Reklama

Marzenia o lataniu

 

Uczestnicy kursu szybowcowego w 1948 roku na Górze Ossona pod Częstochową

      fot. arch. Teresy Walkowiak

Teresa Walkowiak, lotnictwo, kurs szybowcowy
     Marzenia o lataniu
     Była pierwszą po wojnie dziewczyną ze Żnina, która usiadła za sterami szybowca. Teresa Walkowiak marzenia o lataniu wyniosła z dzieciństwa i chciała je realizować w dorosłym życiu. Ukończyła kurs szybowcowy, ale potem nie było jej dane wzbić się w powietrze. Dziś, po 65 latach, wspomina lato 1948 roku. Wtedy pod Częstochową nauczyła się latać.

Teresa i Zdzisław Walkowiakowie poznali się w 1952 roku. Pobrali się w 1954 r. Do dziś mieszkają w Poznaniu. 

      fot. Remigiusz Konieczka

    Na fotografiach sprzed 65 lat widać uśmiechniętą, drobną blond dziewczynę, ubraną w za duży kombinezon lotniczy w otoczeniu koleżanek. Na jej twarzy widać pełnię szczęścia, radość ze spełnienia marzeń i moc z czerpania z niepowtarzalnej chwili pełnymi garściami.
     Teresa Walkowiak dzisiaj mieszka w Poznaniu. Urodziła się jednak w Żninie w 1931 roku. Z rodziną mieszkała przy ul. Śniadeckich i nazywała się Teresa Kolasińska. Miała dwie starsze siostry: Barbarę (rocznik 1918) i Gabrielę (rocznik 1927). Ta druga to Gabriela Gólcz, późniejsza dyrektor Żnińskiego Domu Kultury i animatorka pałuckiej sztuki ludowej. Teresa do szkoły powszechnej zaczęła uczęszczać w 1938 roku. Ukończyła tylko jedną klasę, ponieważ w 1939 roku wybuchła wojna i przerwała jej szkolną edukację. Jak niemal każde dziecko tego pokolenia, szybko kroczyła w dorosłość. Musiała podjąć pracę. Obie jej siostry zostały wywiezione na roboty do Niemiec. Mała Tereska musiała opiekować się dzieckiem SA-manna. Ta niemiecka rodzina miała czwórkę dzieci. Teresa Kolasińska poprzez codzienne kontakty z Niemcami bardzo dobrze opanowała język niemiecki. Ojciec, który był powstańcem wielkopolskim, w domu kazał jej jak najwięcej czytać po polsku.
     - Ojciec lubił książki, bardzo dużo czytał. Najbardziej lubił czytać książki o tematyce militarnej. Sama uczyłam się czytać na książkach Henryka Sienkiewicza, Janusza Meissnera, od którego otrzymałam potem piękny list. Przygoda i lotnictwo rozpalało moją wyobraźnię. Ojciec zaszczepił we mnie zamiłowanie do historycznych książek i do tematyki wojskowej. Siadaliśmy do stołu, a on rozkładał mapy i pokazywał, jak poruszały się wojska. Wiedziałam, jaki front jest we Francji, gdzie bombardują - opowiada Teresa Walkowiak.
     Książki dla młodej Teresy były ucieczką od okupacyjnej rzeczywistości. Wojna się skończyła, miłość do lotnictwa nie. Przeciwnie. Do kraju zaczęły docierać książki Melchiora Wańkowicza - Bitwa o Monte Cassino czy Arkadego Fiedlera - Dywizjon 303. Dodatkowo jej wyobraźnię o lataniu rozpalały wieści od kuzyna, który był pilotem w czasie wojny.
     Po zakończeniu wojny od razu trafiła do gimnazjum, mimo iż przez całą okupację do szkoły nie uczęszczała. - Znałam tabliczkę mnożenia i alfabet. Po wojnie poszłam do gimnazjum w Żninie. Ukończyła je zdając małą maturę w 1948 roku. Chciała uczyć się dalej w szkole lotniczej w Dęblinie, ale w tamtych latach do szkoły nie przyjmowano dziewcząt. W czasie wakacji po ukończeniu gimnazjum, a przed rozpoczęciem nauki w liceum, Teresa Walkowiak dostała się na kurs pilotów szybowców.

Reklama

Teresa Walkowiak ląduje szybowcem typu „Grunau”

     fot. arch. Teresy Walkowiak

     - Kiedy w 1948 roku Powszechna Organizacja Służby Polsce ogłosiła nabór chętnych na kurs szkolenia szybowcowego dla dziewcząt, jako pierwsza zgłosiłam się do powiatowej komendy. Po badaniu lekarskim z rąk kapitana Jana Curzytka otrzymałam skierowanie i bilet bezpłatny na przejazd do miejsca, w którym odbywał się kurs. Miałam wtedy 17 lat i byłam jedyną dziewczyną ze Żnina, która dostała się na kurs - wspomina Teresa Walkowiak. - Równocześnie na kurs dla junaków, który odbywał się w Fordonie, zgłosiło się trzech kolegów: Józef Kowalski, Tadeusz Kniecicki i Zbigniew Bała.
     Józef Kowalski uczęszczał na kurs szybowcowy w Fordonie. Kurs ukończył, ale do szkoły w Dęblinie również się nie dostał. Okazało się, że jego brat przebywał wtedy za granicą. Mieszkał w Belgii i ze względu na pobyt brata na Zachodzie, Józefowi Kowalskiemu zasugerowano, by z kandydowania do szkoły lotniczej zrezygnował. Do dziś zachowała się jego książeczka lotów z kursu w Fordonie. Są na niej daty od 6 sierpnia do 9 września 1948 roku. W sumie 67 lotów.

Reklama

Teresa Walkowiak (w środku) z koleżankami z kursu szybowcowego: Marią Rozmanit (z prawej) i Zofią Krojewską (z lewej)

      fot. arch. Teresy Walkowiak

     - A moja książeczka gdzieś przepadła. Zostały tylko zdjęcia - mówi Teresa Walkowiak.
     Oprócz zdjęć zostały również wspomnienia. Dziewczęta z różnych części kraju przyjechały w połowie lipca 1948 roku pod Częstochowę. Tam na Górze Ossona przez sześć najbliższych tygodni miały szkolić się na pilotów szybowców.
     - Na wzgórzu znajdował się poniemiecki hangar z trzema szybowcami i barak do spania oraz jedzenia. Warunki miałyśmy spartańskie, woda ze studni, latryna na zewnątrz. Rekompensatą była wspaniała pogoda, dobre humory i radość z możliwości latania - wspomina Teresa Walkowiak.

Reklama

     Latali na dwóch typach szybowców. Obydwa pochodziły z tak zwanego mienia poniemieckiego. Jednym z typów szybowców był SG-38, którego nazywali esgegiem oraz szybowiec Grunau, nazywany w żargonie pilotów gronauką. Pierwszy typ szybowca nie miał kabiny. Pilot siadał na krzesełku, zapinał się pasami i miał do dyspozycji drążek sterowniczy oraz pedały. Szybowce miały poszycie z płótna pokrytego warstwą z gumy, po to, by płótno nie nasiąkało wodą. Szybowce nie miały żadnych przyrządów pokładowych. Latano na wyczucie.
     - Jak pociągnęłam drążek do siebie, to szybowiec leciał w górę, a jak od siebie, to w dół. Pedały służyły do kierowania w prawo lub w lewo. Jak podchodziłam do lądowania, to szybowiec trzeba było trzymać prosto, potem drążek w dół, do góry, płaty się wychylały i delikatnie, z wyczuciem szybowiec opadał. Nie było to łatwe. Jedna z koleżanek wylądowała na drzewie - opowiada Teresa Walkowiak.
     Zanim młode pilotki wzbiły się w powietrze, musiały przejść szereg ćwiczeń. Jedno z nich miało wykształcić umiejętność szukania wiatru, dzięki któremu szybowiec mógł latać. Kursantki wsiadały do szybowca, który był na uwięzi. Kiedy wiał wiatr, musiały tak sterować, aby utrzymać szybowiec nad ziemią. Inne ćwiczenie polegało na nauce precyzyjnego lądowania. Koleżanki pchały szybowiec z pilotką ze wzniesienia.
     - Musiałam zlecieć na dół i delikatnie wylądować, nie uderzając gwałtownie o ziemię - tłumaczy Teresa Walkowiak. - Pod szybowcem nie było kół, tylko płoza, która amortyzowała lądowanie. Lądując, trzeba było delikatnie na niej się ślizgać.
     Nasza rozmówczyni mówi, że instruktorzy kładli szczególny nacisk na precyzję lądowania. Uczestniczki kursu musiały ją bardzo dobrze opanować. Dlatego wykonywały różne ćwiczenia doskonalące lądowanie.
     - Szybowiec stał dziesięć metrów od wyciągarki. Był zahaczony na grubych linach. Instruktor włączał wyciągarkę, która holowała szybowiec. Ten wzbijał się lekko nad ziemię. I jak zbliżałam się do wyciągarki, musiałam odłączyć liny i sama wylądować - opowiada Teresa Walkowiak.

Teresa Walkowiak (z prawej) z siostrą Gabrielą Gólcz (z lewej) w Żninie w 1943 roku

Reklama

      fot. arch. Teresy Walkowiak

     Dziewczęta musiały latać zgodnie z wytycznymi instruktorów i precyzyjnie w wyznaczonym wcześniej miejscu. Instruktorzy bacznie przyglądali się kursantkom. Po sposobie lądowania wiedzieli, która się do latania nadaje, a która nie. Jak dziewczęta lądowały delikatnie, zgodnie z wytycznymi, to zostawały na kursie. Gwałtowne lądowania eliminowały z dalszej nauki. Latania na szybowcach uczyli Tadeusz Piętka i Zygmunt Zając. - Dużo osób podczas lądowania pokaleczyło się, szybowcom łamały skrzydła. Instruktorzy od razu takie eliminowali - podkreśla nasza rozmówczyni.
     Żniniance dane było wzbić się w powietrze będąc holowaną przez samolot. Ale nie wzbijała się wysoko w powietrze. Latała około 50 metrów nad ziemią. Teresa Walkowiak ukończyła kurs drugiego stopnia i otrzymała odznakę z dwiema mewami. W nagrodę czekał ją lot o wiele wyższy niż te odbywane na szybowcach.
     - Na zakończenie kursu drugiego stopnia przyleciał do nas płk Janusz Przymanowski, autor książki o czterech pancernych i psie, aby wręczyć nam odznaczenia. W nagrodę za dobre wyniki otrzymałam z jego rąk książkę i zostałam wyznaczona do honorowego lotu z nim jako pilotem. Startowaliśmy o 400 rano. Lecieliśmy nad Częstochową samolotem typu „Piper”. O wschodzie słońca Jasna Góra mieniła się kolorami. Była przepiękna, a ja z wrażenia zapomniałam mu podziękować - wspomina pani Teresa.

Reklama

Książka lotów Józefa Kowalskiego

   fot. arch. Józefy Kowalskiej

     Wróciła do Żnina pełna wrażeń. Po zakończeniu wakacji zaczęła naukę w żnińskim liceum. Teresa Walkowiak marzenia o lataniu spełniła, ale chciała je kontynuować. Żnin takich możliwości nie dawał. Chciała zostać stewardesą. Nie udało się. Klasę dziewiątą ukończyła w Żninie. Był koniec roku szkolnego 1948/49. Na świadectwie była promocja do klasy dziesiątej. Ale nie kontynuowała nauki w Żninie. We wrześniu 1949 roku rozpoczęła naukę w liceum mechanicznym w Zabrzu. Chciała się dostać do lotnictwa. Szkoła dla pilotów w Dęblinie była dla dziewcząt zamknięta. Pomyślała, że jak skończy kierunek mechaniczny, to łatwiej będzie jej się dostać do branży lotniczej. W Zabrzu była jedyną dziewczyną w klasie. Łatwo jej nie było, ale koledzy pomagali. Mając w ręku papier ukończenia kursu szybowcowego nie miała wcale otwartych drzwi do aeroklubów. Latała mało. Ostatni raz było to w Katowicach
     - Nie za bardzo mnie chcieli. Mieli swoich, którzy latali na szybowcach. Udało mi się trzy, może cztery razy - wspomina.
     Liceum mechaniczne ukończyła w 1952 roku. W tamtych latach po szkole absolwent nie zasilał grona bezrobotnych, jak to się dzisiaj dzieje. Teresa Walkowiak otrzymała skierowanie do pracy. Tak trafiła do Poznania. Zaczęła pracę w Centralnym Ośrodku Badań i Rozwoju Techniki Kolejnictwa. Trafiła tam jako praktykantka do Zdzisława Walkowiaka, jak się niebawem okazało, przyszłego męża. Pobrali się w 1954 roku. Oboje życie zawodowe związali z kolejnictwem. W Centralnym Biurze Konstrukcyjnym pracowali do emerytury.
     - Naszym zadaniem było unowocześnianie starych typów parowozów. Musieliśmy ujednolicać i unowocześniać tabor, który jeździł w PKP, a pochodził z całej Europy - wyjaśnia pan Zdzisław.
Jego żonie nie udało się więcej latać na szybowcach. Ostatni raz wzbiła się w powietrze na początku lat pięćdziesiątych. Po ślubie doszły obowiązki rodzinne. Jednak lata 1948 roku nie żałuje i wspomina je do dziś. Ma z tego czasu fotografie, które od czasu do czasu ogląda i myślami wraca do chwil, kiedy szybowała nad ziemią.

Reklama

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1141 (52/2013)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości