Wójt Błażej Łabędzki stwierdził, że psy są dobrze dożywione, a panie zobaczyły, że są one na łańcuchach i wszczęły alarm. Radni gminy Gąsawa i wójt podkreślali, że w kwestii opieki nad bezdomnymi psami najlepiej sprawdza się współpraca z weterynarzem.
28 lipca odbyło się posiedzenie łączonych komisji Urzędu Gminy w Gąsawie. Naczelnym tematem obrad był chodnik w Annowie i sieć wodociągowa w tzw. Maciejówce. Jednak poruszono także bieżące tematy, zajmujące w ostatnich dniach mieszkańców gminy, czyli sprawę psów na posesji mężczyzny z Lasek Małych.
Radny Jacek Mielcarzewicz zauważył, że po przeczytaniu artykułu w Pałukach o psach w Laskach Małych doszedł do wniosku, że prawidłowa była postawa pracownika Urzędu Gminy Gąsawa, który na miejsce pojechał trzy razy i w dodatku nie sam, ale w towarzystwie weterynarza.
- Z tego artykułu wynikało, że jakieś sąsiadki, jakieś turystki, panie, które przyjechały ze świata, mają większą siłę przebicia niż weterynarz, który był razem z panią Sylwią i z policją - mówił radny - Nie wiem, co to są za sąsiadki. Anonimowość w tym artykule jest dla mnie niezrozumiała.
Jacek Mielcarzewicz pytał, jakie przygotowanie ma pracownica Urzędu do tego, żeby podchodzić do obcych psów. Pytał, w jaki sposób urzędnik, który idzie na interwencję do psa, jest zabezpieczony. - Należy dbać też o zdrowie pracowników - zauważył radny. - Wszyscy tutaj mówią „piesek, piesek“, a ten pan, który ma 80 lat jest mniej ważny niż piesek. A urzędnik, który idzie z weterynarzem to jest młoda dziewczyna. Ja jej współczuję. Nie wiem, czy ona powinna to wykonywać bez żadnego kursu czy zabezpieczenia. Jak to jest z przygotowaniem urzędnika do tej trudnej pracy?
- To jest ciężka praca urzędnika - zauważył wójt Gąsawy Błażej Łabędzki. - To jest przewrócenie hierarchii wartości. Zwierzęta trzeba szanować. Te zwierzęta były szanowane, były karmione. Natomiast nie jest zadaniem pracownika gonić psa po polu, tylko mamy firmę, która je odławia.
Godzina pracy takiego pracownika kosztuje 130 zł. Kiedy w ubiegłym roku w gminie pięć psów się wałęsało, to odłowienie, serwis weterynaryjny i skierowanie do schroniska kosztowało 30.000 zł.
- Radzimy sobie w różny sposób - mówił wójt. - Jeżeli piesek jest łagodny, jest schwytany i szukamy, czy ktoś go zaadoptuje. Chwyta go weterynarz. Na każdy sygnał nie jesteśmy w stanie wysyłać firmy. Przyjedzie pan, doliczy sobie przyjazd, odławianie, koszt klatki, a pies ucieknie, bo nie jest nasz.
Radny Mariusz Kazik zauważył, że w gminie dobrze się sprawdza, że wałęsającymi psami zajmuje się weterynarz. Zaproponował, żeby zrobić zrzutkę na ostatniej sesji na karmę, którą on mógłby nakarmić bezpańskie psy. Na stronie internetowej zawsze pojawia się ogłoszenie, że można odebrać albo przygarnąć psa. Zaznaczył, że zazwyczaj psy podrzucają turyści, którzy przebywają tu sezonowo, a załatwienie tego typu spraw za pośrednictwem firmy generuje olbrzymie koszty.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1329 (31/2017)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze