Reklama

Miarka poniżania się przebrała

Zakład Robót Publicznych w Żninie
     Miarka poniżania się przebrała
     - Kawę sobie spija z paniami w parku w publicznym szalecie, a jak ktoś z nas chciał się załatwić, to kazał nam robić pod drzewem - pracownicy Zakładu Robót Publicznych w Żninie mają już dość złego traktowania ich przez brygadzistę Jana Zielińskiego. - Ci, którzy pracują, to ich dobrze traktuję, a ci co nie chcą pracować, to jak mają być traktowani? - zastanawia się Jan Zieliński.

Anna Gorgoń twierdzi, że jest źle traktowana przez Jana Zielińskiego fot. Arkadiusz Majszak

   - Gorzej jak pies jest człowiek w tym zakładzie traktowany. Ciekawe, kto się tym zainteresował? - pyta Anna Gorgoń ze Żnina, która pracuje w Zakładzie Robót Publicznych.
   BRUDNE KOSIARKI
   W ostatni poniedziałek Jan Zieliński, brygadzista w zakładzie, wydał jej polecenie, by umyła kosiarki do trawy. Stały w magazynie brudne od września. Na zewnątrz temperatura ledwie powyżej zera. Zmarznięta kobieta ze ścierką, rękawiczkami i wiaderkiem z zimną wodą stoi przy kosiarkach. Brygadzista powiedział, że wszystko ma być pomyte.
   - Z kranu leci zimna woda. Nie mamy tu ciepłej wody. Na dworze zimno, a ja mam to myć w zimnej wodzie. Jestem przeziębiona, ale boję się iść do lekarza, bo mi brakuje pół roku do emerytury - żali się kobieta. Anna Gorgoń podkreśla, że gdyby nie brakowało jej do emerytury, to za żadne skarby nie pozwoliłaby się tak poniżać. Kiedyś przez 22 lata i pół roku pracowała w żnińskiej drukarni. Miło wspomina tamten czas. Była traktowana po ludzku.

Jan Zieliński wsiadł do auta i odjechał. Po kilku minutach wrócił, by przekonać nas, że z rur leci ciepła woda. Zapewnia, że nie podłączył w tym czasie bojlera. fot. Arkadiusz Majszak

   NIE BYŁO MROZU
   Podczas naszej rozmowy jeden z pracowników zaczyna rozmawiać przez telefon. Dialogu nie słyszymy. Po kilku minutach zjawia się Jan Zieliński. Pyta Annę Gorgoń, co się stało. Wsiada w samochód i wyjeżdża. Po chwili wraca. Woła nas do pomieszczenia zakładu i otwiera kurek z ciepłą wodą. Każe sprawdzić, czy leci ciepła woda. Istotnie, leci. W rozmowie z Pałukami podkreśla, że Anna Gorgoń dostała gumowe rękawiczki, by pomyć kosiarki. Zwraca uwagę, że nie ma trzaskającego mrozu, by takich czynności nie można było wykonywać na zewnątrz. I dodaje, że ciepła woda jest już od miesiąca. Dziwi się, że Anna Gorgoń o tym nie wiedziała.
   - Bojler jest włączony, więc ciepła woda jest - zapewnia Jan Zieliński.
   We wtorek Anna Gorgoń opowiadała nam, że brygadzista chciał wystrychnąć ją na dudka, ponieważ podłączył bojler i przekonywał, że ciepła woda leci. - Wcześniej ciepła woda tam nie leciała. Chciał ze mnie zrobić głupią gęś. Jak rozmawialiśmy, to pojechał i szybko włączył bojler - wyjaśnia kobieta.
   Gdy Anna Gorgoń pojawiła się przedwczoraj w pracy, brygadzista nie miał dla niej żadnego zajęcia. - Powiedział do mnie: „Pani wie za co”. W tej sytuacji jestem zmuszona pójść do lekarza. Ma do mnie żal, bo myśli, że wezwałam „Pałuki”, a przecież pan wie, że to nie ja pana wzywałam - mówi nasza rozmówczyni.
   BEZ POSZANOWANIA
   Anna Gorgoń zgłosiła sprawę wiceburmistrz Aleksandrze Nowakowskiej. Opowiada, że usłyszała od niej zapewnienie, że w związku z tym, że brygadzista się nad nią znęca, dostanie inną pracę. W ramach robót publicznych jest zatrudniona od 4 października. Przedłużono jej umowę do 4 lutego. Wówczas do emerytury będzie jej brakować 4 miesięcy. Ma nadzieję, że popracuje jeszcze do maja - aż nabędzie prawo do emerytury. Nie chciałaby jednak, by dalej jej przełożonym był Jan Zieliński.
- Wczoraj [14 grudnia - am] po naszej rozmowie kosiarki kazał pomyć mężczyznom - wspomina Anna Gorgoń. Żali się, jak bardzo źle są traktowani pracownicy zatrudnieni w ramach robót publicznych. Jej zdaniem Jan Zieliński znęca się nad ludźmi psychicznie.
   W jaki sposób? - Prosto w twarz ludziom się śmieje. Wyzywa ludzi. Kiedy pracowałam raz przy sprzątaniu ulicy, poszłam do pobliskiego sklepu się załatwić. On podjechał samochodem i odesłał mnie do parku do sprzątania liści. Każdy się go boi, bo pracy nie chce stracić. On ma ludzi za śmieci. To jest człowiek nie z tej planety. Ja mam prawie 60 lat, więc jakieś poszanowanie człowiekowi w tym wieku chyba się należy - uważa Anna Gorgoń.
   SZALET NA KÓŁKACH
   Inni pracownicy robót publicznych, proszący o zachowanie anonimowości, przyznają, że dotychczas myli się w zimnej wodzie. Dopiero po wizycie reportera Pałuk jest ciepła woda. Żal im Anny Gorgoń, ponieważ niektórzy pracownicy stroili sobie z niej żarty, że nie wie, iż z kranu leci ciepła woda. - Tę wodę włączył dopiero, jak pan z nią rozmawiał. Chciał ją zrobić głupią - mówi jedna z pracownic.
   Inni dodają, że brygadzista wulgarnie i arogancko wobec nich się zachowuje. Narzekają również na warunki pracy. - Nie dość, że nie mieliśmy ciepłej wody, to w pomieszczeniu, w którym się przebieramy, nie było ogrzewania. Czajnik do podgrzania wody na herbatę musimy pożyczać. Wokół tego zakładu jest syf. Tam są myszy i szczury. Brygadzista kawę sobie spija z paniami w parku w publicznym szalecie, a jak ktoś z nas chciał się załatwić, to kazał nam robić pod drzewem.    Zwracał się tak zarówno wobec kobiet i mężczyzn. Nie ma gdzie zjeść śniadania i napić się herbaty, a jest mróz. Jemy na ulicy. Jak ktoś na chwilę wejdzie do sklepu, by się załatwić, to robi wielki hałas. To jest człowiek znieczulony. Niektóre kobiety płaczą - opowiadają pracownicy.
Zatrudnieni w ramach robót publicznych mieli nawet pomysł, by kupić sobie przenośną toaletę, wrzucić ją na taczkę i wozić ze sobą, by móc w każdej chwili załatwić potrzebę. Dodają, że miarka złego traktowania się przebrała i o sprawie opowiedzieli burmistrzowi. Wierzą, że zmienią się warunki pracy oraz stosunek brygadzisty wobec nich.
   PO PLECACH
   Były pracownik Zakładu Robót Publicznych z utęsknieniem wspomina poprzednich kierowników. Przyznaje, że była inna atmosfera. Wspaniale się wówczas pracowało. Od czasu, gdy przyszedł Jan Zieliński, żył w strachu.
   - To jego traktowanie ludzi zniechęcało do pracy. Dołowało człowieka. To był mobbing. Zachowywał się w arogancki sposób - wspomina nasz rozmówca. Opowiada, że kiedy ludzie sprzątali i kosili trawę przy Szkole Podstawowej nr 3, tak głośno nakrzyczał na pracowników, że niektórzy ludzie wyszli ze szkoły. - Ja już nie będę powtarzał, co on wtedy krzyczał, ale ludzie wybiegli po prostu ze szkoły - mówi mężczyzna.
   Według naszego rozmówcy, Jan Zieliński urządził sobie obóz pracy. On sam nazywa go esesmanem. Dziwi się, że tyle lat jest brygadzistą, choć wcześniej zgłaszał burmistrzowi sposób, w jaki Jan Zieliński traktuje pracowników. Zgłaszali to również inni pracownicy. I co na to burmistrz?
   - Opowiedziałem burmistrzowi, jak zachowuje się pan Zieliński, a burmistrz stwierdził, że były wcześniej dwie kobiety i obiecał, że pójdzie na bazę sprawę wyjaśnić. Czekaliśmy, ale się nie pojawił - opowiada mężczyzna. Wspomina też inne zdarzenia: - Krzyczał do nas „wy s..ny”. Jeden nie wytrzymał i myślałem, że się pobiją, bo zaczęli do siebie doskakiwać. Ludzie nieraz bali się jeść śniadania. A jak już jedli, to 15-20 minut i szli do pracy, bo się bali, a przysługiwało pół godziny. Jak nosiliśmy ciężkie przedmioty, to nawet nie można było się wyprostować, bo przyszedł Zieliński i mówił, że się nie pracuje. Latem w czasie upałów, jak ktoś się napił wody, to już krzyczał „o pić się zachciało”. Walił po plecach i to tak, że płuca by odbił. Wyzywał od pajaców. Jednej kobiecie powiedział, że wygląda jakby brała prochy. Słyszało to akurat jej dziecko i się pytało: - „Mamo, a co to są prochy”. I co ona miała odpowiedzieć? Kiedy był na urlopie, pracę przydzielała nam pani z Urzędu, a mimo to jeździł służbowym samochodem i kazał nam robić co innego niż kazała nam ta pani. Kobiety już kiedyś chciały zgłosić problem telewizji, a jak telewizja podjechała i pytała o pożar dachu, to żadna nie odważyła się zainteresować ekipy sprawą Zakładu Robót Publicznych. Ta telewizja to było zrządzenie losu, szkoda, że niewykorzystane.
   Nasz rozmówca podkreśla, że podczas prawie 30 lat pracy nigdy wcześniej nie spotkał się z tak lekceważącym traktowaniem przez przełożonego.
   NIECH PAN NIE PISZE
   Jan Zieliński podkreśla, że to nieprawda, iż w zakładzie nie ma ciepłej wody. Jest bojler elektryczny. Dodaje, iż trzeba trochę odczekać aż zimna woda zejdzie z rur, by zaczęła lecieć ciepła. Przyznaje, że podczas naszej rozmowy z Anną Gorgoń wsiadł do samochodu i odjechał. Po kilku minutach wrócił, gdyż przypomniało mu się, że zwróciliśmy mu uwagę, że kobieta myje kosiarki w zimnej wodzie. - Ja nie wiedziałem, że ona nie umie sobie wody puścić - wyjaśnia.
Zapewnia, że nie zemścił się na Annie Gorgoń nie dając jej przedwczoraj pracy. Jego zdaniem, kobieta uprzedziła go, że idzie do lekarza i prosiła, by żadnej pracy jej nie dawał. Zaprzecza, by zwracał pracownikom uwagę, kiedy korzystają z ubikacji w sklepach. - Nie jeżdżę za nimi i nie sprawdzam, czy sikają. Nigdy nie kazałem też załatwiać im się pod drzewem - podkreśla Jan Zieliński.
   Brygadzista uważa, że narzekają tylko te osoby, które nie pracowały od 10-20 lat, natomiast teraz muszą pracować. Twierdzi, że Anna Gorgoń musi jakąś pracę wykonywać, bo byłoby to nie w porządku wobec najbardziej ambitnych i pracowitych osób. - Mogliby mieć pretensje, że muszą ciężej pracować, a dostają taką samą pensję. A jest wielu takich, którzy chcą pracować - dodaje.
Jan Zieliński uważa, że Anna Gorgoń ma do niego żal, że rozdzielił ją w zakładzie z koleżankami, które najmniej pracowały. Zwraca uwagę, że w ciągu 8 godzin miała umyć 4 kosiarki. Nie była to jego zdaniem ciężka praca. To dla Jana Zielińskiego żaden wysiłek, jak na cały dzień roboczy. Uważa, że osoby, które zgłosiły sprawę burmistrzowi, nie należą do przodowników pracy. - Kto chce pracować, to pracuje, a kto nie chce pracować, to robi zamieszanie. Ci, którzy pracują, to ich dobrze traktuję, a ci co nie chcą pracować, to jak mają być traktowani? - zastanawia się Jan Zieliński.
   Brygadzista przekonywał, że najlepiej by było o sprawie nie pisać.
   BĘDZIE ROZMOWA
   Burmistrz Leszek Jakubowski przyznaje, że fakt, iż ktoś jest zatrudniony w ramach robót publicznych nie upoważnia nikogo, by go źle traktować. Zwraca również uwagę, że w ramach robót publicznych zatrudnieni są różni ludzie. Niektórzy - zdaniem burmistrza - robią wszystko, by pracy unikać. Leszek Jakubowski zapewnił, że przeprowadzi z Janem Zielińskim rozmowę. Dodał, że warunki pracowników zatrudnionych w ramach robót publicznych, poprawią się. Pomieszczenie, w którym spożywają posiłki, będzie ogrzewane.

Reklama

Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 931 (50/2009)

 

 

Komentarz

   Z szacunkiem, nie dla udręki
   Sygnały o złym traktowaniu pracowników przez Jana Zielińskiego docierały do nas wcześniej. Otrzymywaliśmy anonimy i telefony. Jednak otwarcie nikt nie chciał o sprawie nic powiedzieć. Wszyscy bali się, że stracą pracę. Anna Gorgoń odważyła się opowiedzieć o problemach jako pierwsza. Dołączyli do niej inni pracownicy. Miarka poniżania się przebrała.
   Pracownikom zatrudnionym w ramach robót publicznych na pewno się nie przelewa. Można o nich powiedzieć, że los nie był dla nich łaskawy. Dlatego nie wstydzą się założyć pomarańczowej kamizelki i wykonują niewdzięczne prace w myśl maksymy, że żadna praca nie hańbi. W wielu przypadkach to osoby zmuszone do podjęcia pracy: matki wychowujące dzieci, młode osoby, dla których nie ma innego zajęcia lub też kobiety takie jak Anna Gorgoń, które chcą sobie wypracować prawo do emerytury. Podziwiam te osoby, że sprzątają ulice, kładą trylinkę, łatają dziury w drogach, koszą trawę, grabią liście, zbierają śmieci. Pomyślmy jak brzydko wyglądałby Żnin, gdyby nie ich praca. Dlatego warto o nich pomyśleć, zanim rzuci się papier na ulicę. To, że ludzie ci wykonują taką, a nie inną pracę nikogo nie uprawnia do tego, by traktować ich jak obywateli drugiej kategorii.
A z tego, co opowiadają, wynika, że ich brygadziście zabrakło zasad zarządzania zespołami ludzkimi. Dręczenie psychiczne nie powinno być podstawą stosunków międzyludzkich w zakładzie pracy. Nie wiem, czy Jan Zieliński byłby zadowolony, gdyby burmistrz walnął go porządnie w plecy czy też naubliżał na chodniku przy przechodniach? Czy byłby zadowolony, gdyby nie mógł spokojnie w przyzwoitych warunkach zjeść śniadania lub musiał się martwić, gdzie skorzystać z toalety? Pewnie nie. A pracownicy zatrudnieni w ramach robót publicznych mają być z tego zadowoleni i takie zachowania tolerować?
   Nie. Uważam, że upokorzenia znosili i tak bardzo długo. Niektórzy od czasu do czasu skarżyli się burmistrzowi. Bo do kogo mieli pójść? Jak widać, te skargi na nic się zdały. Mało tego, Jan Zieliński wiedział, kto był u burmistrza na skardze, co później skwapliwie wykorzystywał, by odegrać się na pracowniku, który kabluje na przełożonego. Nie sposób nie zgodzić się z burmistrzem, że niektóre osoby zatrudniane do robót publicznych są niesforne. Na pewno tak. Ale to nie powód, by im wymyślać i je poniżać. Myślę, że znanych jest wiele metod, które przynoszą znacznie lepszy skutek niż psychiczna udręka. Bo ta zniechęca do pracy. I tu, moim zdaniem burmistrz nie stanął na wysokości zadania, by w porę zapobiec udręce psychicznej wielu osób, przez co Jan Zieliński poczuł się pewny siebie i trochę zaczął traktować zakład jak prywatny folwark. W każdym zakładzie powinny panować normalne stosunki międzyludzkie. Mam nadzieję, że tym razem burmistrz nie odłoży sprawy ad acta.

Reklama

Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 931 (50/2009)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości