Reklama

Dla dzieci z Kazachstanu

Gdy był klerykiem, wiele znaków danych od Boga kierowało go w stronę Kazachstanu. W końcu wyjechał tam, aby opiekować się parafią oraz domem dziecka. Pomimo wielu trudności zawsze kieruje się sercem i wiarą. - Zapewniamy dzieciom pełną opiekę. Jeżeli mają jakiś talent, to chcemy im pomóc go rozwijać. Niestety ich historie są niezwykle trudne - mówi ksiądz Artur Zaraś, który wyjechał z ojczyzny, aby nieść pomoc potrzebującym dzieciom w Kazachstanie.

Angelika Uścińska: - W Polsce był ksiądz proboszczem w parafii w Szubinie, gdzie zapewne było spokojnie i bezpiecznie. Jak to się stało, że ksiądz zaczął rozważać wyjazd do parafii w Kazachstanie?

Artur Zaraś: - To dość długa historia, a zaczęła się w seminarium duchownym w Gnieźnie i wierzę, że to była wola Boga. Na pierwszym roku studiów zamieszkałem z klerykiem, który pochodzi z Kazachstanu. Obecnie ten kleryk jest biskupem pomocniczym w Karagandzie. On jako pierwszy opowiadał mi o Kazachstanie. Każda ta opowieść była egzotyczna i ciekawa. Potem pojawił się na moim roczniku kleryk z najważniejszego sanktuarium w Kazachstanie, czyli z Oziornoje. Po drugim roku pojawiła się możliwość wyjazdu w ramach studenckich praktyk do tego miejsca, więc skorzystałem. Spotkało mnie tam dużo pozytywnych przeżyć. Mieszka tam sporo Polaków, ponieważ na te tereny zostali przewiezieni w latach 30. z dawnej Polski, a obecnie Ukrainy. Jako kleryk byłem cztery razy w Kazachstanie. Potem zostałem wyświęcony na kapłana, służyłem w czterech parafiach: dwóch w Bydgoszczy, w Nakle nad Notecią i w Szubinie. Tak się złożyło, że w Szubinie spotkałem metropolitę astanieńskiego, arcybiskupa Tomasza Petę, który był gościnnie w Szaradowie na bierzmowaniu. Za pierwszym razem widzieliśmy się tylko, ale potem postanowiłem do niego pojechać. Gdy arcybiskup dowiedział się, że jestem również prawnikiem kościelnym, zaproponował mi wyjazd do południowej części Kazachstanu, diecezji Ałmaty, gdzie znajduje się Międzydiecezjalny Sąd Kościelny.

Reklama

- Wszystko wokół wskazywało na to, że jednak ksiądz pojedzie do Kazachstanu. Nadal pojawiały się jednak wątpliwości. Co ostatecznie przesądziło o tym, że ksiądz opuścił ojczyznę?

- Bardzo dobrze czułem się w parafii w Szubinie, ponieważ byłem zaprzyjaźniony z parafianami. To nie jest łatwa decyzja, żeby zostawić swoje dotychczasowe życie i zacząć coś nowego. Jednak nastawiłem się na wyjazd. Zadzwoniła do mnie siostra Wiera z Kapshagay, która chciała dowiedzieć się, czy na pewno przyjeżdżam do Kazachstanu, ponieważ pojawił się u nich problem. Biskup ze Słowacji zabrał księdza Ondreja, który opiekował się parafią, a także domem dziecka. Była to bardzo odpowiedzialna funkcja oczekująca na nowego księdza. Miałem wrażenie, że Bóg cały czas przygotowywał moją drogę, abym stał się odpowiedzialnym za parafię i dom dziecka. W Szubinie zostałem nawet katechetą w przedszkolu, gdzie miałem pierwsze doświadczenia pracy z małymi dziećmi, a taka katecheza całkowicie się różni od prowadzenia wykładów teologicznych w liceum. Nie ukrywam, że to doświadczenie bardzo mi pomogło w opiece nad dziećmi w kazachstańskim domu dziecka, gdzie podopieczni nie mieli styczności z miłością rodzicielską, ciepłem rodziny. Gdy pierwszy raz tam przyjechałem, to te dzieci uwiesiły się na mnie jak na choince, a ja byłem w szoku i nie wiedziałem co zrobić. Myślę, że dość szybko przyzwyczaiłem się do nowej pracy z dziećmi, które zostały pozbawione rodzicielskiego ciepła. To właśnie dzięki pracy w przedszkolu poszło mi o wiele łatwiej. Wielkim szokiem także było to, że parafia liczyła kilkanaście osób, gdy po prostu byłem przyzwyczajony do pełnego kościoła w Szubinie.

Reklama

 

Ksiądz Artur Zaraś stara się jak najwięcej czasu spędzać z dziećmi fot. z archiwum księdza Artura Zarasia

- Prowadzenie takiej placówki bez doświadczenia nie było łatwe i pomimo upływu czasu nadal nie brakuje problemów. Parafia różni się od tej, którą ksiądz prowadził w Szubinie. Z jakimi trudnościami trzeba borykać się w Kazachstanie?

- Myślę, że na początku każdy popełnia błędy. Gdy widzimy dzieci z domu dziecka, to zawsze jest nam ich żal. I nie powinniśmy ich żałować, a przede wszystkim wychowywać do samodzielnego życia. Dać bardzo dużo miłości, ale również wymagać. Mój początek nie był za dobry, ponieważ chciałem im wszystko dać, a to nie była dobra droga. W pewnym momencie trzeba było uświadomić dzieciom, że są obowiązki, np. posprzątać w pokoju, zadbać o porządek w ogródku. Gdy kiedyś byliśmy w Szubinie, to wielu ludzi chwaliło moich podopiecznych, że są tacy grzeczni i sprzątają po sobie ze stołu, myją naczynia. Problemy pojawiły się również w parafii. Trzeba uwzględnić, że Kazachstan jest wielonarodowościowy i są też inne religie. Na początku zjawiło się pełno ludzi, ponieważ chcieli popatrzeć, co to za ksiądz przybył. Moim celem było przyciągnięcie do kościoła jak najwięcej parafian. Ze względu na to, że jestem Europejczykiem, to mieli takie przeświadczenie, że jestem bogaty. Mój poprzednik starał się, żeby po każdej mszy był obiad. Wtedy kościół był pełen. Dopiero później zauważył, że ludzie przychodzą dla posiłku. Nie skorzystałem z pomysłu poprzednika. W tej parafii nie było nigdy składki. Jeden starszy pan powiedział, że pomoże nauczyć tych ludzi, że za kościół trzeba być odpowiedzialnym. Na mszy ostentacyjnie wstawał i rzucał ofiarę do koszyczka w przedsionku, w przeliczeniu wychodziło dwa złote. Należy również dodać, że zarobki tutaj są bardzo małe, a ceny wysokie.

Reklama

- Opieka nad dziećmi czy parafią w Kazachstanie nie należy do najłatwiejszych, zwłaszcza że ksiądz ma wiele obowiązków. Jak wygląda księdza zwykły dzień?

- Po przebudzeniu zaczynam dzień modlitwą, potem o 8.00 mamy poranną mszę świętą, na którą przychodzą siostry zakonne i pracownicy domu dziecka. Następnie jest śniadanie. A potem to już zależy od dnia, robienie zakupów spożywczych, zakup lekarstw, załatwianie spraw w urzędach, praca w biurze parafialnym, w środy jeżdżę do pracy w sądzie w Ałmatach, w czwartek jest adoracja całodzienna, czasami przychodzą ludzie porozmawiać, otrzymać poradę duchową. W piątek mam katechezę dla dorosłych, a w niedziele po południu mamy niedzielną szkołę katechetyczną dla dzieci. Dużo czasu zajmuje mi również pisanie projektu z prośbą o wsparcie finansowe dla domu dziecka. Chętnie spędzam czas z dziećmi. Wieczorem jest druga msza święta, na którą przychodzą parafianie. Staramy się jak najwięcej czasu spędzać z dziećmi. Jeżeli są wakacje to staramy się wyjeżdżać razem w piękne miejsca podziwiać naturę. Dzieci mieszkają w 4 domach, 18 dzieci z trzema siostrami, 9 dziewczyn z jedną opiekunką, 8 chłopców z wychowawczynią, a w ostatnim 3 bezdomne mamy z dziećmi. Latem jest tutaj ok. 40 stopni, gorąco jak w Egipcie. Mieszkamy blisko plaży, więc często latem pływamy. Kiedyś dzięki radiu Doxa FM z Opola udało mi się uzbierać pieniądze na rolki, to umożliwiło nam zakup rolek i wieczorami chodziliśmy do parku. Nasze dzieci chętnie jeżdżą na rolkach. W pobliżu Kapshagay są również góry. Wystarczy jedno hasło, wsiadamy do samochodu i po godzinie jesteśmy w wysokich górach.

Reklama

 

W Kazachstanie jest wiele pięknych miejsc, które ksiądz i dzieci chętnie zwiedzają. Jest to czas na zabawę, odpoczynek oraz integrację. fot. z archiwum księdza Artura Zarasia

- Prowadzi ksiądz przy parafii dom dziecka, w którym znajdują się podopieczni z trudną przeszłością i problemami. Co może ksiądz opowiedzieć o tych dzieciach?

- W naszym domu są dzieci, które nie mogą liczyć na swoich rodziców, ponieważ oni ich zostawili. Najczęściej rodzice są bezdomni, nie mają pracy, borykają się z uzależnieniami takimi jak alkoholizm, narkomania czy też prowadzą niemoralne życie. Dlatego też policja, szkoła, pracownicy z urzędu miasta zwracają się do nas o pomoc, gdy pojawiają się nieletni z trudną sytuacją domową. Wtedy rodzice powierzają nam swoje dzieci w obecności notariusza. Dzieci są po trudnych przejściach. Na przykład mama 5-letniej Marysi mieszała tutaj w wiosce i miała problem z alkoholem. Nie pracowała, więc chodziła do domów, gdzie mężczyźni ją ugaszczali. Niestety swoją córkę zabierała ze sobą, więc panowie mogli ją skrzywdzić. Dlatego zrobiliśmy wszystko, aby Marysia trafiła do nas. Większość dzieci chciałaby być ze swoimi rodzicami, ale tłumaczymy im, że mama czy tata ciebie kochają i dlatego przysłali cię do tego miejsca, abyś miał lepiej i był bezpieczny. Dzieci muszą zrozumieć, że rodzice wybrali dla nich dobro, że dzieci nie muszą oglądać i uczestniczyć w niemoralnym życiu rodziców. Mama Oli i Władysława uciekła od swojej mamy alkoholiczki, gdy miała 13 lat. Zaczęła spotykać się z mężczyzną i w wieku 14 lat zaszła w pierwszą ciążę. Dwa lata później zaszła w drugą ciążę. Dzieci zmarły. Później urodzili się Władysław i Ola a niedojrzali rodzice nie zajmowali się nimi dobrze, bo matka odeszła do kolejnego mężczyzny, a ojciec wyjeżdżał do pracy do drugiego miasta. Dzieci mieszkały przez cały tydzień same w domu. Były brudne, głodne, nie chodziły do szkoły, nie odrabiały zadań domowych. W domu nie było jedzenia, dlatego piły tylko herbatę. Szkoła poprosiła nas, abyśmy zabrali dzieci. Pamiętam jak dziś, te dzieci ubrane w brudne i pogniecione mundurki były bardzo wystraszone. Nie potrafiły pisać i czytać w 3 klasie. Teraz dzieci mają swój cel w życiu. Ola chce być pedagogiem, a Władysław chce zostać mechanikiem. Jedna dziewczyna uczy się w Polsce. Jako opiekun prawny wysłałem ją do szubińskiego liceum. Jestem bardzo dumny ze Swietłany, ponieważ pięknie zdała maturę i dostała się na studia do Wrocławia. To przykład tego, że nasza praca przynosi owoce. Chciałbym dodać, że nie moglibyśmy pomóc tym dzieciom, gdyby nie wsparcie ludzi dobrej woli i dobroczyńców naszego domu dziecka. W Szubinie mam wielu przyjaciół, którzy cały czas modlą się za nas i wspierają finansowo. Za to bardzo serdecznie dziękuję!

Reklama

- Wyjechał ksiądz do innego kraju, obejmując ważne stanowisko. Musi ksiądz opiekować się dziećmi z trudną przeszłością. Skąd siły do realizacji założonych celów?

- Wszyscy wokół się śmieją, że jestem człowiekiem wichrem. Mam to po dziadku, który cały czas musiał chodzić, a do tego wszystkich gnał do pracy. Jestem jak wiatr, ciągle w biegu i wszystko wokół ogarniam. Pan Bóg dał mi takie cechy charakteru, dzięki którym nigdy się nie poddaję. Kiedyś był u nas wikariusz w Kapshagay, który jest już proboszczem, i on zawsze mówił tak: Artur jak Ty wyjedziesz z Kapshagay, to ja po 5 minutach stoję z walizkami i czekam na taksówkę. Po prostu widział, ile jest zajęć i jaka to ogromna odpowiedzialność. Nie ukrywam, że jest tutaj wiele problemów i trudności, ale zawsze jestem pozytywnie nastawiony. Jeżeli zacznę się angażować, to jestem uparty. Staram się zrobić to do końca. Pan Bóg daje taką siłę i moc. Wsparcie otrzymuję na modlitwie, adoracji w ciszy, mszy świętej. Bóg pociesza, uspokaja i motywuje. Ludzie w Kazachstanie są bardzo serdeczni i otwarci. Niezależnie do jakiego domu wejdziesz, to ugoszczą cię najlepiej jak potrafią. Nie chodzi tylko o zastawiony stół, ale o otwartość i chęć rozmowy.

Reklama

 

Choć nie jest łatwo, to ksiądz i dzieci zawsze znajdą powód do radości fot. z archiwum księdza Artura Zarasia

- Działania księdza na rzecz dzieci są równie ważne jak sióstr zakonnych. Opowiedział ksiądz o zakończonych sukcesem przykładach Swietłany, Oli i Władysława. Czy zdarzają się przypadki dzieci, którym nie udało się pomóc, mimo najszczerszych chęci?

- Niestety zdarzają się takie przypadki, że niektóre z naszych dzieci szukają swobody, chcą wziąć życie w swoje ręce, decydować. Podobnie jak syn marnotrawny, który odszedł od ojca, ponieważ myślał, że jest gotowy stać się odpowiedzialnym za swoje życie. Jedna dziewczyna w wieku 16 lat poprosiła swojego ojca alkoholika, aby ten ją zabrał z domu dziecka. Chcieliśmy, aby została z nami, ale odeszła. Potem słyszeliśmy, że niezbyt dobrze skończyła. To samo spotkało inną dziewczynę. Za każdym razem to boli, ponieważ pomimo tego, że robimy wiele dla tych dzieci, aby nie musiały żyć tak jak ich rodzice, to nie zawsze przynosi to pożądane skutki.

Reklama

- Pragnie ksiądz zapewnić jak najlepsze warunki życia swoim podopiecznych. Do tego dochodzą kwestie związane z utrzymaniem parafii, budynków mieszkalnych i opiekunek. Jak ksiądz radzi sobie z kwestiami finansowymi?

- Żyjemy z ofiar naszych dobroczyńców. Zawsze zwracałem się o pomoc finansową do instytucji kościelnych i pozarządowych jak Caritas z Włoch, Niemiec, Polski czy Słowacji, ale niestety z racji, że teraz w czasach pandemii wszystkim jest trudniej, to nie jest łatwo o wsparcie finansowe. Nasz biskup na spotkaniu kapłanów powiedział, że nawet Watykan ma pustą kasę i finansowo nie pomoże. Z finansowego wsparcia opłacamy komunalne usługi, zakup produktów spożywczych, lekarstw, odzieży, obuwia, szkolnych przyborów, artykułów chemicznych i środki higieny, a także składki emerytalne dla naszych sióstr zakonnych. Gdy tylko pojawiła się pandemia, to nie pozwalaliśmy dzieciom wychodzić poza nasze terytorium. Z tego powodu dzieci bawiły się deskami czy cegłówkami, bo nie miały innych zabawek. Dlatego jednym z moich pomysłów było wybudowanie placu zabaw, aby dzieci mogły się pobawić na huśtawkach czy zjeżdżalni. Stad była zorganizowana zbiórka na zrzutka.pl i udało się nam wybudować 2/3 placu zabaw.

Reklama

 

Wspólnie obchodzą najróżniejsze święta fot. z archiwum księdza Artura Zarasia

- Życie w Kazachstanie nie jest łatwe. Jednak ksiądz spędza czas z niezwykłymi dziećmi, a do tego poznaje wspaniałych ludzi. Jakie sytuacje wywołały u księdza dużo pozytywnych emocji?

- Wiele radości przynoszą wakacje, kiedy razem gdzieś wyjeżdżamy. Takie wspólne wyjazdy, podczas których siedzimy sobie, gramy na gitarze i śpiewamy. To są bardzo miłe momenty, w których odpoczywamy, cieszymy się sobą i nie ma obowiązków. Do tego mamy kontakt z naturą. Lipiec 2020 był dla nas trudnym czasem, ponieważ zachorowałem na COVID tak jak inni pracownicy. Natomiast pod koniec sierpnia w czasie modlitwy usłyszałem wewnętrzny głos „Alakol”. Sam byłem zdziwiony co to za natchnienie. Postanowiłem poszukać więcej informacji u wujka Google. To było słone jezioro, o którym wcześniej nie słyszałem. Znajdowało się niedaleko, ale droga strasznie dziurawa. Myślałem, że spadnę z krzesła, gdy zobaczyłem ceny za nocleg, ponieważ były bardzo drogie. Okazało się, że jest tam taki kurort z kazachskimi jurtami (okrągły namiot). Wysłałem do nich wiadomość i znowu w czasie modlitwy indywidualnej w kościele otrzymałem odpowiedź. Zaprosili nas do kurortu pod koniec sezonu i obiecali rabat. Mogliśmy sami sobie gotować. Pojechaliśmy tam na dwie tury, zapakowani po brzegi dwoma busami. Była to niezwykła wycieczka, ponieważ wyglądało tam niemal jak w Chorwacji. Dzieci były tak szczęśliwe po rocznych zajęciach online, gdzie siedzieli zamknięci przez COVID. Od rana do wieczora wszystkie dzieci pływały, biegały, grały w piłkę, a wieczorem tańczyły. Tyle radości jeszcze nie widziałem przez 8 lat. Największą niespodzianką było, że właściciel kurortu nie wziął od nas nawet 1 tenge i jeszcze zaprosił nas na następny rok. Pracownicy chwalili nasze dzieci, że zachowują się grzecznie i kulturalnie. W tym czasie inne obiekty były zamknięte, więc nie mam wątpliwości, że te wakacje przygotował nam Pan Bóg. Nie da się tego wytłumaczyć inaczej.

Reklama

- Z powyższych wypowiedzi można wywnioskować, że ksiądz zadomowił się w Kazachstanie. Widać, że ksiądz uwielbia opiekować się podopiecznymi z domu dziecka. W związku z tym jakie plany ma ksiądz na przyszłość?

- Na dziś nie mogę zostawić tego miejsca. Gdybym teraz opuścił to miejsce, to jakbym zostawił swoją rodzinę. Może nie powinienem tego tak czuć, bo jestem księdzem, ale tak właśnie jest. W Kazachstanie brakuje księży, więc myślę, że na razie nie zostanę skierowany do innej parafii. Oprócz tego mamy jeszcze dom rekolekcyjny, do którego przyjeżdżają dzieci z okolicznych wsi. W Ałmatach mamy dom studenta, w którym mieszka młodzież, która ukończyła podstawówkę w Kapshagay. Moim marzeniem jest też otwarcie przedszkola polsko-kazachstańskiego. Planowany jest remont domu, w którym mieszkają samotne matki z dziećmi. Zdrowie dopisuje, więc będę chciał zrealizować te plany. Do Polski zawsze chętnie przyjadę, gdy tylko nadarzy się okazja. Chciałbym, aby w przyszłym roku dwie dziewczyny przyjechały uczyć się do Polski. Jedna do Technikum Handlowego w Bydgoszczy, druga do LO w Szubinie. To takie moje marzenia na przyszłość. Zorganizowana została świąteczna zbiórka, aby stworzyć 50 paczek bożonarodzeniowych dla dzieci z domów dziecka. Za wsparcie dziękuję!

Reklama

- Dziękuję za rozmowę!

Angelika Uścińska, 13 XII 2021

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości