Reklama

Komary - licem białoruskiej republiki

Trzy osoby i 1.750 kilometrów
     Komary - licem białoruskiej republiki
     Na bilbordach zamiast reklam dóbr doczesnych oglądaliśmy plakaty przestrzegające przed pożarami.

     Za rowery kobiety w kasie policzyły "jak za psa". A przy negocjacji cen za noclegi należy mieć wygląd lichy i durnowaty, aby wywołać uczucie współczucia. Przedstawiamy dziś reportaż z białoruskiego odcinka rowerowej wyprawy Litwa - Łotwa - Białoruś - Ukraina, przedsięwziętej pod patronatem naszej redakcji.
     10 lipca 2005
     Zaraz za przejściem granicznym powitało nas hasło "Drogi obliczem naszej republiki". Mimo naszych obaw okazało się że większość białoruskich dróg jest bardzo wysokiej jakości. Przy głównych drogach co kilka kilometrów spotkać można parkingi leśne. Parkingi te w znakomitej większości są odnowione, a często oprócz daszków i ławek znaleźć można tam małe place zabaw dla dzieci. 

Łukasz Lang i Arkadiusz Łojek w Mińsku przed Pałacem Republiki fot. archiwum

Reklama

     Białorusini wykazują wielką dbałość o przyrodę, informując co kilka kilometrów na przydrożnych tablicach o destrukcyjnym wpływie rzucania niedopałków, odpadów czy butelek do mijanego lasu. 
     Bracław okazał się średniej wielkości turystycznym miasteczkiem, które powitało nas małą plażą i pomnikiem. Monument ten poświęcony był, jak większość innych zresztą, bohaterom Wojny Ojczyźnianej (tak nazywają tu II Wojnę Światową). 
     Niedzielne popołudnie skutecznie uniemożliwiło wymianę waluty w banku. Jednak już pierwsza osoba zapytana o czynny punkt "obmieni walut"  zaproponowała nam odkupie-nie dolarów po kursie 2.150 rubli za dolara. Wskazała nam też ciekawe wypoczynkowe miejsce nad jeziorem Strusto i podarowała turystyczną mapę regionu i plan miasta. Miejsce to okazało się celem dużej ilości wycieczek weekendowych; państwo za-opatruje ten punkt wycieczkowy w zadaszone drewniane ławki i zapas drewna na ogniska. Oprócz czystej wody spotkać tam można wielu wesołych Białorusinów słuchających wieczorami piosenek Włodzimierza Wysockiego. Początkowo trudno nam było zasnąć, gdyż do odsłuchu wykorzystywali sprzęt, którym można nagłośnić niemały stadion, jednak około północy wszyscy się uciszyli.
     11 lipca 2005
     "Komary licem naszej republiki" - tak powinno brzmieć hasło Białorusi. Do takiego wniosku doszliśmy opuszczając rano namioty. W Bracławiu wymieniliśmy dolary na białoruskie ruble (2.130 rubli = 1 USD). W centralnym punkcie miasta, tak jak w większości białoruskich miast, znajduje się pomnik Lenina. Parę ulic dalej zobaczyć można nowoczesny budynek "ochrany" - paradoksalnie większy niż milicji. 
     Na początku były małe "hopki", ale po kilku kilometrach teren wypłaszczył się. W Sarkovscinie uzupełniliśmy zapas wody, ale szybko okazało się, że woda jest słona. Zaznaczyć tu należy że większość wody którą można zakupić, jest słona, a jeżeli chce się otrzymać normalną wodę trzeba poprosić o wodę "pitijewaja". 
     Do Głubokoje wiodła płaska droga ze z rzadka pojawiającymi się małymi wioskami. W owych wioskach są sklepiki, ale bardzo słabo zaopatrzone. Można generalnie zapomnieć o zimnych napojach, a wybór towarów jest z reguły mocno ograniczony do produktów białoruskich lub rosyjskich, które są zazwyczaj słabej jakości. W większych sklepach z zimnych napojów można zakupić piwo lub coca-colę. Przykładowe ceny: mały jogurt 600-700 BYR, kwas 1.5 litra w butelce 1.200-2.200, piwo 1.5 litra 3.000, chleb 1.000, woda mineralna 700-1.000. Owoce i warzywa są w sklepach w podobnej cenie jak w Polsce, czasami nawet drożej. Sporo niższe ceny obowiązują na przydrożnych bazarach. 
     W Głubokoje jest hotel (nie znamy cen) i restauracja. W środku miasta jest lekko zamulone jeziorko, w którym można się wykąpać, czego nie mogliśmy sobie odmówić. W tym czasie zaskoczył nas mały chłopiec pytaniem "czy w Polsce rosną pal-my?".
     Przy wyjeździe z Głubokoje stoi MIG-21, wraz z dużą ilością detali. Tam też spotkaliśmy dwóch białorus-kich autostopowiczów podróżujących do Mińska. Od nich dowiedzieliśmy się, że podróżowanie autostopem po Białorusi jest dość łatwe. 
     W Doksziczy nocleg znaleźliśmy w gostinicy. Ceny to 7.000 rubli dla Białorusinów a 21.000 dla innostrańców. Nam udało się wynego-cjować 30.000 za 3 osoby. Wieczorem udaliśmy się na spacer do centrum. Po drodze podziwialiśmy małe sklepiki, pomnik Lenina, bary, miejscowe jeziorko oraz liczne grupki dziewcząt. Całości pilnował milicjant z krótką wersją kałasznikowa.
     12 lipca 2005
     Przy wyjeździe z Dogsiczy, w przydrożnym dworcowym barze zjedliśmy śniadanie składające się z hot-doga za 1.040 rubli. Cała trasa przebiegała w lekko pagórkowatej atmosferze, by kulminacyjny moment osiągnąć na Wysoczyźnie Mińskiej w postaci kilku wymagających podjazdów. W Begomi zobaczyć można stary samolot transportowy, park z domem kultury i pomnikiem towarzysza Wołodii [nie Wysockiego lecz Lenina - przyp. red.]. 
     Zaraz za miastem wjechaliśmy na główną drogę M-03 do Mińska. Kilka kilometrów za Pleszczenicy jest odbicie na Chatyń (5 km od głównej drogi). W miejscowości tej Niemcy zamordowali kilkaset osób, ale ponieważ nazwa jej przypomina Katyń więc Rosjanie wybudowali tam przeogromną budowlę: pomnik poświęcony ponad 2 milionom zamordowanych w czasie wojny rodaków. Nadciągała burza, zrezygnowaliśmy więc z jazdy nad jezioro, a miejsce do spania znaleźliśmy w remontowanym sanatorium.
     13 lipca 2005
     Jezioro Zasiarskaje i okoliczne okazały się brudnymi bajorkami. Zrezygnowaliśmy z odpoczynku w tej okolicy i pomknęliśmy w kierunku Mińska. Drogi wjazdowe do stolicy Białorusi, nawet te lokalne, mają w każdym kierunki 3 pasy ruchu i szerokie pobocze. Większa cześć miasta to blokowiska; w centrum - powojenna zabudowa. Miasto wydało się nam mało atrakcyjne turystycznie, ulice są szerokie, można się po nich szybko poruszać. Na niektórych jest zakaz jazdy rowerem, ale stojący na rogatkach milicjanci nie zwracali na nas uwagi. 
     Na bilbordach zamiast reklam dóbr doczesnych oglądaliśmy plakaty przestrzegające przed pożarami, popierające milicję, a przede wszystkim przypominające o sześdziesięcioleciu pobiedy (1945-2005).
     Przed siedzibą prezydenta stoi przeogromny pomnik Lenina w niecodziennej pozie, przedstawiającej wodza opartego o mównicę. Pod ową mównicą widać wyrzeźbione postacie z czerwonymi sztandarami powiewającymi w rytmie rewolucji. Gdy tylko zrobiliśmy zdjęcie owego miejsca, natychmiast koło nas wyrósł dwumetrowy milicjant o aparycji rottweilera i inteligentnym wyrazie twarzy boksera wagi super-ciężkiej. Na szczęście nie zabrał nam aparatu (ani nas na posterunek), ale kazał natychmiast skasować wykonane przed chwilą foto. 
     Daleko od centrum, gdzie ceny osiągnęły poziom możliwy przez nas do zaakceptowania, zatrzymaliśmy się na obiad. Za 33.000 rubli (za 3 osoby) zjedliśmy jedno z tradycyjnych białoruskich dań - bliny z kiełbaską (placki ziemniaczane i biała kiełbasa z sosem), wraz z dodatkowymi pysznymi sałatkami, coca-colą i piwem. Mieliśmy duże szczęście, gdyż 2 minuty po naszym wejściu rozpętała się solidna burza. Kiedy zjedliśmy, deszcz akurat ustawał i pojechaliśmy mokrą, ale dobrą, drogą na południe. 
     Hotel w Marina Horka znajduje się naprzeciw dworca kolejowego.
     Na miejscu okazało się, że wolne są akurat 3 pokoje jednoosobowe, dwa po 17.000 i jeden luksusowy za 71.000. Chcieliśmy wziąć 2 tańsze jedynki i zamieszkać tam we trzech, ale recepcja nie zgadzała się na takie rozwiązanie ze względów formalnych. Po bardzo długich negocjacjach i telefonicznej konsultacji recepcjonistki z dyrektorką hotelu, okazało się że w żaden sposób nie możemy zamieszkać we 3 w 2 jedynkach, ale mogą nam obniżyć cenę jedynki luksusowej do 17.000 rubli. Trudno było nie skorzystać z tego rozwiązania, droższy pokój oprócz telewizora i lodówki do chłodzenia napojów, posiadał prysznic, z którego leciała - o dziwo - całkiem ciepła woda. 
     Ta sytuacja potwierdza, że warto negocjować warunki pobytu. Przy rokowaniach należy mieć wygląd lichy i durnowaty, aby wywołać uczucie współczucia. Podkreślać trzeba też, że jest się turystami - warto wspomnieć, że biednymi.           
     14 lipca 2005
     W Marina Horka kupiliśmy bilety kolejowe do Homla (około 250 km) na pociąg o 840.
     Obszczyj  kosztował 7.000 rubli, a plackartny - 11.000 rubli.  Obszczyj i plackartny się różnią. Jest to ten sam przedział w wersji leżącej lub siedzącej. Gdy półki są złożone to mamy 9 miejsc siedzących (obszczyj), a jak rozłożone - to 6 leżących (plackartny).
     Za 3 osoby plus rowery, za które kobiety w kasie policzyły "jak za psa", zapłaciliśmy 39.000 rubli. Przy zakupie niepotrzebne były paszporty, a nasz wagon plackartny był przez całą drogę niemal pusty. 
     O wpół do drugiej byliśmy na miejscu. Homel położony nad rzeką Soż jest jednym z ważniejszych miast w kraju. Rzeka płynie w głębokim wąwozie, a ze stromych brzegów rozciąga się widok na całkiem przyjemne plaże. Miasto tętni życiem, jest też sporo lepiej zaopatrzone niż inne znane nam białoruskie miasta. Czuć tu już bliskość Ukrainy.
     Podczas zakupów dane nam było poznać sklep - relikt poprzedniej epoki. Było w nim kilka sprzedawczyń oraz 5 kas. Każda kasa była przyporządkowana do określonego asortymentu. Niemożliwy był np. zakup sera i wody w jednym miejscu, po wszystko trzeba było odstać swoje w oddzielnych kolejkach. Przy kupowaniu mięsa (pierwsza kolejka - 15 minut), po wyborze produktu, sprzedawczyni wręcza klientowi oberwany kawałek kartki z zapisaną długopisem ceną. Z tą karteczką udać się należy do osobnej kasy (druga kolejka 15 minut), gdzie płacimy za mięso. Z otrzymanym paragonem wracamy na stoisko (drugi raz pierwsza kolejka - 15 minut), gdzie oddajemy paragon, a otrzymujemy nasze utęsknione mięsko. W związku z oszczędnościami papieru nasze wyczekane salami dostaliśmy owinięte w zadrukowaną uprzednio na drukarce laserowej kartkę A4 (nadrukiem do wewnątrz). W naszym przypadku był to dokument zawierający zestawienie przelewów wykonanych przez sklep w dniu 13.05.2005. (Teraz można by kupić ser... ale czy zdążymy przed zmrokiem?) 
     Przy wyjeździe z miasta trafiliśmy na prawie idealną płaską drogę prowadzącą do Czernihowa. Po obu stronach drogi prawie zawsze był gęsty las, a każda próba wejścia do niego wywabiała tysiące tysięcy komarów. Spędziliśmy tak jadąc dwie godziny prawie bez zmian przełożeń i jakichkolwiek ruchów kierownicą. Za 45 kilometrów znaleźliśmy się na przejściu granicznym.

Łukasz Lang, Arkadiusz Łojek

Reklama

www.rower.fan.pl - dalsze losy wyprawy
Pałuki i Ziemia Mogileńska 705 (33/2005)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości