDIA
Po ukończeniu szkoły policealnej i uzyskaniu tytułu technika odnowy biologicznej Kamil Dorsz czuł, jak mówi, że nie będzie mu łatwo znaleźć pracę, postanowił więc uczyć się dalej w Medycznym Studium Masażu Leczniczego w Bydgoszczy - szkole dla osób niewidomych i niedowidzących. Po zdaniu trzyczęściowych egzaminów wstępnych Kamil rozpoczął naukę. - Mieliśmy tam bardzo dużo zajęć praktycznych, bo aż 480 godzin masażu w ciągu 2,5 roku trwania szkoły; do tego 120 godzin praktyk, które trzeba było sobie samemu załatwić i 50 godzin praktyk w szpitalach i przychodniach bydgoskich - mówi Kamil Dorsz. - Nas zaczynało na roku 20, a studium skończyło 12.
Kamil Dorsz już z kolejnym dyplomem w ręku rozpoczął poszukiwania pracy. Chłopak przyznaje, że był gotów chwytać się wszystkiego.
- Rodzice byli sceptycznie nastawieni do pracy w szpitalu w Żninie. Mama mówiła, że trzeba dojeżdżać i jeszcze daleko dochodzić od dworca. Ale pan dyrektor Aleksander Kmiećkowiak dał mi szansę i umożliwił podjęcie pracy w wyuczonym przeze mnie zawodzie - mówi Kamil Dorsz. Chłopak jako masażysta na oddziale rehabilitacji w Pałuckim Centrum Zdrowia pracuje na 3/4 etatu od czerwca 2006 roku, a od września prawdopodobnie pracować będzie na cały etat. Kamil myśli też o podjęciu studiów zaocznych w Wyższej Szkole Informatyki i Przedsiębiorczości na kierunku zdrowie publiczne. - Dzwoniłem do tej uczelni w czerwcu, powiedziałem, że jestem zainteresowany rozpoczęciem studiów; jestem osobą niewidomą i czy to nie stanowi jakiegoś problemu. Wtedy kazano mi zadzwonić za piętnaście minut, później z kolei powiedziano mi, że skontaktują się ze mną w ciągu dwóch tygodni - mówi Kamil Dorsz, który nadal się waha, czy składać na uczelnię papiery.
SENS DROGI
O perypetiach Kamila w poszczególnych etapach jego edukacji i pokonywaniu przez niego kolejnych przeszkód słucham z podziwem. Pod koniec rozmowy Kamil zaskakuje mnie jeszcze raz wspominając o szkole tańca działającej w Żnińskim Do-mu Kultury, do której uczęszczał przez kilka miesięcy w zeszłym roku szkolnym.
- Te zajęcia taneczne będą w Domu Kultury znów od września, ale jeszcze nie wiem, czy będę na nie chodził.
Kamil wspomina różne etapy nauki, trudy które musiał pokonać.
Mama Weroniki jest spokojniejsza, znając historię Kamila. Wie, że jej córka nie będzie miała łatwo, ale zdaje sobie sprawę, że tę drogę można, trzeba przejść. Może później nawet tanecznym krokiem?
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze