Wieczór 11 sierpnia był jednym z najtragiczniejszych momentów w powojennej historii Żnina. Wprawdzie w związku z potężną nawałnicą nikt nie poniósł śmierci, ale suma osobistych nieszczęść i wspólnie przeżywanych dramatów jest wyjątkowo duża. Co więcej, stolica Pałuk straciła jeden ze swoich najważniejszych symboli: komin cukrowni. Wciąż jeszcze nie są znane wszystkie straty spowodowane przez wiatr i lejącą się strugami z nieba wodę. Ich szacowanie, a tym bardziej usuwanie szkód, potrwa jeszcze wiele miesięcy.
W nocy z 11 na 12 sierpnia przez ziemię pałucką przeszła nawałnica. Ogromne straty odnotowano niemal we wszystkich miejscowościach naszego regionu. Na zdjęciu budynek byłej cukrowni w Żninie ze złamanym kominem. fot. Karol Gapiński
Silny wiatr i burze wędrowały od piątkowego przedpołudnia przez nasz kraj od Dolnego Śląska. Na Pałukach jeszcze było spokojnie, ale parne powietrze i upał zapowiadały, że w powietrzu może tworzyć się coś niebezpiecznego. I rzeczywiście tak się stało. W Wielkopolsce i później na Pomorzu burze przybrały już katastrofalne rozmiary. Był to kilkukrotnie większy kataklizm, aniżeli nawałnica, która przetoczyła się nad Żninem 10 dni wcześniej. A przecież już tamta została okrzyknięta największą w pamięci żyjących żninian. To jednak, co stało się w piątkowy wieczór, zmieniło na trwałe skalę pojmowania przez mieszkańców Pałuk tego, co znaczy nawałnica.
ZŁAMANE KRĘGOSŁUPY I CZASZKI ZWIERZĄT
- Moja stodoła, taka już zaadaptowana na potrzeby hodowli trzody chlewnej była pierwszą od południa w pasie zabudowań Skarbienic. A wiatr przyszedł właśnie od południa. Dlatego ten mój budynek gospodarczy przyjął pierwszą falę uderzeniową. Ja byłem w domu, żadnego kwiku świń nie słyszałem. Hałas był potworny, ale od wiatru i strug deszczu. Jakby w Skarbienicach lądowała eskadra śmigłowców - opowiada Grzegorz Janicki.
We wspomnianym budynku gospodarczym trzymał 18 świń. Runęła na tę trzodę konstrukcja dachu, łamiąc kręgosłupy i czaszki 7 z tych zwierząt. Następnego dnia 11 odratowanych umieszczonych zostało w ocalałym, innym budynku w gospodarstwie. Fragmenty dachów, bo nie tylko tego u Grzegorza Janickiego, ale też innych we wsi, poleciały daleko w pole. Baloty świeżej słomy po trwających żniwach wiatr unosił jeszcze dalej, nawet do dwóch kilometrów. Zresztą widok latających na wietrze balotów słomy tak samo przerażał, jak gałęzie i konary drzew, tych kierowców, których nawałnica zastała w podróży na wielu pałuckich drogach. Grzegorzowi Janickiemu w wielkim sprzątaniu pomagali od sobotniego ranka sąsiedzi.
Do naprawy zerwanych dachów już w sobotę, kilka godzin po nawałnicy ruszały, o ile tylko miały taką możliwość, całe rodziny dotknięte kataklizmem. Na zdjęciu naprawianie jednego z dachów uszkodzonych w Wenecji. fot. Karol Gapiński
ZALANE ZIARNO
Stanisław Nyka, który mieszka tuż obok Grzegorza Janickiego, w czwartek skończył żniwa na swoich polach. Ziarna zboża zmagazynował na strychu stodoły. W piątek wieczorem nawałnica zerwała dach z tego budynku i ziarno zostało zalane wodą na około 30 cm.
Od soboty Stanisław Nyka wraz z bliskimi krzątają się, aby zabezpieczyć i osuszyć zmoczone ziarno. - Pewnie uda się je sprzedać, ale wartość ma to już zdecydowanie mniejszą. Dlatego cena też nie będzie taka, jak być powinna - mówi Stanisław Nyka.
W czasie, kiedy trzoda w hodowli gospodarza w Skarbienicach dusiła się pod zwalonym stropem, huragan uderzał w sąsiednie wsie na południowych rubieżach gminy Żnin: Wenecję, Rydlewo, czy Podgórzyn i sunął dalej na północ. Także zachodnia część gminy nie uniknęła nawałnicy, choć główna fala wędrowała bliżej wschodnich rejonów. Niektóre miejsca doświadczyły już kataklizmu w nocy z 1 na 2 sierpnia, a wiele innych w piątek wieczorem zostało zaatakowanych po raz pierwszy przez potężny wiatr i burzę.
ZNISZCZONE SAMOCHODY
10 dni wcześniej w Rydlewie wiatr poczynił już szkody. Została wtedy porwana przez nawałnicę połowa stodoły zaadaptowanej na warsztat. Teraz, nim jeszcze wszystko zostało posprzątane, wiatr zrównał z ziemią resztę tego obiektu. W sąsiedztwie znajduje się baza transportowa Frigo Logistics. Samochody nie zostały zniszczone poza osobowym fiatem tico, który był wykorzystywany do celów służbowych. Posypały się na niego kawałki dachu, niszcząc szyby i maskę.
W całej gminie nie był to jedyny uszkodzony przez nawałnicę samochód. W samym Żninie w sobotnie przedpołudnie naliczyliśmy takich kilka tylko w obrębie ul. Klemensa Janickiego i 700-lecia.
Zniszczony Pomnik Powstańców Wielkopolskich na żnińskim cmentarzu fot. Karol Gapiński
WENECJA ZNISZCZONA, ZAGROŻONE DOŻYNKI
Wenecja podczas pierwszej nawałnicy nie ucierpiała specjalnie mocno. Teraz to się zmieniło diametralnie. Malownicza wieś, jedna z wizytówek Pałuk, została doświadczona przez kataklizm szczególnie mocno. Sołtys Henryk Ciupiński sygnalizował nam już w sobotę, że objechał całą swoją wieś i stwierdził, że praktycznie nie ma w niej choćby jednej posesji, w której nie powstałyby szkody na dachu. Na wielu budynkach były to drobne uszkodzenia, ale na innych zdecydowanie poważniejsze. Zwłaszcza w Wenecji Górnej. Zerwane zostały także dachy w całości, nie tylko te, które miały swoje lata i były zużyte, ale również takie z domów, które ledwo co zostały zbudowane.
W Wenecji dużą część dachu stracił np. Andrzej Wachowiak. W sobotę miał mieć jeszcze dniówkę w pracy, ale dostał urlop i wspólnie z bliskimi od razu przystąpił do naprawiania dachu. Inaczej rodzinie groziłoby kolejne zalanie wodą, gdyby spadł deszcz.
A prace porządkowe i łatanie dziur w dachach nie były w dniach po nawałnicy łatwe. Również ze względu na brak prądu. W momencie nawałnicy ów prąd został wyłączony wszędzie. W kolejnych dniach tylko nieliczni mieszkańcy mogli się z niego cieszyć. Tymczasem trzeba było wykonywać wiele prac mechanicznych, a niektórzy dysponowali tylko narzędziami na energię elektryczną.
W Murczynie kierowca samochodu dostawczego z transportem jogurtów uciekając przed lecącymi na niego gałęziami wjechał do rowu. Dopiero następnego dnia było można rozpocząć wypakowanie palet z jogurtami, aby móc wyciągnąć samochód z rowu. fot. Karol Gapiński
W Wenecji dachy zerwane z budynków w okolicach świetlicy wiejskiej pofrunęły aż na pole przy drodze powiatowej Żnin - Gąsawa. Sołtys Henryk Ciupiński przekazał nam, że uszkodzenia dotyczą też budynków świetlicy i urządzeń na boisku wiejskim, a przecież w ostatnią sobotę sierpnia planowane są tutaj dożynki gminne i powiatowe. - Otrzymałem głos z Rady Sołeckiej, że dożynki nie będą mogły się odbyć i padł wniosek, by je odwołać. Ale poczekajmy, nie jestem taki w gorącej wodzie kąpany. Jest jeszcze niedziela, w poniedziałek zbierze się komisja i zobaczymy - mówił nam Henryk Ciupiński.
W ów poniedziałek Henryk Ciupiński otrzymał tylko informacje, że wprawdzie niektórzy radni miejscy zastanawiają się, czy dożynek nie należałoby odwołać, bo w obliczu tak wielkich strat, jakie spowodowała nawałnica, wydatki na zabawę mogą być przez niektórych źle odebrane. - Póki co jednak dożynki nie są odwołane, mają się odbyć, a w środę 16 sierpnia jest zebranie komitetu organizacyjnego tego święta plonów - przekazał nam 15 sierpnia Henryk Ciupiński.
BEZ PRĄDU I WODY
Po nawałnicy w Wenecji, ale też w Białożewinie, Skarbienicach, Rydlewie, czy Podgórzynie oraz w dużej części osiedla górskiego i na ul. Gnieźnieńskiej w Żninie, oprócz prądu zabrakło także wody w kranach. W sobotę woził tę wodę mieszkańcom samochód ze zbiornikiem zadysponowany przez spółkę WiK. Nie działała bowiem stacja uzdatniania wody w Białożewinie. Miało tak być nawet do środy.
Jednak w poniedziałek rano na posiedzeniu gminnego centrum zarządzania kryzysowego WiK przekazał informacje, że codziennie od 600 do 900 i od 1700 do 2000 woda z tego ujęcia będzie dostarczana do kranów. Na razie też nie ma żadnych zagrożeń dla systemu oczyszczania ścieków i samej oczyszczalni w Jaroszewie.
W Podgórzynie, ale też w innych miejscowościach zasilanych z ujęcia w Hejmanówce po wichurze zabrakło nie tylko prądu, ale też wody, ponieważ stacja WiK uległa awarii. Woda do celów spożywczych dowożona była przez WiK samochodem. Na zdjęciu mieszkańcy, którzy niosą zapas wody do domu. fot. Karol Gapiński
ZAPADNIĘTA ULICA
W Żninie piątkowe popołudnie minęło spokojnie. Wiele osób cieszyło się na zbliżający weekend, zwłaszcza że dla niektórych, ze względu na święto 15 sierpnia zapowiadał się na dłuższy niż normalnie. Niektórzy jednak dopiero wieczorem kończyli pracę. Inni zjeżdżali o tej porze do miasta z działek, na których spędzili upalny dzień.
Ci spośród ludzi, którym przyszło jechać samochodem w momencie, gdy nawałnica wtargnęła do miasta, mogą mówić o szczęściu, że przeżyli. Drzewa w centrum miasta, na ul. 700-lecia, ale też przy drogach wyjazdowych zaczęły padać na jezdnie. Na ul. Kościuszki na jezdnię wyfrunął blaszany garaż. Z nieba lunęła ściana wody, a z dachu posypał się na ulice grad - tym razem nie lodowych kul, lecz dachówek.
Przy ograniczonej niemal do zera widoczności - zwłaszcza, że zaraz zgasły lampy na ulicach i światła w oknach, bo zabrakło prądu - przemieszczanie się samochodem stało się wybitnie niebezpieczne. Niektórzy kierowcy stawali zablokowani gałęziami, inni wpadali do rowów drżąc, aby nie spadły na nich drzewa. Jakby problemów było za mało, zapadł się kolejny fragment ul. 700-lecia, zaraz za skrzyżowaniem z ul. Szkolną. Od soboty ten odcinek ul. 700-lecia jest zamknięty, a ruch odbywał się przez ul. Sądową i ul. Szkolną dwukierunkowo. Dopiero w środę przed południem ul. 700-lecia na tym odcinku została otwarta.
Zofia Kozłowska z Januszkowa, jedna z liderek środowisk rolniczych w naszym regionie, straciła kilka budynków gospodarczych. Niektóre z nich być może trzeba będzie rozebrać, gdyż mogą nie nadawać się do remontu. W gospodarstwie trwa wielkie sprzątanie ruin. Na szczęście ludzie ani zwierzęta tutaj nie ucierpieli. fot. Karol Gapiński
ZNISZCZONE BUDYNKI PUBLICZNE
Jednak w domach, zwłaszcza tych położonych na odkrytych przestrzeniach, na wzniesieniu terenu, mieszkańcy wcale nie czuli się bezpieczniej niż ci, których nawałnica dopadła, gdy podróżowali samochodami. Ludzie zaczęli tracić swoje dachy, w mieszkania wdzierała się woda, a jakiekolwiek próby przeciwdziałania były niemożliwe. Raz dlatego, że na ten żywioł ratunku nie było, a dwa - w mieszkaniach pogasły światła, więc jakiekolwiek próby działania wprowadzały tylko więcej chaosu.
Wiatr uderzył z wyjątkową siłą także w Murczyn, Wilczkowo, Januszkowo i Murczynek. Drzewa runęły na drogę, domy i budynki gospodarcze. Zniszczonych zostało wiele ogrodzeń. Niektóre rodziny straciły dach nad głową, a schronienia udzielają im póki co bliscy i znajomi. Szczególnie duże straty poniosło jedno z największych gospodarstw w tym rejonie, a konkretnie to należące w Januszkowie do Zofii Kozłowskiej. Zniszczone zostały budynki gospodarcze, które służyły prowadzeniu hodowli. Zostaną rozebrane, bo nie nadają się do odbudowy. Przed posesją znajdował się też rodzinny park. Rosły tam ponad 100-letnie drzewa, zasadzone przez przodków Zofii Kozłowskiej. Prawie wszystkie runęły na ziemię, a inne są uszkodzone. Baloty słomy po żniwach wiatr i tutaj rozniósł po okolicy, ale Zofia Kozłowska ma kolejne zmartwienie. Otóż do przeprowadzenia na jej polach były jeszcze praktycznie całe żniwa, a w tych warunkach jest to bardzo trudne. Od zebrania upraw zależą dalsze losy prowadzonych w gospodarstwie hodowli. Na szczęście akurat podczas nawałnicy, mimo że zapadały się dachy, zwierzęta hodowlane w gospodarstwie Zofii Kozłowskiej przeżyły.
W gospodarstwie państwa Nyków w Skarbienicach dwa dni przed nawałnicą żniwiarze złożyli na strychu stodoły zebrane z pól ziarna. Nawałnica w piątkowy wieczór zerwała dach i zboże utonęło w lejącej się z nieba wodzie. Teraz trwa jego podsuszanie, ale ziarno nie będzie miało już swej pierwotnej wartości. fot. Karol Gapiński
To, co wiatr uczynił z miastem i na terenach wiejskich, ludzie zobaczyli dopiero o świcie w sobotę. Oprócz zniszczeń na dachach budynków mieszkalnych, uszkodzenia powstały też na obiektach publicznych. Od razu rozpoczęło się wielkie sprzątanie. Artykułem pierwszej potrzeby stały się plandeki do przykrycia zerwanego dachu, by domów nie zalewała woda. Dodatkowe partie tych folii przekazał żnińskim strażakom wojewódzki sztab kryzysowy. Deficytowym materiałem były też jednak linki służące do wiązania tych plandek na zerwanych dachach.
Jeśli chodzi o obiekty publiczne, to dach zerwany został we fragmentach na obiektach np. Zespołu Publicznych Szkół nr 1, czy MOPS, ale na budynku magistratu zerwany został praktycznie w całości. Krystyna Patyk, dyrektor Muzeum Ziemi Pałuckiej poinformowała również, że wieżyczka magistratu jest tak uszkodzona, że grozi zawaleniem. Wejście główne do magistratu od rynku zostało zamknięte, ale można wchodzić do muzeum od strony ogrodu. Na terenie ŻKP spadło jedno drzewo częściowo blokując torowisko, a drobne uszkodzenia dotyczą dachów budynków. Były też problemy na trasie kolejki, którą zablokowały konary drzew, ale w poniedziałek pociągi ŻKP już kursowały. Uszkodzenia dachu i ogrodzenia dotyczą też hostelu i Muzeum Kolei Wąskotorowej w Wenecji. Kolejka wprawdzie przestała kursować w sobotę, ale w poniedziałek już jeździła.
PRZEŻYŁA WOJNĘ I WYGNANIE, A TERAZ TRAFI DO ŚWIETLICY
W gminie Żnin działa 5 komisji z ramienia Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, które oceniają szkody. Jedna z nich do Murczynka dotarła dopiero wczoraj przed południem, choć wieś ta jest jedną z najbardziej zniszczonych w całej gminie. Większość dachów jest uszkodzona, kilka zerwanych w połowie, a kilka wiatr zabrał w całości.
Do środy w jednym z takich domów musiała mieszkać ośmioosobowa rodzina Gralików. To dom rodzinny Zofii Gralik, który wybudowali jeszcze jej rodzice. Ona sama ma teraz 88 lat i już nie jest w stanie chodzić na własnych nogach. Opiekują się nią: syn Stanisław, synowa Beata oraz dorosłe wnuki, pani Zofia przeżyła w tym domu wiele pięknych i tych bolesnych chwil.
W Wenecji Górnej uszkodzenia dachów w wyniku wichury dotyczą większości domów. Na niektórych zerwane zostały nie tylko pojedyncze dachówki, lecz całe płaty tych dachów. fot. Karol Gapiński
- Było tutaj tyle wesel, całe rodzeństwo teściowej tu miało swoje wesela. Tutaj tańczyli i ten dom wytrzymał. Wytrzymał też wojnę, ale z tym, co stało się w piątek sobie nie poradził - opowiada Beata Gralik.
W piątek wraz ze swoim mężem bawili się na weselu w Ostrówcach. pani Beata przed wieczorem przyjechała na kilkadziesiąt minut do Murczynka. Postanowiła bowiem zrobić jeszcze teściowej kolację a następnie przygotować ją do snu, bo pani Zofia prosiła ją o to przez telefon. Jeden z synów odwiózł potem Beatę Gralik na powrót do Ostrówiec, aby bawiła się dalej. Ledwo zdołał wrócić do Murczynka samochodem, bo wiatr zaczął się wzmagać. Wszedł do domu, a wtedy nastąpiło główne uderzenie wiatru. Nawałnica chciała wyrwać okna. Pogasło światło a pokrycie dachu zaczęło odpadać. Woda przeciekła przez sufit do izb mieszkalnych. Pani Zofia przykuta do łóżka nie mogła uciekać. Woda zaczęła na nią lecieć, ale zaraz pomogli jej wnukowie. Panowie poszukali świecąc sobie telefonami garnki i wiadra, by podstawić je na podłogach i na łóżkach, by zbierały wodę. Do rodziców w Ostrówcach już nie mogli się dodzwonić. Z kolei Stanisław i Beata Gralik też z tych Ostrówiec wydostać się nie mogli. Droga przez Wenecję do Żnina była zablokowana. Wreszcie po kilku długich godzinach przez Barcin dotarli do Murczynka. Ale już od Młodocina musieli przedzierać się samochodem przez sterty konarów i mniejszych gałęzi zalegających drogę wojewódzką.
Anna i Tadeusz Gorgoniowie oraz ich syn Maciej przez 2 dni drżeli w mieszkaniu na zamieszkałym poddaszu budynku przy ul. Pocztowej 15, gdzie mieści się też ŻDK. Tam na dach runęły 2 kominy, z których gruz nie spadł na chodnik ul. Łącznej, lecz został na dachu, uginając sufit mieszkania. Państwu Gorgoniom groziło zawalenie się tego sufitu do części mieszkalnej. W niedzielne popołudnie jednak strażacy zdążyli usunąć gruz z dachu, zapobiegając większej katastrofie. fot. Karol Gapiński
Już nocą ich dzieci oraz pomocni sąsiedzi - ci, których dachy ocalały i w ten sposób mogli pójść z pomocą innym - zaczęli zakrywać więźbę dachową domu państwa Gralików folią. Wykorzystywali do tego także plandeki rolnicze. Te folie, które normalnie służą do ochraniania zboża przed wilgocią, teraz miały ratować ludzkie siedliska. Tak było w całej gminie.
Mimo, że nie czuli się bezpiecznie, bo bali się, że strop może zwalić się na głowy, państwo Gralik musieli do środy pozostać w rodzinnym domu. Nie mogli szukać schronienia gdzie indziej, skoro mają pod opieką seniorkę rodu, panią Zofię. Dopiero wczoraj dotarł do nich MOPS w Żninie i pracownicy nadzoru budowlanego. Zapadła decyzja, że rodzina musi się przeprowadzić tymczasowo do świetlicy wiejskiej. Jest tam kuchnia, a trzeba będzie przenieść jeszcze kanapy. Młodsi w rodzinie już się z tym pogodzili, tylko zaklinają rzeczywistość, by nie musieli w tej świetlicy mieszkać miesiącami, bo chcieliby normalnego domu. Z kolei pani Zofia słysząc, że ma być przeniesiona i zamieszkać w świetlicy wiejskiej, załamuje ręce, a z oczu ciekną jej łzy. - Tutaj się urodziłam, tutaj jest mój dom. Chciałabym zostać - szlocha. Jednak tego życzenia starszej pani spełnić się szybko nie uda.
ROBIĄ, CO MOGĄ
Mł. bryg. Paweł Filipiak z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Żninie poinformował, że straż siły ma ograniczone, ale robi, co może. W poniedziałek wciąż napływały do dyżurnego kolejne zgłoszenia o zerwanych dachach, czy drzewach zagrażających budynkom i drogom. Strażacy korzystają z własnych podnośników, ale wynajęli też dodatkowe od prywatnych firm. Podnośniki te mają do 25 m. Paweł Filipak przekazał, że jest zapewnienie z Komendy Wojewódzkiej PSP, iż przyjedzie na teren powiatu żnińskiego także specjalistyczna ekipa do pracy na dużych wysokościach. Do poniedziałku ci specjaliści usuwali bowiem skutki nawałnic jeszcze na terenach innych powiatów województwa kujawsko-pomorskiego. Szczególnie duże szkody kataklizm spowodował w powiatach sępoleńskim i tucholskim. W Tucholi jeszcze w poniedziałek nie było ani jednego budynku, w którym byłby prąd. Ponieważ takiej ekipy wysokościowej do poniedziałku jeszcze w Żninie nie było, dlatego też nie był zabezpieczony folią choćby dach zerwany na kościele św. Floriana. Mogło to grozić poczynieniem kolejnych szkód przez deszcze. Prognozy mówiły, że pogoda po raz kolejny może się załamać w środę 16 sierpnia, a także w piątek 17 sierpnia.
- Robimy, co możemy, ale w pierwszej kolejności zajmujemy się obiektami mieszkalnymi. Zagrożeń na budynkach gospodarczych na razie nie usuwamy. Proszę nam wybaczyć, ale skala zniszczeń jest zbyt duża. Obecnie są już przejezdne wszystkie najważniejsze arterie drogowe, choć na niektórych fragmentach ruch odbywa się jednostronnie - mówił w poniedziałek przed południem na zebraniu gminnego zespołu zarządzania kryzysowego w auli żnińskiego ratusza Paweł Filipak.
W tamtym momencie strażacy mieli do zrealizowania 200 zgłoszeń, ale ta liczba i tak nie była aktualna, bo średnio strażacy przyjmowali w weekend po 10 zgłoszeń na godzinę z prośbą o pomoc.
Zofia Gralik z Murczynka mieszkała w swoim domu 88 lat - od urodzenia. Teraz jest przykuta do łóżka. Nawałnica, która zniszczyła dach nad jej głową, przyprawiła ją o trwogę. Kobieta płacze na myśl o tym, że ma być przeniesiona z rodziną do świetlicy wiejskiej w Murczynku. Ta decyzja jest jednak nieubłagana, bo w domu nie jest teraz bezpiecznie. fot. Karol Gapiński
ZALAŁO PANA JEZUSA
Niektórzy mieszkańcy, choć zdawali sobie sprawę, że strażacy mają pełne ręce roboty, nie mogli się i tak doczekać ich przybycia. Jeden z takich przypadków miał miejsce w niedzielę. Tego dnia otrzymaliśmy telefon od Anny Gorgoń ze Żnina.
Kobieta łamiącym się głosem, prosiła nas o pomoc - Zgłaszałam to już wczoraj strażakom i córka też zgłaszała. Kazali czekać, na pewno przyjadą. Ale my nie możemy czekać, bo za chwilę możemy zginąć. Mieszkamy w lokalu gminnym na poddaszu budynku przy ul. Pocztowej 15. To budynek Żnińskiego Domu Kultury, ale my mieszkamy w części kamienicy od ul. Łącznej. Na naszym dachu były dwa kominy. Wieczorem w piątek zrobił się wielki huk i one trzasnęły na dach. Sufit się ugiął nad sypialnią. Zaczęła kapać woda - opowiadała nam Anna Gorgoń.
Po przybyciu do tego mieszkania spostrzegliśmy w pokoju, w którym stała kanapa do spania, także rząd ustawionych na podłodze wiaderek. Ich zadaniem miało być zbieranie wody kapiącej z dachu. Choć na szczęście po piątkowej ulewie przez kilka kolejnych dni deszczu już nie było. To jednak, co przeciekło do mieszkania Anny i Tadeusza Gorgoniów zdążyło zalać i kanapę i pościel, a także sporo odzieży. - Nawet Pana Jezusa zalało - Anna Gorgoń pokazywała nam przez łzy na zamoknięte ściany ze świętymi obrazkami w pokoju.
Jedna z jej córek, wraz ze swoim dzieckiem po nawałnicy przeniosły się szybko do innego domu, korzystając z pomocy bliskich. Jednak Anna Gorgoń wraz z mężem Tadeuszem i synem Maciejem takiej możliwości nie mieli. Musieli zostać w mieszkaniu na ul. Pocztowej, a tymczasem gruz z kominów, które się przewróciły podczas nawałnicy, wcale nie zleciał na chodnik, lecz został na dachu. - To w każdej chwili może zarwać sufit i wleci nam do domu - mówił Maciej Gorgoń. Lokatorzy byli tym bardziej zaniepokojeni brakiem interwencji, że kilka godzin wcześniej byli u nich w mieszkaniu pracownicy spółki PUK, która zarządza mieszkaniami gminnymi, i wykonali dokumentację fotograficzną. W ślad za tą wizytą nie przyjechali jednak strażacy. Dotarli oni w niedzielne popołudnie i ku nieopisanej uldze Anny Gorgoń i jej rodziny, usunęli gruz zalegający na dachu nad mieszkaniem. Ta ulga jednak i tak była tylko chwilowa, bo teraz lokatorzy zastanawiają się, czy w ogóle jeszcze będą mogli tutaj mieszkać, czy też szkody będą już nie do usunięcia. Boją się też o to, że do rozpoczęcia okresu grzewczego nie zostaną naprawione piece i instalacje kominowe. Część mieszkaniowa kamienicy, w której jest ŻDK, nie ma ogrzewania z ZEC-u, a tylko indywidualne piece kaflowe.
Zerwane fragmenty dachu na kościele św. Floriana. fot. Karol Gapiński
Strażacy wspomagali też w miarę możliwości swoim sprzętem energetykę. - Wiem też, że dostęp do telefonów alarmowych „Enei“ jest zamknięty. Oni starają się naprawić, przywrócić sieci średniego napięcia, bo tutaj jest problem. Prace trwają cały czas, ale teraz rodzi się kolejny problem, którego wcześniej podczas żniw tegorocznych nie było. Otóż podczas prac, dzięki którym przywracany jest stopniowo prąd, następuje w innym miejscu na takiej linii, na której wiszą jeszcze jakieś skrawki nadłamanych gałęzi, iskrzenie na tym drewnie. To spada na pole i powoduje czasami pożar tego zboża na pniu - mówił Paweł Filipiak na posiedzeniu gminnego centrum zarządzania kryzysowego.
Burmistrz Robert Luchowski dodał, że także jakość stopniowo przywracanej energii elektrycznej jest jeszcze nie najwyższa. Dlatego włodarz zaapelował o racjonalne korzystanie z tego prądu i uruchamianie urządzeń elektrycznych tylko pierwszej potrzeby. Poza tym prosił, aby ci, którzy ten prąd już mają, pozwolili też pociągnąć kabel swoim sąsiadom choćby tylko po to, by mogli włączyć sobie lodówki. Burmistrz powiedział, że w takich momentach pomoc dobrosąsiedzka jest bardzo pożądana.
Problemy z prądem są utrudnieniem nie tylko dla gospodarstw domowych, placówek handlowych i zakładów pracy. W poniedziałek rano zadzwonił do nas zdenerwowany kierownik żnińskiej placówki Kujawsko-Pomorskiego Transportu Samochodowego Błażej Gaczkowski. Otóż i on nie mógł połączyć się z numerem alarmowym energetyki. Tymczasem z powodu braku prądu na ul. Spokojnej nie działały też dystrybutory paliwa należące do K-PTS i znajdujące się na tej ulicy. Kierownik chciał się dodzwonić do Enei, a tam nikt nie odbierał telefonu. W zbiornikach autobusów pasażerskich kończyło się paliwo. Było zagrożenie, że wkrótce nie będą mogły jeździć. Dlatego kierownik chciał uczulić energetykę, by zajęła się tym problemem w pierwszej kolejności. Paliwa na komercyjnej stacji placówka K-PTS w Żninie nie była w stanie kupić w tej awaryjnej sytuacji, gdyż podlega pod centralę we Włocławku i nie dysponuje nawet takimi środkami i nie ma upoważnień, by móc nagle dokonywać większych zakupów. Na szczęście po kilkudziesięciu minutach problem ten rzeczywiście został potraktowany priorytetowo. W poniedziałek po południu dystrybutory K-PTS już zaczęły działać.
Mł. insp. Dariusz Biskup, zastępca komendanta powiatowego policji poinformował, że funkcjonariusze żnińscy w ostatni weekend otrzymali prawie 100 zgłoszeń. W większości dotyczyły one uszkodzeń pojazdów przez spadające konary lub całe drzewa oraz fragmenty dachów. Zgłoszenie takich szkód na policję odbywa się pod kątem dalszych starań o odszkodowanie od ubezpieczyciela.
Ponadto policjanci pomagali udrażniać ruch dla wozów strażackich z innych powiatów, które od soboty przybywały na pomoc Żninowi. Byli to strażacy m.in. z Włocławka, czy Aleksandrowa Kujawskiego i inni. Te jednostki kierowała na Pałuki Komenda Wojewódzka PSP w Toruniu. Poza tym policjanci odnotowali też konieczność kilku interwencji w związku z działaniami szabrowników. Były bowiem pierwsze przypadki, że potencjalni złodzieje próbowali dostać się do uszkodzonych i opuszczonych po nawałnicy posesji, aby przywłaszczyć sobie ocalałe i pozostawione przez właścicieli dobra. Dariusz Biskup zapewnił, że policjanci zabezpieczają takie miejsca przed działaniami szabrowników i kierują tam patrole. - Te działania będą naszym priorytetem na najbliższe kilka dni - powiedział zastępca komendanta powiatowego policji w Żninie.
Mł. insp. poinformował również, że kilka osób ucierpiało w wyniku nawałnicy także fizycznie. Obrażeń doznali podróżujący w trakcie nawałnicy drogą między Januszkowem a Murczynem. Jeden mężczyzna został poważnie ranny w twarz. Niesiona pędzącym wiatrem zerwana deska uderzyła go w twarz. Z naszych informacji wynika, że ranny został pracownik jednej z restauracji. Obsługiwał tam akurat imprezę okolicznościową, gdy nawałnica zaatakowała obiekt. Gościom i innym pracownikom nic się nie stało.
W jednym z domków jednorodzinnych na ul. Brzozowej (dawniej ul. Nowotki) w Żninie mieszkało 8 osób. Po pierwszej nawałnicy 1 sierpnia zanotowali uszkodzenia dachu. Złożyli wniosek o pomoc, otrzymali 6.000 zł i z tych środków naprawili dach. 11 sierpnia kolejna, dużo potężniejsza nawałnica zerwała już całe poszycie dachu, zalała większość izb w domu. Wilgoć naruszyła prawdopodobnie nieodwracalnie ściany i podłogi. Budynek nadaje się do rozbiórki, a Adolfa Kubicka (na zdjęciu) i jej siedmiu domowników nie mają gdzie mieszkać. Pierwsze noce po tym, jak nawałnica wypędziła ich z domu rodzinnego spędzili dzięki uprzejmości sąsiadów w ich domach. fot. Karol Gapiński
STRACONY DOROBEK ŻYCIA
Lekko ranny w rękę został Marcin Przeczewski, ale on i jego bliscy mają zdecydowanie poważniejszy problem. Mieszkali do piątkowego wieczoru w jednym z domków na ul. Brzozowej. To ulica na osiedlu górskim, która do niedawna nosiła miano Marcelego Nowotki.
Marcin Przeczewski ze swoją żoną i dziećmi mieszkał na piętrze. Na dole mieszkali jego teściowie, państwo Kubiccy. Już w nocy z 1 na 2 sierpnia przeżyli podczas pierwszej nawałnicy chwile grozy. Wtedy wiatr zerwał fragment dachu z ich odsłoniętego od południowej strony i stojącego na wzniesieniu domku. Budynek ten stoi od 1930 r. Rodzina po pierwszej nawałnicy zwróciła się o pomoc do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Żninie i otrzymała 6.000 zł na naprawę szkód. Marcin Przeczewski pracuje w Niemczech. Po pierwszej nawałnicy przyjechał do domu. Pomagał przy naprawie dachu. Udało się ów dach odtworzyć, ale w ostatni piątek, tym razem na całej powierzchni, został on zerwany przez nawałnicę ponownie. Próbując ratować sprzęty znajdujące się na wyższej kondygnacji domu, Marcin Przeczewski spadł ze schodów i doznał urazu ręki. Mimo to wspólnie z teściem walczył w ten piątkowy wieczór dalej, trzymając i zapierając się o drzwi jednej z izb na parterze, które próbował wyrwać potężny przeciąg, który wytworzył się w domu, gdy nie było już na nim dachu. Drzwi udało się uratować i dzięki temu 8 osób mogło przesiedzieć do końca tę koszmarną noc w jednej izbie. Rano, gdy wzeszło słońce, zobaczyli, że dom nie nadaje się do dalszego mieszkania. I to prawdopodobnie nawet przy założeniu, że zrekonstruowany zostałby dach. Otóż woda zniszczyła też ściany i podłogi. Marcin Przeczewski rozmawiał ze znajomym budowlańcem, który był pesymistą, co do możliwości dalszego życia w tym domu.
Poszkodowana rodzina znalazła na kolejnych kilka nocy schronienie u bliskich i sąsiadów. Zgłosili się też o pomoc do MOPS. Adolfa Kubicka, teściowa Marcina Przeczewskiego jest zrozpaczona. Stracili dorobek życia, a teraz proszą gminę, by udzieliła im schronienia, bo nie mają dachu nad głową. Utracili też wszystkie wartościowe sprzęty i artykuły gospodarstwa domowego.
ZNISZCZONE PARKI I NAGROBKI
Na posiedzeniu sztabu kryzysowego burmistrz Robert Luchowski przekazał informację, że jest w kontakcie z kierowniczką ośrodka wypoczynkowego PTTK w Żninie Elżbietą Horką i ma od niej zapewnienie, że uda się jeszcze przysposobić na potrzeby osób, które straciły dach nad głową, tymczasowe lokum w kilku domkach wypoczynkowych. W rozmowie z nami Elżbieta Horka potwierdziła tę możliwość. Już jedna rodzina znalazła schronienie, a do poniedziałkowego wieczoru miały być przygotowane do zamieszkania jeszcze być może dwa domki, a jeden na pewno.
W tym miejscu zaznaczmy, że ośrodek wypoczynkowy Pałuckiego Oddziału PTTK nad Jeziorem Czaplem sam jest jednym z największych poszkodowanych obecnego sezonu nawałnic nad Żninem. Zresztą podobnie jak w nocy z 1 na 2 sierpnia, także i kataklizm z 11 sierpnia poczynił potężne szkody na całym nabrzeżu jezior zarówno w Skarbienicach, jak i w Żninie nad Jeziorem Czaplem. Park miejski praktycznie przestał istnieć. W sobotę rano wiele osób ciekawych zniszczeń przychodziło tutaj oglądać potężne drzewa, które dziesiątkami legły wyrwane w całości na alejkach parkowych. Najbardziej rozłożyste dosięgły niemal budynków prokuratury i młyna.
Wyrwane są też całe fragmenty alejek wraz z ławkami - zostały one uniesione przez korzenie padających drzew. Powstały wielkie wyrwy w ziemi, a wszystko zostało zalane obfitymi opadami deszczu. Park wyglądał w sobotę rano jak tajemnicze, niebezpieczne bagnisko. Z wody wystawały kikuty połamanych jak zapałki drzew. Na ziemi zalegały zwalone korony. Zresztą podobny widok przedstawiał park rozciągający się za parkingiem na ul. Sienkiewicza.
W poniedziałek burmistrz wydał zakaz wchodzenia na tereny parków w Żninie. Na konarach stojących jeszcze drzew opierają się bowiem inne, już złamane, ale jeszcze wiszące gałęzie. Mogą one spadać na głowy ludzi. Także ze względu na to zagrożenie Robert Luchowski wydał zakaz pozyskiwania drewna z wiatrołomów na terenie parków i lasów gminnych.
Innym miejscem w Żninie, które ucierpiało zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej nawałnicy jest cmentarz na ul. 700-lecia. Arboryści z Piły, którzy w zeszłą środę rozpoczęli tutaj pierwsze prace związane z wycinką i pielęgnacją zagrażających grobom drzew, niewiele zdążyli zrobić. Nim powoli, metodycznie i bezpiecznie dla nagrobków usunęli drzewa przeznaczone do wycięcia, wszystkie one w piątkową noc zwaliły się na groby. Tym razem zniszczenia dotyczą kilkukrotnie większej liczby nagrobków, niż to było 2 sierpnia. Zniszczony przez upadające drzewa został także Pomnik Powstańców Wielkopolskich. Stało się to na rok przed wielkim jubileuszem 100-lecia ich ofiary za wolność.
Most bez przejścia w żnińskim parku fot. Stanisław Tyrakowski
ZŁAMANY KOMIN CUKROWNI
W sobotę rano, jeśli już ktoś przyjeżdżający do Żnina od strony Inowrocławia zdołał przedrzeć się przez sterty gałęzi i drzew na drodze wojewódzkiej w Murczynie, zjeżdżając z Góry do centrum miasta, mógł się zastanawiać, czego w tym pejzażu jeszcze brakuje, oprócz setek zniszczonych drzew. Po chwili przychodził smutny przebłysk zrozumienia: brakuje mniej więcej połowy z konstrukcji komina na cukrowni.
Obiekt, w którym obecnie realizowana jest inwestycja Grupy Arche, ma 123 lata. Komin miał do piątku 11 sierpnia wysokość 83 m, mierząc od poziomu dachu. W wyniku nawałnicy część tej konstrukcji nie wytrzymała i komin mniej więcej w połowie wysokości runął na dół. Jak powiedział nam Władysław Grochowski, prezes Grupy Arche, właściciela dawnej Cukrowni Żnin, gruz spadł w większości na wolną przestrzeń. Tylko nieliczne cegły spadły na obiekty cukrowni, ale nie spowodowały większych zniszczeń.
Władysław Grochowski zapewnił, że to zdarzenie nie przekreśla planów inwestycyjnych Arche. Co prawda, według pierwotnych założeń komin miał być wykorzystywany jako punkt widokowy, z którego można by podziwiać panoramę Żnina i Pałuk, ale teraz to już się nie ziści. Inwestor nie zamierza odbudowywać komina, chyba że konserwator zabytków by to nakazał. Władysław Grochowski w tym momencie nie wie jeszcze, czy w związku z katastrofą komina będzie wnioskował do gminy Żnin o zmiany w harmonogramie realizacji projektu w związku z tym, że korzysta on z Regionalnej Pomocy Inwestycyjnej.
POMOC DLA POSZKODOWANYCH
Gmina Żnin postanowiła utworzyć specjalne konto przy Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, na które można wpłacać pieniądze na wsparcie dla poszkodowanych mieszkańców. Numer tego konta: 17 8181 0000 0001 2755 2000 0010 z dopiskiem Pomoc dla poszkodowanych przez nawałnicę w dniu 11.08.2017 r.
Do środy rano do MOPS wpłynęło 340 wniosków o pomoc z budżetu państwa. Zastępca dyrektora MOPS Małgorzata Kociałkowska poinformowała, że pomoc z tych środków jest przeznaczona dla tych, którym nawałnica uszkodziła, bądź zabrała domy mieszkalne. Pomoc z tego źródła nie dotyczy szkód powstałych w budynkach gospodarczych.
Beneficjenci mogą otrzymywać odszkodowanie do 6.000 zł, ale w przypadku, gdy szkody są o wiele większe, czyli tam, gdzie zerwane zostały całe dachy, a mieszkania zalane, to pomoc może wynieść nawet 100.000 zł. Szkody będą oceniali rzeczoznawcy budowlani - prawdopodobnie przedstawi ich wojewoda, a może będą wyznaczeni do tego inspektorzy nadzoru budowlanego. Weryfikowanie wniosków o odszkodowania dopiero ruszy. Z kolei pomoc, która wpłynie na konto od ludzi dobrej woli, będzie kierowana dla tych, którzy nie stracili dachu nad głową, ale ponieśli poważne straty, np. w gospodarstwie rolnym.
Zastępca dyrektora MOPS podziękowała też wszystkim sąsiadom i rodzinom osób, które straciły dach nad głową. Na razie tylko jedna rodzina została ulokowana w domku PTTK. Inne mieszkają u bliskich.
- Wynika to też z tego, że poszkodowani chcą być blisko swoich opuszczonych domów, a sąsiedzi, czy bliscy, którzy mieszkają kilka budynków dalej, dali im taką możliwość. Nasze społeczeństwo pokazało, że w dramatycznych chwilach można na nie liczyć - zakończyła Małgorzata Kociałkowska.
Karol Gapiński
Pałuki nr 1331 (33/2017)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze