Artur Derech mówi, że przez kontuzję nogi teraz w ogóle nie znajdzie pracy fot. Arkadiusz Majszak
Nie potrzebował umowy, ale teraz oddaje sprawę do sądu
Pomoc sąsiedzka na czarno
Artur Derech pracował na czarno w firmie sąsiada. Ten twierdzi, że była to tylko pomoc sąsiedzka, dzięki której Artur Derech miał zarobić parę groszy, bo miał kłopoty ze znalezieniem stałej pracy ze względu na chore kolano. Zresztą z tego powodu i tak notował notoryczne absencje.
21 lipca ubiegłego roku Artur Derech ze Żnina zaczął pracę w firmie budowlanej, która ocieplała i odnawiała jeden z bloków w Żninie. Pracował na wysokościach, m.in. na czwartym piętrze. Bez badań wysokościowych i szkoleń bhp. Bez umowy o pracę. Gdy zdecydował się na tę robotę, był po wypadku - skręcił prawy staw kolanowy, uszkodził więzadło krzyżowe i łąkotkę.
Twierdzi, że w sierpniu pracodawca poprosił go o dokumenty i obiecał, że będzie odprowadzał za niego wszystkie składki. Ale nie zażądał od pracodawcy umowy o pracę i nie składał podpisu na żadnych dokumentach.- Pracowaliśmy od 700 do 1600, a czasem jak trzeba było ustawić rusztowanie, to i do 1900 - opowiada Artur Derech.
W listopadzie Artur Derech dowiedział się, że został wykreślony z ewidencji osób bezrobotnych w Powiatowym Urzędzie Pracy, bo nie chodził co miesiąc składać podpisu zaświadczającego, że jest bezrobotny.- Byłem przekonany, że pracodawca mnie zarejestrował. Wszystkie dokumenty, PESEL, NIP żona dostarczała pracodawcy, bo o to prosił. Do tej rejestracji nigdy nie doszło. Okazało się, że to była praca na czarno. Chciałem tę sprawę wyjaśnić. Kontaktowałem się z bratem pracodawcy, ale mnie zbywali - opowiada Artur Derech.
W firmie budowlanej pracował jeszcze po tym, kiedy dowiedział się, że pracodawca nie odprowadza za niego składek, ponieważ zbliżały się święta, a gdyby odszedł nagle w listopadzie, nie otrzymałby żadnego wynagrodzenia. Poza tym w listopadzie wynajął z żoną mieszkanie, więc pieniędzy potrzebował. Twierdzi, że sytuacja zmusiła go do tego, by dalej pracować na czarno w firmie budowlanej.
- Firma zatrudniała 10 osób łącznie ze mną. Ja tam nie byłem jedyną osobą, która pracowała na czarno, tylko cztery osoby miały tam umowę. Zarabiałem 8 zł za godzinę. Moje największe wynagrodzenie wynosiło około 1.300 zł miesięcznie. Wypłaty nie podpisywałem. On nam je przywoził w kopertach. Nikt specjalnie o te umowy też się nie dopominał, bo pracodawca mówił wtedy, że na twoje miejsce jest kilku innych chętnych. I przez to nikt się nie odzywał - wyjaśnia nasz rozmówca.
WCZEŚNIEJ NIE POTRZEBOWAŁ UMOWY
Wcześniej Artur Derech pracował w innych firmach budowlanych, w piekarni, w firmie związanej z montażem rurociągów. Zatrudniany był zazwyczaj na umowę-zlecenie, w piekarni pracował na czarno.
- Tam również niczego nie podpisywałem, ale pracodawcy zgłaszali mnie w Urzędzie Pracy, że podjąłem pracę. U ostatniego pracodawcy nie domagałem się umowy o pracę, bo nie była mi do niczego potrzebna. Chciałem tylko, żeby zgłosił fakt mojej pracy w urzędzie. Obiecał, więc byłem pewien, że mnie zarejestrował - mówi Artur Derech.
TERAZ ŻAL CHOROBOWEGO
Przy odnowie elewacji bloku Artur Derech pracował do 22 grudnia 2009 roku, mając cały czas kłopoty z nogą. 10 stycznia tego roku znalazł się na oddziale urazowo-ortopedycznym Pałuckiego Centrum Zdrowia z uszkodzeniem całkowitym więzadła kolana i niestabilnością stawu kolanowego. Na oddziale przebywał do 18 stycznia. Lekarze wykonali artroskopową rekonstrukcję kolana. Kończynę unieruchomiono w stabilizatorze stawu kolanowego. Kolano musi być w nim unieruchomione przez 8 tygodni. - Dopóki noga nie dojdzie do siebie. A później to mnie czeka jeszcze 6 miesięcy rehabilitacji. Nawet gdybym chciał pracę, to nikt mnie teraz w tym stanie nie zatrudni. Gdybym został uczciwie zatrudniony, to chociaż chorobowe bym teraz miał - żali się nasz rozmówca.
W sytuacji, kiedy Artur Derech nie jest w pełni sprawny i nie może pracować, o pracę zaczęła starać się jego żona. Opowiadają, że była w różnych instytucjach i zakładach, ale pracy nie dostała.Małżonkowie ubolewają, że obecnie nie mają żadnego dochodu. Zostali bez grosza. Za mieszkanie miesięcznie muszą płacić 700 zł (w kwocie tej są wliczone opłaty za wodę, prąd, gaz i pozostałe media). Dopóki Artur miał pracę, to jakoś sobie radzili. Przyznają, że dostali pomoc z Opieki. Ledwie starczyło na leki Artura.- Jak długo można liczyć na pomoc rodziców? - zastanawia się Artur Derech.
NIE DOGADALI SIĘ
Pracodawca wyjaśnia, iż wziął do pracy Artura Derecha z litości, bo wiedział, że ma chorą nogę i jest bez dochodów. Podkreśla, że kiedy zaczynał u niego pracę, to miał już problemy z nogą. Zaprzecza, by kiedykolwiek obiecywał mu pracę na stałe, podkreśla, że pracował jedynie dorywczo.
4 lutego Artur Derech zwrócił się do swego pracodawcy z pismem o rekompensatę. - Napisałem do niego prosząc, byśmy się dogadali, unikając rozprawy sądowej. Jednak się nie dogadaliśmy, dlatego złożyłem sprawę do Sądu Pracy - mówi Artur Derech.
- Napisał do mnie pismo, bo przez zastraszenie chciał ode mnie pieniądze wyciągnąć - mówi właściciel firmy. Adwokat przedsiębiorcy odpowiedział na pismo Artura Derecha. Poinformował, że pracodawca odmawia zapłaty rekompensaty, gdyż była to praca dorywcza, na podstawie kilku umów cywilnoprawnych, bardzo nieregularna i jedynie przez okres trzech miesięcy od września do grudnia 2009 r. Podkreśla, iż pracownik otrzymywał wynagrodzenie. Zaprzecza również, by pracodawca kiedykolwiek obiecał zawrzeć z Arturem Derechem umowę o pracę ze względu na stan zdrowia (woda w kolanie) i związane z tym notoryczne absencje trwające nieraz do tygodnia. Dodaje, iż głównym motywem zlecenia Arturowi Derechowi niewielkich robót budowlanych była chęć pomocy sąsiadowi, który ma kłopoty ze stałym zatrudnieniem ze względu na stan zdrowia.
SPRAWA W SĄDZIE
Po nieudanym polubownym załatwieniu sprawy Artur Derech przeciwko pracodawcy złożył pozew do Sądu Pracy w Bydgoszczy.Wyjaśnia, że ma świadków, którzy potwierdzą, iż pracował w firmie budowlanej. Domaga się ustalenia, że łączył go z pracodawcą stosunek pracy, zobowiązania pracodawcy do wydania świadectwa pracy za przepracowany okres oraz zasądzenia wszystkich należnych roszczeń wynikających z kodeksu pracy.
KOSZTY POMOCY SĄSIADOWI
Beata Gołębiewska, zastępca okręgowego inspektora pracy do spraw prawnoorganizacyjnych, powiedziała nam, że Artur Derech powinien w swoim czasie domagać się od pracodawcy umowy. Jeśli ten nie chciałby takowej z nim podpisać, powinien powiadomić inspekcję pracy, że pracuje na czarno. Beata Gołębiewska podkreśla, że winą pracownika jest fakt, iż nie domagał się umowy od pracodawcy. Zaprzeczyła również, by istniał taki termin jak praca dorywcza. Jej zdaniem, jest to nic innego jak praca na czarno - bez zgłoszenia zatrudnienia do ubezpieczenia społecznego. Podkreśliła, że to pracodawca, a nie pracownik, zgłasza do ubezpieczenia społecznego, zarówno jeśli jest to zatrudnienie na umowę o pracę, jak i w przypadku umowy-zlecenia.
Sąd będzie ustalał, czy Artur Derech pracował, a jeśli tak, to czy charakter jego pracy nosił cechy stosunku pracy czy umowy cywilno-prawnej. Jeśli sąd ustali, że stosunek pracy miał miejsce, wówczas pracodawca będzie musiał uregulować wszystkie zaległe składki.
Umowy ustne, a z taką najprawdopodobniej mamy miejsce w opisywanym przez nas przypadku, są przez sąd traktowane jako podstawa do wydania wyroku, nawet jeśli strony nie umówią się co do wszystkich elementów, jakie winna zawierać umowa między pracownikiem a pracodawcą.
Za każdego pracownika zatrudnianego na umowę-zlecenie nigdzie indziej niepracującego pracodawca oprowadza pełne składki ZUS, jak za osobę zatrudnioną na etat. Musi go zgłosić do ZUS i po zakończeniu pracy wyrejestrować.
Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 940 (7/2010)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze