Danuta Wasik od firmy ABP w Żninie stara się wyegzekwować majowe wynagrodzenie swego męża
fot. Karol Gapiński
Żnin, firma budowlana, pracownicy, ABP, Tomasz Adamski, pensja, pieniądze
Zszedł z rusztowania, ale żąda pieniędzy
Murarz z Czewujewa pracował przez kilka tygodni na budowie w Bydgoszczy na rzecz firmy ze Żnina. Ponieważ nie mógł doczekać się podpisania umowy o pracę z właścicielem tej firmy, a zatrudnienie oferował mu jego poprzedni pracodawca, murarz pewnego dnia zszedł z placu budowy w Bydgoszczy i już tam nie wrócił. Teraz domaga się pieniędzy za czas przepracowany na rzecz firmy ze Żnina. Właściciel firmy uważa, że murarz znacząco naruszył prawo pracy opuszczając budowę, mimo że miał być kierownikiem brygady.
W połowie kwietnia wykwalifikowany murarz z Czewujewa w gminie Rogowo Marek Wasik, który w tamtym czasie nie miał zatrudnienia, znalazł pracę w firmie budowlanej ABP - Budownictwo i Projektowanie Tomasza Adamskiego w Żninie. Pracował w niej półtora miesiąca. Nie zdążył podpisać żadnej umowy o pracę. Niemniej w trakcie rozmów z szefem usłyszał, iż będzie otrzymywał gażę w wysokości 14 zł za godziną pracy, a szef wiąże z nim duże nadzieje, ponieważ planuje powierzyć mu obowiązki kierownika brygady na poważnej budowie w Bydgoszczy, przy której żnińska firma jest zatrudniona. Są to prace wykonywane przez licznych budowlańców w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym. Jedna z brygad to właśnie pracownicy firmy ze Żnina. Jak podkreśla Marek Wasik, firma ta pracuje jednocześnie na różnych budowach. W Bydgoszczy jest to łącznie około 40 osób.
Poprzednio Marek Wasik pracował w innej firmie budowlanej, do której udało mu się powrócić na początku czerwca. Żona pana Marka Danuta Wasik powiedziała nam, że mąż jest teraz zajęty pracą dla firmy w Mogilnie i nie może sobie pozwolić, by codziennie jeździć do Żnina czy Bydgoszczy, aby wywalczyć swoje pieniądze za maj od firmy ABP i Tomasza Adamskiego. Dlatego cały czas w tę sprawę zaangażowana jest jego małżonka. Marek Wasik obliczył, że za pracę należy mu się 2.702 zł. Pracował w niektóre dni po 10-12 godzin. Dodaje, że w ciężkiej sytuacji są tak samo inni pracownicy, bo oni również mają problemy z uzyskaniem swych wynagrodzeń. Od jednego z wciąż pracujących w tej firmie budowlańców usłyszeliśmy, że faktycznie są problemy z wypłatami świadczeń.
- Szef płaci nam po 200, po 300, po 500 zł, a według umowy miało być płacone 10 każdego miesiąca, wszystko od razu - tyle, ile kto wypracował. Stawki dla robotników nie są wysokie, bo 8,50 zł za godzinę. Nie dostajemy też środków czystości i ubrań roboczych. Ludzie narzekają i psioczą na niego, gdy szefa nie ma, ale jak się pojawi, to nikt nic nie mówi, bo boją się o pracę. Ja swoje wiem, ale nie chcę, żeby pan podawał moje nazwisko - mówił nasz rozmówca.
Marek Wasik nie ma jednak nic do stracenia i mówi głośno to, o czym jego koledzy mówią anonimowo. Mieszkaniec Czewujewa dodaje, że ludzie pracują tam często za darmo, licząc że może jednak pieniądze się znajdą, i boją się opuścić plac budowy, żeby nie spalić za sobą mostów. - Tam ludzie nawet czasami na drugie śniadanie pieniędzy nie mają. Na budowę do Bydgoszczy zawozi ich firmowy samochód, więc za dojazd nie muszą płacić. Inaczej by tam nie dojechali, bo nie mają pieniędzy - mówi Marek Wasik.
Danuta Wasik w zeszłym tygodniu była w firmie w Żninie chcąc wymóc pieniądze za pracę swego męża. - Szef kazał mi się umówić i przyjść z mężem w sobotę. Tak zrobiliśmy, ale dotychczas żadnych pieniędzy nie uzyskaliśmy. To jest obóz pracy. Ludzie pracują za darmo - powiedziała Danuta Wasik w ostatni wtorek. Dodała, że były szef jej męża wyraża się z pozycji siły, mając atut w postaci tego, że nie podpisał z mężem żadnej umowy o pracę, więc jest pewny zwycięstwa w ewentualnej sprawie cywilnoprawnej lub przed sądem pracy.
Państwowy inspektor pracy w Bydgoszczy Krzysztof Krzemień powiedział, że trudno mu oceniać indywidualny przypadek, bo musiałby znać szczegóły umowy. To, że nie było takowej na piśmie, nie oznacza jeszcze, że pracownik nie miał żadnych praw. Wszystkim zainteresowanym określeniem swych praw i możliwości w związku ze stosunkiem pracy polecił przyjść na konsultację w Żninie. Najbliższa ku temu okazja nadarzy się jutro od 10:00 w budynku redakcji Pałuk. Danuta Wasik zapowiedziała, że jeśli nawet mąż nie będzie mógł się zwolnić ze swojej obecnej pracy, to ona na pewno przyjedzie do Żnina, żeby dowiedzieć się, jakie mają możliwości.
Z prośbą o ustosunkowanie się do zarzutów Marka Wasika i innego - anonimowego pracownika firmy zwróciliśmy się do jej właściciela Tomasza Adamskiego.
- Nasza firma działa od 11 lat i jest to poważny zakład pracy, który realizuje poważne, duże inwestycje. Nie możemy sobie pozwolić, by nie respektować praw pracowniczych. Nie jest tak, że pieniędzy panu Wasikowi nie wypłacę. Należy najpierw się spotkać i dokonać wyliczeń, kto ile dał od siebie, kto co na tym zyskał, a kto stracił. Po zbilansowaniu określimy, kto jest winny komu. W mojej ocenie pan Marek Wasik poważnie naruszył prawo pracy. Był na okresie próbnym. Przed brygadą, gdy go przedstawiałem określiłem, że wiążę z nim nadzieję, że będzie kierownikiem ekipy. Tymczasem ten pan w pewnym momencie znienacka uciekł z pracy. Po prostu się nie pojawił. O ile dokładnie pamiętam, jakoś przed 4 czerwca. A to właśnie wtedy, gdy mieliśmy zaplanowane spotkanie w celu wyrobienia przepustek. Pracujemy na wielkiej budowie szpitala, gdzie trzeba mieć przepustki, by się tutaj poruszać. Tamtego dnia już pan Wasik się nie pojawił. Mam powody sądzić, że od początku nie traktował tej pracy poważnie. Prawdopodobnie chodziło o to, żeby przeczekać coś w rodzaju bezpłatnego urlopu w jego pierwotnej firmie, gdy nie było tam zleceń i przy nadarzającej się okazji zostawić nas i wrócić do poprzedniej firmy. To jest brak kompetencji pracowników. Zresztą sam już nie wiem, jak to traktować. Można podejrzewać nawet, że to jest szpiegostwo przemysłowe. Człowiek się zatrudnia, przychodzi do firmy i znika z dnia na dzień. Po co przyszedł? Można domniemywać, że np. chodzi o podpatrzenie rozwiązań projektowych, czy skaperowania pracowników na rzecz konkurencji. My z panem Wasikiem wiązaliśmy plany, umowa była przygotowana. To on zwlekał z jej podpisaniem - opowiada Tomasz Adamski. W podobnym tonie wypowiadali się pracownicy firmy w biurze, którzy byli obecni podczas naszej rozmowy z szefem zakładu.
Przedsiębiorca dodaje, że poniósł koszty w związku z zaangażowaniem Marka Wasika, bo skierował go na badania w zakresie medycyny pracy, w tym na badania wysokościowe, a pracownik, z którym wiązał nadzieję, pewnego dnia nie stawił się w pracy i cała brygada została bez kierownika. W tej sytuacji on sam musi objąć bezpośredni nadzór nad brygadą. - Natomiast to, co sygnalizuje pan od anonimowych pracowników mojej firmy, to ja zostawiam bez komentarza, bo anonimy są niewiarygodne - oznajmił szef firmy ABP w Żninie.
Tego samego dnia, gdy rozmawialiśmy z Tomaszem Adamskim, zadzwonił do nas później zszokowany Marek Wasik. - Zaraz po tym, jak pan z panem Adamskim rozmawiał, on stawił się na budowie - wiem to od kolegów z tej firmy. Szef z każdym z nich rozmawiał z osobna nakazując, żeby z „Pałukami” nie rozmawiali o sytuacji w firmie. Wiem, że chłopacy mogą się obawiać o utratę pracy, ale co to za praca, skoro nie ma płacy? Wiem również, że pan Adamski rozmawiając z gazetą będzie się wybielał i odwracał kota ogonem. Ja z pracy nie uciekłem. Po prostu byłem cały czas mamiony podpisaniem normalnej umowy i było to odkładane. Skoro nie miałem perspektyw zatrudnienia na normalną umowę, to odszedłem i tyle. Zobaczymy, jak to się skończy. Sądzę jednak, że pracownicy są coraz bardziej zdeterminowani, bo długo dawali z siebie wszystko na co ich stać, a są traktowani jak tania siła robocza. Ja usłyszałem po rozmowie z „Pałukami”, gdy zadzwoniłem do pana Adamskiego w mojej sprawie, że nie dostanę pieniędzy, skoro odszedłem z pracy, tym bardziej, że poskarżyłem się gazecie. On może tak mówić, ale ja wiem, że mam prawo domagać się wynagrodzenia za wykonaną pracę. To nie koniec tej sprawy - stwierdził Marek Wasik.
Tomasz Adamski z kolei podkreśla, że były pracownik powinien zachować drogę służbową. Według przedsiębiorcy, to nie Danuta Wasik, ale Marek Wasik jest stroną. Dlatego Tomasz Adamski nie rozumie, dlaczego żona wcieliła się w pełnomocnika męża. - Ja rozumiem, że pan Wasik pracuje w dni powszednie. Stąd zaproponowałem tydzień temu w środę, żeby umówili się telefonicznie ze mną na spotkanie w sobotę tutaj w biurze. Pan Wasik jednak nie zadzwonił i przyjechał tutaj w ciemno. Miał wprawdzie szczęście, że mnie akurat zastał. A sprawił to przypadek, bo miałem inną sprawę do załatwienia na chwilę w biurze. Natomiast umówiony z nim wcześniej nie byłem. Pan Marek Wasik i jego żona nie mogą oczekiwać, że ja w sobotę zacznę im wypłacać nieoczekiwanie pieniądze. Po tym spotkaniu zagroził, że zgłosi sprawę do „Pałuk”. Uznaję to za pewien rodzaj szantażu, bo tak to trzeba nazwać. Nie tędy droga. Najpierw trzeba rozmawiać ze mną, a jeśli nie będzie zadowolony, to zawsze zostaje droga sądowa czy przed Państwową Inspekcja Pracy - powiedział Tomasz Adamski, pokazując na wyświetlaczu swego telefonu SMS-a od Marka Wasika z datą odebrania
15 czerwca o treści: Artykuł do Pałuk gotowy. W rzeczywistości Marek Wasik kontakt z nami nawiązał dopiero dwa dni później wieczorem.
Karol Gapiński
Pałuki nr 1114 (25/2013)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze