Reklama

Lubili go wszyscy

Takim go zapamiętamy - ks. Edmund Ruta w roku złotego jubileuszu święceń kapłańskich fot. arch. parafialne

Żnin, ks. Edmund Ruta, kapłan, kościół
     Lubili go wszyscy
     W Wielką Sobotę (30 marca 2013 roku), po 17:00 zmarł ks. Edmund Ruta. Kapłan, którego szanowali i lubili wszyscy. Miał dar zjednywania sobie ludzi, a ludzie mu to odwzajemniali. Ci, którzy go znali, mówili o nim: spokojny, pogodny, cierpliwy, życzliwy. Leczył nie tylko dusze, ale miał dar stawiania diagnoz badając wahadełkiem. Ewangelizował i pomagał. Zapisał się w dziejach Żnina i został zasłużonym dla grodu Śniadeckich. Pogrzeb odbył się 4 kwietnia 2013 r.

     Ksiądz Edmund Ruta duchowo związany był z błogosławionym biskupem Michałem Kozalem. To on był jego patronem i kimś w rodzaju opiekuna duchowego. Dlaczego? Ks. Edmund Ruta urodził się 16 listopada 1922 roku w Krostkowie, gdzie bł. Michał Kozal był administratorem tamtejszej parafii. To on chrzcił późniejszego kapłana.
     Ojciec Edmunda Ruty był kolejarzem i jego rodzina (dwie córki i czterech synów) w Krostkowie długo nie pomieszkała. Przenieśli się do Białośliwia. W wieku 7 lat Edmund Ruta poszedł do szkoły powszechnej w Białośliwu. Potem dojeżdżał do gimnazjum do Nakła. Ukończył je w 1939 roku. Jednak wybuch wojny uniemożliwił mu kontynuowanie nauki. W związku z tym, że jego ojciec był zagrożony aresztowaniem przez Niemców, cała rodzina Edmunda Ruty musiała uciekać w kierunku wschodnich granic Polski. Tak dotarli do Terespola. Mieszkali u gospodarza po wschodniej stronie Sanu (sowieckiej). Tam przyszły kapłan był świadkiem bratania się żołnierzy dwóch okupujących Polskę armii: sowieckiej i niemieckiej.
     W wywiadzie dla naszego tygodnika w grudniu 2009 roku tak wspominał ten czas: - Matka podsłuchała rozmowę dwóch oficerów niemieckich. Mówili między sobą, że rzeka San będzie granicą między Niemcami a Ruskami. Jak to usłyszała, a my byliśmy po stronie rosyjskiej, podeszła do nich i zapytała, czy przewiozą nas na drugą stronę Sanu. Niemcy nas przewieźli, dali nam przepustkę i dojechaliśmy do Wrocławia. Potem do Poznania, a stamtąd do miejsca zamieszkania, czyli do Osieka nad Notecią. Wtedy zaraz przyszedł żandarm niemiecki i zabrał mnie do pracy przymusowej.

Ks. Edmund Ruta i ks. Franciszek Misiewicz w Inowrocławiu fot. z archiwum ks. F. Misiewicza

Reklama

     Edmund Ruta pracował w 15-hektarowym gospodarstwie niemieckim w Wyciągu koło Osieka. Tak kontynuował swoją opowieść wojenną: - Ja, syn kolejarza, w ogóle się na tym nie znałem. Musiałem się wszystkiego nauczyć. Codziennie wstawałem o wpół do szóstej rano. Musiałem konie nakarmić, krowy wydoić, obornik wywieźć. To wszystko było na mojej głowie. Przez pięć lat nie miałem ani jednego dnia wolnego. Nawet na jeden dzień nie mogłem odejść od inwentarza. Spałem w korytarzyku małym, nieogrzewanym. Drzwi prowadziły wprost do ogrodu. Ciepłej wody nie było. Myłem się pod pompą.
     Po wkroczeniu Armii Czerwonej został zaciągnięty do obsługi taborów. W dwudziestostopniowym mrozie w drewnianych dybkach na nogach wypchanych sianem z oddziałami czerwonoarmistów dotarł do Piły. Stamtąd pieszo musiał wracać do domu. Trochę pracował w drogownictwie, ale jesienią 1945 roku wstąpił do seminarium duchownego w Gnieźnie. Sytuacja młodych kleryków nie była łatwa. Brakowało jedzenia, które przywozili z domów. W tym czasie młody kleryk zachorował na tyfus plamisty.
     - Temperatura 41 stopni. Nie było żadnych antybiotyków. Przez te skoki temperatury uchroniłem się przed śmiercią. Przez pół roku leżałem w szpitalu w Gnieźnie. Opiekowały się mną też siostry zakonne. Zaopatrywał mnie na okoliczność śmierci wujek naszego proboszcza ksiądz Reiter, który był tam kapelanem. Ja już miałem wtedy wysięg opłucnej. Jak leżałem, to byłem taki słaby, że nie mogłem się ruszać - mówił nam trzy lata temu.
     Wyszedł z tego. Wierzył, że m.in. dzięki wstawiennictwu bł. bpa Michała Kozala, tego samego, który go chrzcił, a który zachorował również na tyfus w obozie koncentracyjnym w Dachau. Edmund Ruta musiał najpierw dokończyć edukację w gimnazjum i zdać maturę. Równocześnie w ramach edukacji w seminarium studiował filozofię. Po dwóch latach kontynuował naukę jako kleryk, ale już w Poznaniu. Studiował tam teologię. W Poznaniu w gimnazjum Marii Magdaleny zdał egzamin dojrzałości. Natomiast 19 lutego 1950 roku otrzymał święcenia kapłańskie. - I dziwna rzecz. Ten biskup Michał Kozal, który mnie chrzcił, też miał święcenia w lutym. I tego samego dnia, 19 lutego - powiedział nam ks. Edmund Ruta.
     Jego pierwszą parafią była parafia pod wezwaniem św. Mikołaja w Inowrocławiu. Tam po raz pierwszy spotkał późniejszego księdza i proboszcza parafii w Wenecji, Franciszka Misiewicza.
     - On przyszedł, a ja akurat szedłem do seminarium. Kontaktowaliśmy się często. Od początku był bardzo cierpliwy, spokojny, nie denerwował się, nie krytykował. Świetnie grał w ping-ponga - wspomina ks. Franciszek Misiewicz.
     Kiedy jako świeżo wyświęcony ksiądz Franciszek Misiewicz odprawiał swoją mszę prymicyjną w kościele św. Mikołaja w Inowrocławiu, to właśnie ks. Edmund Ruta wygłosił homilię. Stali się przyjaciółmi na wiele lat. nawet teraz na emeryturze często się odwiedzali mieszkając na terenie jednej parafii.
     Kolejną parafią ks. Edmunda Ruty było Ostrowo nad Gopłem. Tam jako proboszcz służył osiem lat aż w 1962 roku otrzymał nominację biskupią na probostwo w parafii pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Wylatowie koło Mogilna. Poprzedni proboszcz pracował tam przez pół wieku i tam zmarł. Parafianie, co przyznają po latach, z początku nie mieli zaufania do młodego księdza, woleliby starszego, bardziej doświadczonego, ale ks. Edmund Ruta swoim ciepłem, otwartością i darem rozmawiania z ludźmi szybko zjednał sobie parafian.
     Mieszkaniec Wylatowa pod Mogilnem Józef Przybylski niedługo skończy 90 lat. Jest pół roku starszy od ks. Edmunda Ruty. Przez wiele lat był członkiem rady parafialnej. Tak wspomina dawnego proboszcza: - Jak przyjechał, to był przyjęty obojętnie. Miała być wizytacja biskupa. Proboszcz przyszedł do mnie i poprosił, abym w imieniu parafian powitał biskupa. Tak lody zostały przełamane. Uważam go za najlepszego proboszcza jaki był. Jak obchodził 25-lecie świeceń kapłańskich, to przywitałem go w imieniu parafian. Potem razem przyjmowaliśmy obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Dla ludzi był bardzo przyjazny. Pomagał w czasie żniw. Snopki odbierał, trawę kosił. Kościół odnowił bardzo pięknie. Potem jak go przenieśli do Żnina, to pojechaliśmy do biskupa Czerniaka prosić, żeby zostawił nam proboszcza. Nie pomogło. Wielki żal był. Potem mnie odwiedzał jak przyjeżdżał na grób rodziców, którzy spoczywają na naszym cmentarzu. Myślał, że też spocznie tutaj, obok nich.
Ludzie, z którymi rozmawialiśmy, z trudem powstrzymują łzy wspominając ks. Edmunda Rutę: - Mi się teraz płakać chce - przyznaje Mieczysława Witkowska z Wylatowa: - Był wspaniałym człowiekiem. Nie przeszedł obok człowieka, żeby nie porozmawiać. Wspierał nas. Byliśmy z  nim bardzo zżyci. Odwiedzaliśmy go do końca. Interesował się Wylatowem do ostatniej chwili. Pamięć miał bardzo dobrą. Pokazywaliśmy mu zdjęcia ołtarza po renowacji, a on pamiętał co, gdzie wcześniej było.
Benon Witkowski przypomina sobie jak ks. Edmund Ruta organizował spotkania latem w ogrodzie dla młodzieży. - Był religijny i był dla ludzi - mówi Benon Witkowski.
     - Jak jechał swoim samochodem, „trabantem”, to zatrzymywał się i podwoził ludzi. czy to były dzieci, czy ludzie starsi. Nikim nie gardził. Jak jechał rowerem i widział ludzi koszących pobocze przy drodze, to się zatrzymywał, rozmawiał. Z każdym rozmawiał. Z biednym i z bogatym. Zawsze był uśmiechnięty. Każdemu rękę podał - opowiada Tadeusz Filipczak z Wylatowa. - Bardzo dużo zrobił. Za jego czasów był kościół odmalowany. Utwardzono chodnik wokół kościoła. Wszyscy współpracowali.
     W czerwcu 1982 roku, po 20 latach posługi w Wylatowie, został skierowany do parafii pw. św. Floriana w Żninie. Tutaj nie znał nikogo. Jedną z pierwszych osób jakie wówczas spotkał, był ówczesny organista Jan Gąsior, który w tym momencie akurat ścinał żywopłot między kinem a plebanią. - Spotkaliśmy się przy probostwie na ulicy. Ksiądz proboszcz przyszedł zobaczyć parafię. Podszedł zapytał co robię. Powiedziałem, że tutaj pracuję. Był zdziwiony, że obcinam płot. Rozmowa była krótka - mówi nam Jan Gąsior.
     Dla wieloletniego organisty (w parafii pw. św. Floriana pracował 51 lat) był to siódmy z ośmiu w sumie przeżytych proboszczów. - Współpraca nam się bardzo dobrze układała. Ksiądz Ruta był dobrym śpiewakiem. Śpiewał poprawnie, czysto, z polskim akcentem słownym i akcentem muzycznym. Jeśli nie mógł sobie z jaką melodią poradzić, to przychodził do mnie. Zauważał, że coś robi nie tak. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Miał swoją ulubioną pieśń „Bóg widzi nas.” Tego w żadnym śpiewniku nie było, a że ksiądz Ruta miał dobry słuch i poprawnie śpiewał, to zaśpiewał mi melodię. Z jego śpiewu potrafiłem ustawić sobie takt. Potem wykonałem zapis nutowy i ku zdziwieniu jego samego, tę melodię sharmonizowałem i opracowałem na chór - mówi nam organista.
     W 1993 r. został mianowany kanonikiem honorowym Kapituły Bydgoskiej.
     Ks. Edmund Ruta był proboszczem w Żninie od 1982 do 1998 roku. W czasie jego pracy w Żninie między innymi został rozbudowany cmentarz i powstała kaplica cmentarna. Był remontowany kościół. Za działalność na rzecz Żnina i mieszkańców został w 1998 roku Zasłużonym Obywatelem Gminy Żnin.
     - Bardzo dobrze współpracowało mi się z księdzem Rutą - mówi burmistrz Żnina Leszek Jakubowski. - Był bardzo ciepłym i życzliwym człowiekiem. Zaskoczył mnie pozytywnie, kiedy zaraz po wyborze na burmistrza, nazwał mnie ojcem miasta. Troszczył się o swoją parafię. Z naszej strony mógł zawsze liczyć na współpracę i pomoc. On sam również pomagał każdemu jak mógł. Tym sobie ludzi jednał. Widział potrzeby osób chorych, starszych, biednych. Troszczył się nie tylko o swoich parafian. Szanował też władze samorządowe bez względu na to kto był wybrany.
     W swoim długim życiu ks. Edmund Ruta kilka razy uciekał śmierci. Pierwszy raz, to w czasach choroby na tyfus plamisty. Potem, pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy był proboszczem w Wylatowie, pełniąc posługę przy ołtarzu dostał zawał serca. Lekarz kazał mu przygotować się na najgorsze, ale wrócił. Później, już w latach dziewięćdziesiątych, przeszedł ciężką operację dróg pokarmowych. Operowany był pod narkozą.
     - Leżę umierający. Oczu nie otwieram. Bratowa biegnie do dyżurki do jednego lekarza, a on machnął ręką i nie ruszył się. Idą drugi raz. Przyszedł, popatrzył i wcale mnie nie badał. Potem, po dwóch miesiącach idzie do lekarza, który mnie operował. Pyta się o stan mego zdrowia. A kim pani jest dla księdza? Bratową. To mogę prawdę powiedzieć. Będzie żył tylko trzy miesiące. Chemii mu nie damy, bo nie warto. Ja też po operacji leżałem z chorymi. Jeden szedł na chemię, drugi, a mnie omijali. No i żyję - opowiadał w 2009 roku.
     Jednak z roku na rok stawał się słabszy. Msze święte w kościele odprawiał tylko w cieplejsze dni. Tak było również podczas 60. rocznicy święceń kapłańskich. Na chwilę przed śmiercią znalazł się w szpitalu. Tam też zmarł. W środę o 16.00 do kościoła została wprowadzona trumna ze zwłokami ks. kanonika i odprawiona msza żałobna. Liturgia pogrzebowa została odprawiona 4 kwietnia o 11.00, a po mszy trumna została odprowadzona na cmentarz parafialny, gdzie ks. kan. Edmund Ruta został pochowany obok kaplicy.

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1103 (14/2013)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości