Eugeniusz Łuszczak nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy za udzielenie pomocy choremu otrzyma pieniądze, czy powinien udzielić pomocy bliźniemu z innego rewiru. Najważniejszą zapłatą był dla niego powrót chorego do zdrowia.
Do Cegielni w gminie Rogowo Eugeniusz Łuszczak trafił z Białostockiego. W 1957 roku ukończył szkołę felczerską we Wrocławiu.
- "O medycynie myślałem od zawsze, już jako mały chłopiec. Wojna umocniła mnie w tym przekonaniu, wiedziałem że chcę być lekarzem i pomagać ludziom. Z takim celem szedłem przez młodzieńcze lata i ten zawód okazał się dla mnie spełnionym" - mówi Eugeniusz Łuszczak.
- "W 1955 roku szkołę felczerską kończyło dwanaście tysięcy osób. Praca felczera niczym nie różni się od pracy lekarza pierwszego kontaktu, trzeba było umieć wszystko to, co potrzebne w lecznictwie otwartym".
Po szkole Eugeniusz Łuszczak dwa lata pracował jako pracownik administracji w pogotowiu ratunkowym w Białymstoku, odsłużył też trzy lata wojska w lotnictwie.
Zgodnie z nakazem pracy 1 września 1957 roku podjął praktykę felczerską oraz został zobowiązany do prowadzenia punktu aptecznego początkowo w Gościeszynie, a po trzech latach w pobliskiej Cegielni.
W Cegielni punkt zdrowia zlikwidowany został w końcu ubiegłego roku, gdyż nie odpowiadał unijnym normom. Punkt apteczny prowadzony był przez pana Eugeniusza do 1980 roku. Przez 35 lat prowadził także higienę w szkołach, zajmował się kontrolą i propagowaniem higienicznego sposobu życia w placówkach oświatowych.
Obecnie felczer przyjmuje w ośrodku zdrowia w Rogowie (tu od lat pełnił też dyżury).
- "Oprócz prowadzenia gabinetu i dyżurów w Rogowie, przez 15 lat pracowałem w pogotowiu ratunkowym w Żninie. Do tej pracy zmobilizowani zostaliśmy wszyscy w czasie stanu wojennego w 81. roku. Wówczas panował w służbie zdrowia kryzys. Ja jeden pozostałem w pogotowiu do emerytury, aż do 1997 roku" - opowiada felczer.
- "Praca w pogotowiu jest bardzo trudna. Pamiętam, że w czwartki miałem 24-godzinne dyżury, pracowałem również w niedziele, święta - w Boża Narodzenie czy Wielkanoc. Takie dyżury były znacznie lepiej płatne, jednakże nie wszyscy chcieli pracować w święta i zostawiać rodziny. Jak mówiono i żartowano nawet, w takie święta to etatowo Łuszczak ze Stempniewskim mają dyżury. Przeważnie we dwóch braliśmy dyżury".
- "Kiedyś furmankami jeździło się do chorych, później kupiłem sobie rower, motor, a od 1966 roku mam samochód. Wszystko po to, by jak najszybciej dotrzeć do pacjenta, by nie tracić czasu na drodze, gdy ktoś potrzebuje pomocy" - mówi felczer.
Kiedy w czasie służby wojskowej Eugeniusz Łuszczak przebywał w Bydgoszczy, poznał swoją żonę Emilię. W życiu doczekali się trzech córek: Elżbiety, Ireny, Aliny i dwóch synów: Daniela i Pawła, dziś wiele radości przynoszą im wnukowie Jonasz, Ernest, Mateusz i Tymoteusz.
- "Praca zmieniła nasze życie towarzyskie, ograniczyła je do minimum, gdyż często się zdarzało, że mieliśmy gości, a tu wezwanie do chorego. Przepraszałem, zostawiałem wszystko na głowie żony i jechałem. Często wypominali mi to koledzy, że mnie odwiedzają, a ja muszę zostawić towarzystwo i uciekam. Pod tym względem moja żona była biedna. Pacjenci często mówili, zwłaszcza pacjentki, że nie chciałyby być na jej miejscu. Często, nie tylko w święta, spędzała czas sama z dziećmi, a ja śpieszyłem na wezwania. Pamiętam Dzień Kobiet jednego roku. Zdążyłem bardzo wcześnie rano złożyć żonie życzenia, miałem wezwanie o 4:30 i serię kolejnych wizyt, wróciłem dopiero następnego dnia o 1600".
- "Czasami minuty w skrajnych przypadkach decydują o życiu, nie mogłem więc odmówić. Czasami w bardzo ciężkich przypadkach konieczne było wzywanie helikoptera, w zimie stulecia nawet czołgi odbierały chorych" - opowiada Eugeniusz Łuszczak.
Był rok, w którym miał aż 2.008 wizyt. Pod względem wizyt domowych zajmował pierwsze miejsce w powiecie. Pracował, jak sam opowiada, dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- "Zdarzało się tak, że wracałem pośpiesznie z wizyt domowych, przebierałem się i jechałem na dyżur do pogotowia. Zawsze cieszyłem się bardzo dobrą opinią nie tylko u przełożonych, ale głównie u chorych, w społeczeństwie i to było dla mnie największą zapłatą. Uśmiech chorego i jego pochwała. W życiu nie dorobiłem się żadnych majątków, dopiero kilka lat temu kupiliśmy dom w Cegielni, w którym mieszkaliśmy całe nasze wspólne życie. Czeka nas tam wiele remontów jeszcze. Mamy samochód, ale to był konieczny element w mojej pracy. Inni lekarze dziś żyją inaczej, nam zawsze starczało to co mieliśmy - był dach nad głową i głodni nie chodziliśmy spać" - opowiada felczer.
- "Były przypadki kiedy mimo udzielonej pomocy pacjent umierał. Ja strasznie przeżywałem śmierć każdego człowieka. Cierpiałem wspólnie z rodziną, choć wiadomo, że nie da się uratować wszystkich przypadków. Bardzo uczuciowym jestem człowiekiem i przeżywałem bardzo śmierć zwłaszcza młodych ludzi. Wiadomo, że każdy chce żyć, łatwiej jednak pogodzić się ze śmiercią starszego człowieka. Zawsze robiłem co tylko mogłem, by utrzymać chorego przy życiu, czasami jednak śmierć wygrywała z nami. Zwłaszcza makabryczne były wypadki samochodowe. Pracując w pogotowiu przeżywaliśmy często ogromny stres, to jest bardzo nerwowa praca. W kilka sekund trzeba zapanować nad sytuacją, często od sekund zależy właśnie życie drugiego człowieka. Pamiętam tragedie rodzinne z powodu śmierci bliskich osób" - mówi pan Eugeniusz.
Jak sam ocenia, kiedyś życie wyglądało inaczej: - "Wracałem zmęczony po pracy, mimo to mieliśmy jeszcze czas i siłę, by wyjść do klubu. Udzielałem się jeszcze społecznie w kółku rolniczym, w banku. Życie wyglądało inaczej, inni byli też ludzie. Dziś kieruje wieloma ludźmi zazdrość, podejrzliwość. Kiedyś było inaczej".
- "Nigdy nie miałem wytłumaczenia przed chorym, że nie przyjadę. Święta, śnieżyce, gołoledź, nigdy nie odmawiałem, nie umiałbym odmówić. Nie było żadnego tłumaczenia. Nie patrzyłem na to, czy nasz teren czy nie. Udzielałem pomocy w powiecie mogileńskim, gnieźnieńskim, nie tylko w naszym. Chory był, jest i będzie dla mnie potrzebującym pomocy bliźnim, a nie mieszkańcem innej gminy czy powiatu. Do końca swoich dni będę stał na takim stanowisku. Lubiłem i lubię swoją pracę. Z miłością podchodzę do chorych, stroskanych, biednych. Myślę, że w tym kierunku wypełniłem mój obowiązek".
Sylwia Wysocka
Pałuki nr 724 (52/2005)
S2UFLADA
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze