Polska. Dzień kończy się przed szesnastą, zimno i szaro za oknami, ludzie ubrani na cebulkę. Czas zmienić klimat. Po przebyciu połowy Europy i całej Azji na mapie świata zatrzymujemy się w słonecznej Australii. Tam dwaj młodzi podróżnicy - Szymon Springer i Eryk Krasny - po przebyciu na motorach 22.000 km korzystają z uroków lata.
Szymon Springer w Himalajach fot. arch. podróżników
Koniec marca. Bydgoski rynek skąpany w słońcu gości grupę osób, która szukając wiosennego słońca wita się ciepło i serdecznie. Panuje przyjemny gwar. 30 marca pozostanie pamiętną datą dla Szymona Springera z Szubina i Eryka Krasnego z Brzozowa oraz ich bliskich. To dzień, w którym podróżnicy wyruszają w swoją pierwszą motocyklową podróż do Australii.
Na starówkę wtoczyli się na swoich motocyklach w asyście kolegów motocyklistów, przy akompaniamencie warczących silników.
Wydarzenia z tamtego dnia relacjonowaliśmy w Pałukach. Znikając za zakrętem bydgoskich ulic, wyruszyli w nieznane. Owszem, opracowali trasę, załatwili noclegi, wizy wjazdowe, wiedzieli mniej więcej kiedy i gdzie dotrą. Nie wiedzieli jednak, jakie przygody spotkają ich po drodze i - co najważniejsze - czy nie zawiedzie sprzęt.
Balony gminy Szubin trafiły do rąk pakistańskich dzieci fot. arch. podróżników
RESZTKI EUROPY
W drodze na południe Europy odwiedzili jeszcze Brzozów, miasto rodzinne Eryka. Byli tam kilka dni, przygotowując motocykle do międzykontynentalnej podróży. Potem licznik ruszył. Z Polski wjechali na Słowację, by potem skierować się do Rumunii. Urzekła ich Transalpina, czyli trasa przez Karpaty rumuńskie. - Było ciężko, dużo pchania motocykli przez śnieg, przejazdy przez powalone drzewa. Niestety przegraliśmy wojnę z drogą, na 1.900 m n.p.m. musieliśmy zawrócić. Przegraną osłodziły nam zapierające dech w piersiach widoki - pisali w relacji z podróży.
Z Rumunii pojechali na Bałkany. Po dotarciu nad Morze Czarne wsiedli na prom i popłynęli do Gruzji. Na ląd zeszli w Batumi po czterech dniach rejsu. Opuszczając Gruzję, opuszczali Europę. Skierowali się do Turcji. Przed nimi stanął otworem największy kontynent świata, najbardziej zróżnicowany. Czekały na nich długie dni jazdy i niezwykła przygoda życia. Wjechali w obszar bezkresnej Azji, która mimo obaw okazała się kontynentem przyjaznym. - Przepiękna Turcja. Przywitała nas słońcem oraz deszczem. Podróżując razem z Rebeccą Klimko i Jackiem Klimko spędziliśmy wspaniałe dwa dni. Zobaczyliśmy starożytne miasto Ani oraz Ishak Pash Palace - pisali.
W KRAJU CHOMEINIEGO
Zaskoczył ich również Iran. Znamy go albo z książki Kapuścińskiego (Szachinszach) albo z relacji telewizyjnych, które - nie ukrywajmy - są stronnicze. Iran jest państwem wyznaniowym, ale mieszkają tam normalni otwarci ludzie, o czym przekonali się Szymon z Erykiem. Już na granicy zostali ostrzeżeni, by nie ufać nikomu poza policją. Tuż po przekroczeniu irańskiej granicy dopadła ich burza, która zmusiła podróżników do zatrzymania się na postój. Znaleźli restaurację Deniz, jak to określili - gdzieś pośrodku niczego. Tam poprosili o herbatę i nocleg, bo najbliższy hotel mieli 25 kilometrów dalej. Zasmakowali irańskiej gościnności, właściciele poczęstowali ich pożywnym posiłkiem oraz użyczyli dachu nad głową.
Globtroterzy zwiedzili też irańską prowincję i na każdym kroku spotykali się z życzliwością i gościnnością mieszkańców. - W Tabriz, zostaliśmy ugoszczeni przez Reza Alfie i jego całą rodzinę, któremu jesteśmy bardzo wdzięczni za pokazanie nam miasta oraz wspaniały dzień spędzony razem.
Szymon i Eryk dotarli do stolicy Iranu. - Spędziliśmy wspaniałe dni w Teheranie. Poznaliśmy Mahsa, która pokazała nam atrakcję tego miasta. Przez totalny przypadek spotkaliśmy również Akbara i Martę, małżeństwo mieszkające w Teheranie. Kiedy jechaliśmy do naszego hosta za taksówkarzem, niespodziewanie podjechał do nas samochód. Kierowca uchylił szybę i krzyczy - „Where are you from”? - wychylając się w kierunku okna. - Poland - odkrzyknąłem. - Dzień dobry, zatrzymajcie się - krzyknął po polsku. Byliśmy zaskoczeni. Stanęliśmy na poboczu. Z małej „toyoty yaris” wyszedł duży facet z wielkim uśmiechem na twarzy. Miał na imię Akbar. Wytłumaczył nam, że jego żona jest z Polski i ma na imię Marta. Zaprosił nas do siebie. Zgodziliśmy się. Tak oto poznaliśmy wspaniałe małżeństwo. Nie mogliśmy zostać u nich na noc, choć nalegali.
Eryk Krasny w ośrodku Jeevodaya fot. arch. podróżników
NAN, PAKISTAŃSKI CHLEB
W kurzu i upale jechali przez Iran do granicy z Pakistanem. Po jej przekroczeniu okazało się, że Iran i Pakistan to jednak dwa zupełnie inne światy. - Taftan, miasto po pakistańskiej stronie granicy. Czekał tu na nas policjant, który trzymając nas za rączkę prowadził do poszczególnych biur. Tak do końca nie można było tego nazwać biurami, ciężko było nawet stwierdzić, że jest to granica. Budynki porozrzucane na pustkowiu, kręcący się ludzie, którym nie wiadomo, czy można ufać. Lokalni cinkciarze próbują nam wcisnąć walutę po mocno zaniżonym kursie. Twarde negocjacje przynoszą skutek i irańskie riale wymieniamy po dość atrakcyjnym przeliczniku. Przykuwamy uwagę. Tubylcy pytają się, skąd jesteśmy, dokąd jedziemy. Czy im odpowiadać prawdę, pomyślałem? A może zaraz dadzą cynka do swoich kolegów i gdzieś po drodze nas porwą? Takie myśli z tyłu głowy się kołatały. Kiedy dotarliśmy do głównego posterunku policji mieszczącego się praktycznie na granicy, zostało nam oznajmione, że zostaniemy tu na noc. Plac długości oraz szerokości ok. 20 metrów, ogrodzony murem wysokim na dwa metry, z drutem kolczastym wątpliwie umocowanym. W samym jego centrum stało kilka samochodów z czego tylko dwa działały, pozostałe stanowiły dekorację. Z prawej strony więzienie z kilkoma „lokatorami”, którzy nielegalnie przekroczyli granicę pakistańsko-irańską. Po lewej, pomieszczenia użytkowe jak kuchnia, biuro policjantów. W jednym z tych pomieszczeń nasza „sypialnia”, z zieloną wykładziną, flagą lokalnej policji na ścianie oraz biurkiem. O klimatyzacji mogliśmy pomarzyć, ale był wiatrak. Kolacja bardzo prosta, ryż z fasolą oraz kukurydzą. Posiłek zjedliśmy z jednym z policjantów, na podłodze. W pomieszczeniu tym stało coś, co wyglądało jak piecyk na prąd. Mógł się na nim zmieścić tylko jeden garnek. Podłączone do kabli, które owinięte były wokół gwoździ wbitych w ścianę, dalej kolejne przewody znikały gdzieś za drzwiami. Wszystko trzymało się na słowo honoru, ale najważniejsze, że działało. Policjanci byli przemili, próbowali się z nami komunikować, na ile mogli. Mimo że posiłek zjedliśmy wcześniej, przynieśli nam: smażone ziemniaki w sosie pomidorowym, z cebulą oraz chlebem zwanym tu nan. Poza obszar fortu mogliśmy wyjść tylko z policjantem. W okolicy nie było nic ciekawego. Miasto było oddalone maksymalnie o kilka kilometrów. Następnego dnia z rana mieliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Już z policyjną obstawą, mieliśmy do pokonania ponad 700 kilometrów do Quetty.
Szymon Springer i Eryk Krasny przemierzają teraz Australię mając przed sobą m.in. takie oto widoki fot. arch. podróżników
ICH WŁASNY DAKAR
Droga przez Pakistan nie była łatwa. Od wyjazdu z Bydgoszczy minęły niecałe dwa miesiące. 23 maja na portalu społecznościowym zamieścili taki wpis: - Jesteśmy w Sukkur. Dzisiejszy dzień był wyczerpujący, całą drogę, czyli 400 km, jechaliśmy w 45-stopniowym upale. Jesteśmy ekstremalnie zmęczeni. Jutro dalej w drogę do Lahore, zostało już tylko 777 km!
Eryk i Szymon przemierzali dziennie po kilkaset kilometrów. To takie odległości, jak na odcinkach specjalnych w rajdzie Dakar. Do tego, cały czas na najwyższych obrotach silnika, które musiały wytrzymywać ich motocykle. Przypomnijmy, że podróżnicy nie mieli do dyspozycji przysłowiowych perełek współczesnej motoryzacji.
Obaj jadą na yamahach. Szymon dosiada yamahy XTZ 600 tenere z 1991 roku, a Eryk yamahy XT 600.
Kilka miesięcy przed wyjazdem Szymon mówił nam, że im starsze motocykle i im prostsze w konstrukcji, tym lepiej. Gdyby jechali nowoczesnymi maszynami, to w przypadku awarii elektroniki mieliby związane ręce. Prostą konstrukcję można łatwiej naprawić. Oba motocykle nie mogły być za ciężkie. Wraz z ekwipunkiem cała maszyna może ważyć do dwustu kilogramów. W przypadku wywrotki trudno byłoby podnieść motocykl, nawet po odczepieniu bocznych sakw. Postawili na sprawdzone, proste, lekkie maszyny. Nie znaczy to, że nie zdarzały się awarie. Fakt, że dotarli na motocyklach aż do Australii, świadczy o tym, że ich wybór sprzętu był trafny. Trzeba też w tym miejscu dodać, że firmy partnerujące wyprawie dostarczyły niezbędny sprzęt i ekwipunek. Ot, chociażby kombinezony motocyklowe dla obu podróżników.
Mimo pojawiających się trudności, nie brakuje sytuacji humorystycznych. Po drodze do Lahore spotkali pasterzy pasących wielbłądy, krowy i kozy. Eryk Krasny spróbował ujeżdżać wielbłąda. Cała sytuacja wyglądała bardzo zabawnie. Chciał się również zabrać na gapę z kierowcą ciężarówki. Prawdziwą furorę zrobiły balony z logo Szubina, które spodobały się miejscowym dzieciom.
BEZ POLICJI ANI RUSZ
Jednak podróż przez Pakistan to nie była tylko zabawa. Polacy cały czas jechali w eskorcie policji. Pakistan bywa niebezpieczny i wielu cudzoziemców mogło się o tym przekonać. Strachu napędziły motocyklistom ostrzeżenia innych podróżników. Dlatego eskorty policji mają chronić przybyszów z zewnątrz przed niebezpieczeństwami, na przykład porwaniem.
Dobry humor Szymona u podnóża wulkanu Bromo na Jawie fot. arch. podróżników
- Trzech policjantów w samochodzie terenowym ruszyło przed siebie, a my za nimi. Pierwszy przystanek był w najbliższym mieście, musieliśmy się zatankować. Paliwo w tym rejonie kupuje się na litry. Nie ma dystrybutorów, jest ono lane z butelek lub baniek. Naszym pośrednikiem byli policjanci, którzy stali blisko nas i odpędzali ciekawskich. Nie pozwalali im zbytnio się zbliżać, a nas poganiali do odjazdu, bo miejsce niebezpieczne. Wszystkie nasze postoje na tankowanie wyglądały tak samo. Policjanci zorganizowani byli doskonale. Na każdym posterunku, na którym przekazywanie byliśmy innej eskorcie, musieliśmy wpisać się do księgi „gości”. W księdze wpisywaliśmy następujące dane: nazwisko/imię, imię ojca, kraj pochodzenia, numer paszportu oraz wizy, dokąd i skąd zmierzamy. Było to potwierdzeni dotarcia do określonego punktu, w razie gdybyśmy byli porwani, znany byłby ostatni punkt, w którym się meldowaliśmy.Naszym pierwszym przystankiem na noc po drodze do Quetty było Dalbandin. Małe miasteczko, niczym nie zachwycało. Przydzielona nam została ochrona w postaci dwóch policjantów, którzy na dodatek mieli z nami spać w pokoju. Stanowiliśmy niemałą atrakcję dla lokalnych policjantów. Przychodzili do naszego pokoju, gdzie urzędowaliśmy razem z naszą ochroną i siedzieli z nami nawet dwie godziny. Próbowaliśmy w tym czasie rozmawiać na tyle, ile im znajomość języka pomagała.
Po drodze cały czas spotykali życzliwych, otwartych ludzi i ciekawskie dzieci. Wzbudzali sensację i zainteresowanie tubylców. - Pakistan jest niebezpieczny, ale nie do końca tak jak przedstawiają nam media. Pakistańczycy są smutni, że postrzegani są jako terroryści. W gruncie rzeczy jeżdżąc w miejsca, które nie są niebezpieczne, stosując się do rad policji i lokalnej społeczności można tu naprawdę spędzić niezapomniane chwile.
Eskorta policji towarzyszyła im w Beludżystanie, czyli w jednej z pakistańskich prowincji. Podróżnicy jechali nie tylko w niebezpiecznym rejonie świata w eskorcie policji, ale też w niesamowitym skwarze. Ubrani od stóp do głów w stroje motocyklowe i kaski dosłownie roztapiali się. Mimo tego systematycznie brnęli do przodu. Kierowali się do Indii, ale zanim tam dotarli, musieli otrzeć się o dach świata.
HIMALAJE
To miejsce urzekło nie tylko miłośników wspinaczki wysokogórskiej, ale również Szymona Springera i Eryka Krasnego.
Eskorta pakistańskiej policji fot. arch. podróżników
- Kiedy jechaliśmy do Manali, ostatniego dużego miasta przed Leh leżącego już w centrum Himalajów, spotkaliśmy indyjskich motocyklistów. Po krótkiej rozmowie okazało się, że jadą w tę samą stronę. Był to początek wspólnej przygody. W Manali dokonaliśmy ostatnich przygotowań przed dalszą wyprawą. Eryk musiał odwiedzić mechanika, miał problem z gaźnikiem, który tak naprawdę dopiero w Leh, ponad 400 kilometrów dalej, został naprawiony. Wieczorem zintegrowaliśmy się z naszymi indyjskimi przyjaciółmi, mieliśmy spędzić razem dziesięć dni i przeżyć niesamowitą przygodę na jednej z najpiękniejszych tras motocyklowych świata, otwartej tylko przez kilka miesięcy w roku. Już pierwszego dnia porwały nas zdumiewające widoki. Przejście Rohtang, czyli droga wydrążona wśród lodowców, których ściany nierzadko miały cztery metry wysokości. Trasa zamknięta przez większą część roku. Droga wznosiła się na ponad cztery tysiące metrów, a jej krawędź spadała pionowo w dół. Luksusem był asfalt, normalnością kamienie, dziury i droga zalana przez topniejący śnieg. Przeprawa przez wodę zawsze stanowiła pewne ryzyko. Nie wiadomo, jakie było dno. Oprócz wywrotki, która przytrafiła się Erykowi w czasie przekraczania jednej z wodnych przeszkód, obyło się bez dodatkowych ofiar. Droga do Leh zajęła nam trzy dni. W tym czasie przekroczyliśmy drugą najwyżej położoną drogę na świecie, która leżała na wysokości 5.328 m n.p.m. W drodze do Leh spotkaliśmy Bena, Kanadyjczyka, który chciał pokonać tę trasę rowerem. Zatrzymałem się, chwilę porozmawiałem i zaproponowałem, że go pociągnę pod górę. Odmówił. Pięć minut później popsuł mu się rower. Wiem to, ponieważ spotkaliśmy się później na ulicach Leh. Następne dwa dni spędziliśmy razem, relaksując się w tym górskim miasteczku. Byliśmy dopiero w połowie naszej drogi. Naszym następnym przystankiem miało być Sirangar. Krajobraz zmienił się w księżycową pustkę. Nieośnieżone góry, uboga roślinność, a przy tym wszystkim rzeka w kolorze turkusowym płynąca u spodu doliny. Miałem ochotę robić zdjęcia co chwilę. Na drodze do Kargil, które znajdowało się w połowie drogi między Leh a Sirangar, zaczęły się moje problemy z motocyklem. Na początku zerwała się linka sprzęgła, zapasowa była nie do mojego motocykla. Byłem wkurzony na siebie, że tego nie sprawdziłem i na „specjalistę”, który mi to sprzedał. Alex, jeden z Hindusów, jest mechanikiem specjalizującym się w Royal Enfieldach, wymyślił tymczasowe rozwiązanie i tym sposobem dotarliśmy do Kargil, a następnego dnia do Sirangar. Prawdziwe problemu z moim motocyklem przydarzyły się w drodze z Sirangar do Jammu. Pablo, zwariowany Hiszpan, który przyłączył się do naszej trupy dzień wcześniej, wykrakał początek moich problemów. Niewinnie zapytał: „A mieliście już flaka?” - patrząc na nas obu. „Na razie tylko Eryk, ja jeszcze nie” - odparłem. Kilkanaście kilometrów dalej złapało mnie to, co było wykrakane. Dwa gwoździe, taka była diagnoza wulkanizatora. Po godzinie mogliśmy ruszyć dalej w drogę. Po kolejnych kilkunastu kilometrach znowu staliśmy. Koło zblokowało się na tylnym hamulcu. Eryk, Pablo i Imran - jeden z Hindusów, byli oddaleni ponad godzinę jazdy od nas. Nie było sensu, żeby wracali. Za zadanie mieli znaleźć nocleg, co też uczynili. Ja wraz z resztą chłopaków próbowaliśmy znaleźć rozwiązanie. Byliśmy w miejscu, w którym nie mogliśmy znaleźć za dużo pomocy. Ich słowa wsparcia dużo znaczyły dla mnie. Miałem dosyć pecha, byłem wściekły, a oni wywoływali uśmiech na mojej twarzy. Dziękuję Wam bardzo. Po czterech godzinach walki czekało na nas ponad 150 kilometrów krętej drogi, a ciemno zaczęło się robić bardzo szybko. Była to mordęga jechać w nocy, kiedy z naprzeciwka pędzi ciężarówka na długich światłach, nierzadko twoim pasem. Oj, bardzo dużo nerwów kosztowała nas ta podróż. W końcu po szesnastu godzinach, o drugiej nad ranem udało się dotrzeć do celu.
Szymon Springer i Eryk Krasny na dachu świata fot. arch. podróżników
JEEVODAYA
Niezależnie od trudności i problemów ze sprzętem obaj podróżnicy będą ten etap pamiętać najbardziej. Jednak wyprawa Eryka i Szymona to nie tylko jazda i przygoda. Jej pełna nazwa brzmi: Motocyklem do Australii sobą dla świata. Celem wyprawy była Australia, ale chcieli również nieść pomoc potrzebującym w Ośrodku Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w Indiach. Ośrodek Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w Indii założył w 1969 roku polski Pallotyn, kapłan i lekarz - Adam Wiśniewski, przy współudziale s. Barbary Birczyńskiej. W 1989 r., dwa lata po śmierci ks. Adama, do Ośrodka przybyła dr Helena Pyz - lekarka z Warszawy. To z nią Szymon Springer nawiązał kontakt jeszcze w Polsce. Ona sama i załoga ośrodka zgodzili się na ich przyjazd. Obaj motocykliści spotkali się z nią w Polsce. Jednak nie w Indiach, ponieważ Helena Pyz po pobycie w Polsce i spotkaniu w Watykanie z papieżem Franciszkiem nie może wrócić do Indii ze względu na brak wizy. Ośrodek znajduje się w Abhanpur niedaleko Raipuru. Przebywają w nim osoby trędowate i te, które zostały wyleczone, ale postanowiły pomagać w ośrodku chorym.
- Dzień w Ośrodku zaczyna się dość wcześnie, bo ok. godziny 5 rano. O 6:30 jest msza św., następnie śniadanie, chwila na sprzątanie i o 9 rano wszystkie dzieciaki wędrują do szkoły. Zostają tam, aż do 15:00, z jedną godzinną przerwą na posiłek. Po południu mają czas wolny, który spędzają na grze i zabawie. Pod wieczór jest kolacja poprzedzona modlitwą. Później zostaje już tylko odrobić lekcje i pójść spać. Jeevodaya jest praktycznie samowystarczalna. Mają swój własny ogród, w którym uprawiają: banany, mango, limonki, owoc chlebowca (największy owoc na świecie), pomelo i inne. Oprócz owoców hodują również krowy oraz świnie. Wszystko chodzi tu jak w zegarku. Każdy ma swoje obowiązki, z których wywiązuje się należycie. Podczas tych kilku dni, które tu spędziliśmy, staraliśmy się być jak najmniej uciążliwi i jak najbardziej pomocni. Było dla nas wielką przyjemnością móc rozdawać jedzenie dzieciom. Stanowiliśmy dla nich niemałą atrakcję. Chętnie do nas przychodził, rozmawiały i obdarowywały uśmiechem. Wiele z nich pochodzi ze slumsów, ma dość burzliwą lub nieciekawą przeszłość. Zawsze uśmiechnięte, witały słowami: „Witaj bracie” - oczywiście nie po polsku - relacjonują podróżnicy.
Motocykle Szymona i Eryka na jednej z indonezyjskich dróg fot. arch. podróżników
RAJ NA ZIEMI
Zanim dotarli do Azji południowo-wschodniej, musieli wyjechać z Indii. Było to o tyle trudne, że tam każdy kierowca jeździ sobie jak chce, a zasady ruchu są tylko na papierze. Po drodze nie uniknęli niebezpiecznych sytuacji i kolizji z pojazdami kierowanymi wbrew wszelkim zasadom ruchu drogowego.
Po wyjeździe z Indii dopadły ich inne problemy. Wydali komunikat, w którym poinformowali, że ze względu na opóźnienia, które ich spotkały (związane m.in. z załatwianiem formalności) oraz przekroczenie budżetu - zrezygnowali z podróży do Laosu i Kambodży. Udali się bezpośrednio do Malezji, a potem dalej, do Indonezji, Wschodniego Timoru, by zakończyć swoje podróżowanie w Australii. Trudy pokonywania dróg zrekompensowały przeżycia i wrażenia z Indonezji.
- Indonezja była jednym z krajów na drodze, którego nie mogłem się doczekać. Już teraz wiem, że jest to mój ulubiony kraj południowo-wschodniej Azji. Początkowo, ale to w minimalny sposób, przypominał mi Indie, zwłaszcza ruch. Nie jest on jednak tak dziki, jak w kraju świętych krów, szybko można się do niego przyzwyczaić. Wspaniała przyroda, taka jaką sobie wyobrażałem w tej części świata. Pola ryżowe przy samych rzekach bądź nad brzegiem morza otoczone palmami, a w oddali pasący się bawół. Rolnicy, którzy w swoich tradycyjnych trójkątnych kapeluszach w pozycji pochyłej, brodzą po łydki w wodzie sadząc ryż lub przygotowując pole pod kolejną uprawę. Na pewno nie jest to lekka praca, zwłaszcza wtedy, kiedy z nieba leje się żar. Rolnicy, którzy swoje pola posiadają w górach, mają o niebo lepiej. Klimat jest chłodniejszy, mniej męczący. Pionowe ściany spadające prosto w dół, na ich szczytach widać bujną roślinność. Tropikalne drzewa, paprocie i mnóstwo innej fauny. Czasami dobrze obserwując można wypatrzyć małpy skaczące między drzewami. Ta gęstwina po części przeraża, a z drugiej strony fascynuje. Plątanina roślin, która skrzętnie uniemożliwia dostanie się do serca puszczy. Jedyna broń to maczeta, która może utorować drogę. Aż serce się kraje, kiedy słyszy się o nielegalnych wyrębach lasów.
Realizacją tytułu wyprawy Motocyklem do Australii sobą dla świata była pomoc zwykłym ludziom spotkanym na trasie. W drodze do Parku Narodowego Mu Ko Chumphon dotarli do małej wioski rybackiej o nazwie Bo Kha. Musieli znaleźć tam nocleg, ponieważ do celu było jeszcze daleko. Pobyt w wiosce relacjonował Eryk Krasny. - Miejsce wydawało się urocze, mała wioska rybacka, jedna ulica, trzy sklepy, restauracja i zakład pogrzebowy, poza tym przystanie, gdzie zacumowane były kutry rybackie. Całe życie wioski toczyło się wokół połowu ryb i owoców morza. Jeden z rybaków, właściciel małej przystani, w której zacumowane były 4 małe kutry, zaproponował nam nocleg na jego pomoście, pokazał nam, że jest tu toaleta i dach nad głową, nie było nam nic więcej do szczęścia potrzebne, więc szybko przystaliśmy na propozycję darmowego noclegu, na dodatek w fantastycznym miejscu. Po wypakowaniu się i przebraniu, zaproponowano wspólne łowienie krewetek wraz z właścicielem i jego żoną. Wielce szczęśliwi, przystaliśmy na ich propozycję. Po dość udanych połowach, o czym świadczyła mina szefa, czyli złowieniu 3,5 kg krewetek, kilku tuńczyków, kraba i innych ryb, przyszła pora na ucztę. Stół zastawiono przepyszną zupą z owoców morza, smażonych ryb oraz wspaniałych krewetek. Jedzenie było przepyszne, a cena za takie jedzenie nawet w niedrogiej restauracji, przerosłaby nasze możliwości finansowe, a tu wszystkiego było tyle, że nie byliśmy w stanie zjeść, choć byliśmy bardzo głodni po całym dniu jazdy. W wiosce mieliśmy zostać jeden dzień, a ciężko było nam opuszczać to miejsce, po trzech dniach spędzonych razem. Po takim czasie znaliśmy już prawie każdego mieszkańca. Szymon grał w piłkę nożną z lokalnymi chłopakami, pomagał gospodarzowi w budowie doku do naprawy kutrów rybackich, ja pomagałem w połowie krewetek i nawet w podwodnym polowaniu z kuszą na duże ryby, byliśmy nawet na stypie, choć trochę przypadkowo, lecz najedliśmy się kolejny raz za darmo, a wszyscy w koło życzliwie uśmiechali się do nas. Ludzie mieszkający tam wydają się jakby pozbawieni byli jakichkolwiek problemów, bez patrzenia na czas i całego tego ciśnienia, jakie towarzyszy nam, Europejczykom. Nie wiem, czy zdjęcia są w stanie odzwierciedlić choć trochę to, co przeżyliśmy przez 3 dni, lecz moim zdaniem, były to najpiękniejsze trzy dni w moim życiu, i mam nadzieję, że Szymon podziela moje zdanie.
ZOSTAŁA TYLKO AUSTRALIA
Jednym z ostatnich miejsc, jakie zwiedzili, była wyspa Jawa. Postanowili zobaczyć wulkan Bromo, znajdujący się na tej indonezyjskiej wyspie. Zrobił na nich wrażenie księżycowy krajobraz. Mieli sporo frajdy z jazdy motocyklami po wulkanicznym popiele. W sumie na indonezyjskich wyspach spędzili miesiąc. Potem spakowali motocykle i udali się do Australii. Dotarli tam wcześniej niż obie yamahy. Zanim wyruszyli w dalszą drogę, czekali w australijskim Darwin na motocykle. Później się rozdzielili. Eryk zwiedzał Australię własną drogą, a Szymon własną. Ostatni etap ich wyprawy opiszemy, jak wrócą, a wracają w styczniu.
Przed wyjazdem do Australii postanowili spojrzeć wstecz i podsumować to, co dotychczas: - Kiedy słyszałem pytanie: „Po co to robicie, nie boicie się, nie żal wam pieniędzy?” Odpowiedzi na te pytania są następujące: Robimy to, ponieważ tego pragnęliśmy z całego serca. Było to nasze wielkie marzenie, a one są przecież po to, aby je spełniać. Robimy to, bo dzięki temu jesteśmy szczęśliwi, sprawia nam to wielką radość. Nie da się niczym zastąpić poczucia spełnienia. Kiedy wstaje się każdego dnia z uśmiechem na twarzy i myślą, że to co robię ma sens, że warto było poświęcić wiele rzeczy, odmówić sobie przyjemności na rzecz spełnienia marzenia. Warto robić to, co się kocha, to o czym się marzy, bo to sprawia, że jesteśmy szczęśliwi, a dzięki temu stajemy się lepszymi ludźmi. Nie nazwałbym tego strachem, lecz ekscytacją. Podnieceniem przed tym, na co tak długo się czekało, a które zaraz nastąpi. Strach czasami nas dopadał, jak np. krótko przed wjazdem do Pakistanu, kiedy to nowo napotkani podróżnicy raczyli nas różnymi nieprzyjemnymi opowieściami. Ten strach jednak mija, nie można się na nim skupiać, bo wtedy zacznie nas jeszcze bardziej ogarniać. Ekscytacja jednak nigdy nie znika. Każdy wjazd do innego kraju, innego miasta, podniecał. Na to, co się pragnie, nigdy nie żal pieniędzy. Rzeczy materialne przychodzą i odchodzą, zawsze można je jakoś nabyć. Przeżycia są bezcenne, żadne pieniądze świata nam ich nie dadzą. Wspomnienia, które zostaną wyryte w pamięci, będą z nami przez całe życie, a nowo kupiony samochód może kilka lat.
Cytaty pochodzą z wpisów podróżników na ich facebookowym fanpage`u i na stronie internetowej Zahoryzont.net. Materiał, jaki został wykorzystany w artykule, jest zamieszczony za zgodą i przy aprobacie Szymona i Eryka.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1193 (52/2014)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze