Reklama

Zbiory wiśni w Aleksandrowie

27/07/2023 13:51

Pracownik sezonowy do zbiorów wiśni w Aleksandrowie mógł zarobić 500-600 zł na tydzień, przy mniej więcej 6-7-godzinnym dniu pracy. Stawki w skupie owoców sprawiają, że sadowników nie stać na oferowanie wyższego wynagrodzenia dla pracowników. Nic dziwnego, że coraz trudniej znaleźć chętnych do tej pracy. Małe sady powoli przechodzą do historii. Jednym z ostatnich takich rodzinnych, wiśniowych sadów w powiecie żnińskim jest uprawa położona tuż przy granicy z powiatem inowrocławskim.

Jesteśmy w sezonie zbiorów wiśni. Postanowiliśmy sprawdzić, jak się ma w tym roku sytuacja sadowników, którzy specjalizują się w uprawie właśnie tych owoców. Na Pałukach nie ma zbyt wielu sadów wiśniowych. Słyną z nich okolice Pakości. Mały sad wiśniowy znajduje się np. w Aleksandrowie, niewielkiej wsi w sołectwie Piechcin, tuż przy wschodniej granicy powiatu żnińskiego. Za miedzą jest już gmina Pakość.

Sad ma tylko 1 hektar powierzchni i jest prowadzony przez małżeństwo rolników z Aleksandrowa: Małgorzatę i Tadeusza Mańkowskich. Założyli ów sad w 2000 r. Na początku był on 2-hektarowy, a w 2007 r. drzewa wiśniowe zasadzili na 2 kolejnych hektarach swojego pola. Decyzję o wejściu do branży sadowniczej podjęli po namowach brata pana Tadeusza. Sad zakładali od podstaw. Z uśmiechem wspominają, że wtedy krzątała się przy stawianiu ogrodzenia ich mała córka Kasia. Teraz to już młoda kobieta, zamężna. Co prawda mieszka w Inowrocławiu, ale przyjeżdża w sezonie wraz z mężem Przemysławem, by pomóc w sadzie rodziców.

Reklama

W okolicach Piechcina, jak się okazuje, gospodarka polega na różnych sektorach. Jest nie tylko przemysł i nie tylko uprawy zbożowe. W niedalekim Aleksandrowie rośnie też sad. fot. Karol Gapiński

W okolicach Piechcina, jak się okazuje, gospodarka polega na różnych sektorach. Jest nie tylko przemysł i nie tylko uprawy zbożowe. W niedalekim Aleksandrowie rośnie też sad. fot. Karol Gapiński

Małgorzata i Tadeusz Mańkowscy to pracowici, ale przy tym sympatyczni, uśmiechnięci ludzie. Choć sytuacja w branży sadowniczej wcale nie jest powodem do uśmiechu. Mimo to przez wiele tygodni wiosną - sami, bez zatrudniania pracowników starannie przycinają gałęzie swoich łutówek. Bo drzewka wiśniowego tylko tego gatunku mają w sadzie. To odmiana późna i można ją zrywać nawet jeszcze w sierpniu. Im jednak został tylko hektar sadu, więc zbiory praktycznie już skończyli. Ale to wcale nie teraz - podczas wiśniowych żniw -  a właśnie wiosną w sadzie jest więcej pracy. Przycinanie jest bardzo czasochłonne, a pracowników dorywczych zatrudniać nie chcą. Nie tylko ze względu na wzrost kosztów uzyskania zbiorów, ale przede wszystkim z tej przyczyny, że na przycinaniu trzeba się znać.

Reklama

Sad zaczęli pomniejszać kilka lat temu, stopniowo wchodząc do niego z piłą. Jak mówią, z ekonomicznego punktu widzenia prowadzenie takiego sadu się nie opłaca.

Drzewka są w nim uprawiane pod kątem zbiorów owoców dokonywanych ręcznie - przez człowieka, a nie kombajnem, jak to bywa w wielkoobszarowych sadach. Państwo Mańkowscy kombajnu nie kupią, bo sad jest mały, a drzewa musiałyby w nim być inaczej uprawiane, niż w ostatnim, prawie ćwierćwieczu. Oni sadownictwa uczyli się sami, metodą prób i błędów na posadzonych przez siebie drzewkach. Nie będą już nic zmieniać.

Reklama

Zwłaszcza, że chyba nie ma też dla kogo reformować sposobu uprawy. Córka Kasia nie wiąże przyszłości z sadownictwem, mimo iż jej mąż Przemek nawet chciałby. Koniunktura jednak nie zachęca. Gdy jest urodzaj, ceny w skupie, jakie mogą uzyskać sadownicy są małe. Dość powiedzieć, że w tym roku urodzaju na wiśnie nie ma, owoców było o około 40% mniej, niż w normalnych latach. A mimo to za kilogram wiśni oddanych do skupu, otrzymuje się w tym roku tylko 2,5 zł. Tymczasem  na bazarach i w sklepach cena wiśni to 8-12 zł za kilogram w zależności od gatunku, wielkości i słodkości  owoców.

Dodatkowym problemem i okolicznością sprawiającą, że sadownicy z Aleksandrowa nie będą powiększać, a raczej powoli karczować swój sad, jest to, że brakuje chętnych do zbiorów. O ile bowiem zabiegi pielęgnacyjne w sadzie jego właściciele wykonują sami, to do zrywania wiśni potrzebują pracowników sezonowych. W tym roku takie osoby, najczęściej emeryci, albo młodzież, bo przecież to oni mają czas wolny i mogą się zatrudnić do zbiorów, zarabiają około 500-600 zł za tydzień. W zależności, jak sprawnie zrywanie owoców im przychodzi. Trzeba jednak pamiętać, że obowiązkiem jest dokładne zrywanie, także z trudniej dostępnych gałęzi. Należy też zebrać owoce, które z drzewa spadły podczas pracy. Nie jest to wcale łatwa robota, choć na świeżym powietrzu. Niektórzy zaczynają już po 4.00. Wtedy bowiem państwo Mańkowscy są już w sadzie i zaczyna się dzień zbierania. Za to kończą około godziny 12-13. Oczywiście nie wszyscy pracownicy przyjeżdżają do sadu o świcie. Niektórzy dwie, albo trzy godziny później. Państwa Mańkowskich ratuje to, że mają od lat stałą grupkę chętnych do zrywania wiśni, którzy przyjeżdżają z pobliskiego Piechcina lub z Barcina. Gdyby sad był większy, trudno byłoby znaleźć nowych pracowników.

Reklama

Jeśli ktoś jest chętny do takiej pracy, to w przyszłym roku jeszcze ją w aleksandrowskim sadzie znajdzie. Oczywiście pod warunkiem, że łutówka obrodzi. W tym roku dały się jej we znaki chłody wczesną wiosną i susza w maju i czerwcu. Normalnie z hektara powinno być jakieś 30 ton owoców. Tadeusz Mańkowski szacuje, że w tym roku jest tego ledwie kilkanaście ton.

Mimo wszystkich trudności i problemów oraz tego, że nie ma z wiśni wielkich zysków, za to pracy dużo, sadownicy z Aleksandrowa jeszcze się nie poddają. Będą pracowali w tym sadzie do emerytury.

Reklama

Karol Gapiński

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości