Reklama

IV Międzynarodowe Warsztaty Teatralne w Żninie

    IV Międzynarodowe
    Warsztaty Teatralne w Żninie
    Ośrodek Edukacji Teatralnej w Żninie w dniach od 25 kwietnia do 3 maja 1995 r. zorganizował IV Międzynarodowe Warsztaty Teatralne połączone z prezentacjami spektakli.

     W tym roku Żnin po raz pierwszy gościł grupę teatralną z Litwy. Pojawiła się również skromniejsza nieco delegacja z Francji. Oni to, wraz z aktorami i sympatykami teatru z kraju, uczestniczyli w intensywnych ćwiczeniach prowadzonych przez Zdzisława Górskiego z gdańskiego Teatru Snów i Bogdana Wąsiela z poznańskiego Teatru Wierzbak. Warsztaty otworzył koncert znakomitej grupy "1, 2, 3". W każdy kolejny wieczór w różnych miejscach miasta zorganizowano prezentacje spektakli teatralnych. Po kolei: "Zawsze winny" AA czyli Alternatywy Alberta, "Cecylia" Teatru Wierzbak, Spektakl uliczny Teatru Snów, "Nocne szepty" Teatru Ażuolas z Litwy, znany spektakl "Ratujcie nasze dusze" Teatru im. Alberta Tison i na deser - przedpremierowy pokaz, w hali fabrycznej starego "Spomaszu", najnowszego dzieła Tisończyków pt. "Psalm". Dorzućmy jeszcze pokazy efektów pracy w ramach ćwiczeń warsztatowych i będziemy mieli przybliżoną panoramę atrakcji. (ph+)

Paweł Hałaburdzin
Pałuki nr 168 (19/1995)       Porywacze Ciał
    Konsumpcja do obrzydzenia
    Ośrodek Edukacji Teatralnej. Drugi dzień warsztatów. Wchodzimy do sali, pachnącej jeszcze świeżością farb. Za chwilę rozpocznie się spektakl teatru "Porywacze ciał"  pt. "I love you". 

    Światło przygasa, a z głośników rozlegają się pierwsze dźwięki spektaklu: odgłosy porannej toalety. Na salę wchodzi kobieta i siada za stołem pełnym supermarketowej żywności. Po kilku chwilach pojawia się mężczyzna. Przed widzami rozgrywają się sceny codziennego rytuału: papieros, golenie, malowanie paznokci, jedzenie. Chwila przerwy, chwila nudy i znów jedzenie. Jedzenie, które staje się celem samym w sobie. Obraz konsumpcji doprowadzonej do granic możliwości, wręcz do obrzydzenia.  
    W jednej ze scen kobieta, z zabawką w dłoniach śpiewa urodzinową piosenkę. Oniemiały mężczyzna patrzy zdumiony jak gdyby pytał: - "Urodziny, ale po co. Po co nam ta odmienność skoro mamy naszą codzienność". Rytuał musi się przecież spełnić.  
W pewnym momencie aktorzy próbują wciągnąć do spektaklu publiczność. I dopiero wtedy rozpoczyna się prawdziwe przedstawienie, po obydwu stronach sceny. Kobieta i mężczyzna stają się na przemian pozyskać z tłumu osoby, jak gdyby poszukiwali wśród nich pseudo-znajomych, pseudo-przyjaciół, czy wręcz pseudo-kochanków. Są przy tym bardzo brudni, wręcz odrażający.  
Widzowie reagują z obrzydzeniem i ze strachem. Patrzą na siebie nawzajem, jak gdyby mówili: Idź ty, przecież widzisz, że ja mam czyste ubranie, mam czyste ręce, mam czyste sumienie. Nie dotknę ich, przecież mogą mnie pobrudzić". Wreszcie ktoś decyduje się wyjść na scenę. Publiczność oddycha z ulgą. A ten nieszczęśnik, ze strachem w oczach pośrodku sceny, nie wie co ze sobą zrobić. Grymas twarzy mówi: - "Patrzcie, przecież jestem inny, mam czyste dłonie, mam czyste ciało, niech oni zostawią mnie w spokoju". Jedynym ratunkiem staje się ucieczka w tłum. Lecz aktorzy nie dają za wygraną. Ponownie wchodzą na widownię. Narasta między nimi agresja. Kobieta biega w tłumie poszukując pomocy. Lecz wrogość widzów również narasta. Nikt nie poda kobiecie dłoni, nikt jej nie przytuli, nikt nie ochroni, przecież ona jest taka brudna. Niech ona sobie stąd pójdzie.  
W momencie kulminacji agresji pomiędzy kobietą i mężczyzną na scenę wkracza karykatura anielskiej postaci z gitarą w ręku i odgrywa upiorną melodię, w rytm której aktorzy wykonują obłąkany taniec.  
    Wreszcie muzyka milknie i bohaterowie spektaklu opuszczają scenę. Widzowie dochodząc do siebie, próbują nieśmiało klaskać, lecz pozostały anioł ucisza ich słowami: - "Cicho, cicho do domu, herbatka". Jak gdyby chciał powiedzieć: - Nie klaszczcie, gdyż nie jesteście lepsi, nie klaszczcie sami sobie. Idźcie do domu, bo przedstawienie trwa dalej, rytuał musi się spełnić".
    Publiczność powoli wychodzi. Opuszcza salę ostatni, myśli kłębią się w głowie. Mam świadomość, że przez ostatnią godzinę stałem jakby przed lustrem, jakby przed krzywym zwierciadłem. Stałem w tłumie, który w tym spektaklu poniósł porażkę. Nie mogło być jednak inaczej, gdyż odmienność widzów i autorów tej sztuki była tylko pozorem. Złudzeniem widzów. Jedyną różnicą pozostałą między mini były czyste ubrania. Nic więcej.
    Na zewnątrz orzeźwił mnie chłód kwietniowego zmierzchu. Magia teatru jest ogromna.
  Jacek Ludwiczak Pałuki nr 168 (19/1995)
  Teatr "Bióro Podróży"
    Europejska rana
    "Sabat" został zaplanowany na poniedziałek. Jednakże warunki atmosferyczne zadecydowały o przesunięciu plugastwa na wtorek.

    Wtorkowy wieczór zapowiadał się całkiem groźnie. Zapowiedź stanowić mógł już wcześniejszy kulinarny holocaust, jaki przydarzył się na przedstawieniu "I love you" Teatru Porywacze Ciał z Poznania. Dwie godziny, jakie zostały na ochłonięcie do przedstawienia Teatru Biuro Podróży "Carmen Funebre", minęły piorunem.
    Rynek zapełnili tłumnie mieszkańcy miasta wyczekujący atrakcji. Punktualnie o pół do dziesiątej płynące z głośników skoczne nagrania etno zastąpiła "lokomotywa" piłowanych strun według Krzysztofa Pendereckiego. Powiało grozą. W tłum wtargnęły szczudlate postaci Demonów Wojny przeczesując reflektorami zbiorowisko. "Czerwony Pogrzeb" inspirowany wydarzeniami w Bośni rozpoczął się tego wieczora w Żninie. Ponura historia czasów nam przecież współczesnych została opowiedziana w szczery sposób. Bez ściemniania. Bez naiwności i happy endu.
W takt uderzeń kotła dokonywały się egzekucje, gwałty, pojawiały się widma okaleczonych żołnierzy poszukujący bezskutecznie swoich rodzin. Chwile sentymentalnej liryki zostały brutalnie stłumione batami. Nad wszystkim załopotała z tryumfem czarna chorągiew Śmierci, a ogień w swej oczyszczającej liturgii pochłonął resztki.
    Nie dziwi więc sukces, jaki odniosło to przedstawienie na zeszłorocznym Festiwalu w Edynburgu zgarniając dwie nagrody.
    Mocny spektakl dotykający bardzo bolesnej w świadomości europejskiej rany. Spektakl bezlitośnie aktualny. Niestety.

Paweł Hałaburdzin
Pałuki nr 220 (19/1996)
  
Teatr Ósmego Dnia
    Twoje "Ja" i diabla karuzela
    Po drugiej stronie Baszty tymczasem zaczęły się przygotowania do zlotu czarownic. "Sabat" Teatru 8 Dnia z Poznania to największe przedsięwzięcie uliczne tego Teatru zrealizowane przed laty we współpracy z Teatrem Biuro Podróży. Dziś w Żninie grano je po raz pierwszy w nowej obsadzie.

    Przedstawienie rozgrywa się na kupie żelastwa precyzyjnie rozbudowywanej w trakcie do kręcącej się obłąkańczo karuzeli. Na tym kończą się zbieżności z wesołym miasteczkiem. Zamiast znajomych koników pośród łopoczących potępieńczo chorągwi sterczą w niej bowiem poubierane w maski hańby dusze przeklętych: szalony profesor, nawiedzony skrzypek, dziwka i bazgrający sprayem po murach młodzian. Wszyscy oni zjednoczeni w szalonym błazeńskim tańcu, dyrygowani przez widmo-ekshibicjonistę na wszelki wypadek skute pasem cnoty. Jak zwykle w samą porę wjeżdża na pojazdach-dziwolągach Orszak Wielkiej Nierządnicy porywając obłąkane dusze. Sztandary zostają zdarte. Sabat pod Basztą powoli dobiega końca.
    Na zamierającej karuzeli tańczy pomniejsza ździra w objęciach niepokojąco znajomego Rogatego Jegomościa. W powietrze powoli unoszą się równie znajome postaci na miotłach.  Lekko oszołomiona publiczność zaczyna bić brawo.
    Przedstawienie to zaiste, diablo groteskowe, inspirowane tekstami Bułhakowa i malarstwem Goyi gwarantuje przyjemnie spędzony czas. Zostawia jednak nutkę niepokoju zwłaszcza, gdy jak tego dnia, kończy się (nomen omen) o północy.
Paweł Hałaburdzin Pałuki nr 220 (19/1996)
 
    Filozofia picia
    Bohaterowie opowieści Wieniedikta Jerofiejewa to pijani robotnicy doby realnego socjalizmu w najlepszym radzieckim wydaniu. Nie byli oni obcy autorowi. Sam Jerofiejew także nałogowo pił.

    Jego twórczość nie jest jednak twórczością pijaczka ale twórczością świadomego swego piętna alkoholika. To diametralna różnica. Jest w niej zabawny urok lekkiego podchmielenia i rauszu. Na tym jednak nie koniec. W tym świecie wódka leje się strumieniami. Pije się wszędzie, zarówno w pociągu, gdzie konduktor każe sobie płacić w mililitrach za każdy przejechany kilometr, jak i w szpitalu psychiatrycznym będącym azylem głównego bohatera. I nie jest to picie dla rozrywki. Alkohol to bolesna konieczność dla żyjących w socjalistycznym raju. Wóda jest próbą ucieczki od koszmarnie szarej rzeczywistości świata.
    Picie jednak budzi ze snu upiory. Gdy zwykła siwucha nie starcza, z dokładnością alchemika miesza się ze sobą piwo, szampon, lakier do paznokci, oczyszczoną politurę. Wszystko to w imię doznań wyższego rzędu. I doznania te nadchodzą w postaci bolesnych do szaleństwa wizji raju i piekła. Przerażająco prawdziwych i od których nie ma nigdzie ucieczki.
To dużo więcej niż picie piwka z kolegami po pracy czy obciąganie taniego winka w parku. To prawdziwy dramat człowieka.
    Obawiam się, że z polskich teatrów jedynie szczeciński Teatr "Kana" potrafił do tego faktu podejść z należną mu pokorą. Udowodnił to spektaklem "Noc" według twórczości Jerofiejewa, laureatem nagrody Fringe First na Festiwalu Teatralnym w Edynburgu przed dwoma laty, a zagranym w piątek 3 maja na zakończenie Międzynarodowych Warsztatów Teatralnych w Żninie. Paweł Hałaburdzin
Pałuki nr 220 (19/1996)  
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości