„Powstanie” Jerzego Altera jest książką rewizjonistyczną i przewrotną w jak najlepszym tych słów znaczeniu. Mówi o buncie, a sławi roztropną spolegliwość wobec rzeczywistości i wspólnoty, a nawet wrogów. Zogniskowanie uwagi na ludziach różnych warstw społecznych - od ziemian, dyplomatów i artystów po łotrzyków z Dębca i Chwaliszewa daje istotną perspektywę - przedstawienia zwycięskiego wielkopolskiego zrywu nie jako momentu dziejowego, lecz jako procesu mającego swoje przyczyny w przeszłości. W ujęciu Altera powstanie ma nie tylko wymiar zbiorowy, lecz indywidualny, dokonuje się przede wszystkim w poszczególnych ludziach na przestrzeni lat ich niewoli. Zbiorowa przyczyna indywidualnego „powstania” każdego z bohaterów.
Fajerwerki i powszednie światło
Powieść rozpoczyna z rozmachem rozdział „Wielka wojna”, traktujący o klęsce niemieckiego marszałka Ludendorffa, a robi to w ujmujący mnie sposób, bo z odwołaniem do „Przygód dobrego wojaka Szwejka” w tłumaczeniu Hulki-Laskowskiego - zamykając inicjalny akapit określeniem „wielkie lanie”, a kończąc rozdział zabawną anegdotą o konfrontacji Żyda i marszałka, który po haszkowsku wychodzi w niej na idiotę.
Asocjacja ze Szwejkiem stojącym na przeglądzie wojska bez dwudziestu guzików przy mundurze w sposób konieczny nasuwa się z kolei podczas czytania rozdziału „Pocałunek w fabryce guzików”, gdzie autor wirtuozersko przechodzi od rozważań nad niezbędnością asortymentu służącego ścisłemu zapinaniu dla prowadzenia wojny do historii homoseksualnej miłości dwóch młodych robotnic, Lucy i Sabiny, z poznańskiej fabryki wojskowych guzików. Opowiadanie to przynosi prosty, sugestywny i umotywowany psychologicznie opis procesu zachodzącego w umyśle kobiety rozłączonej przez wojnę z mężem, zakończonego deprecjacją małżeńskiej miłości kultywowanej w warunkach po wielkopolsku, czyli dość hardcorowo, patriarchalnych na rzecz odkrywanej właśnie subtelnej relacji jednopłciowej.
Współcześni apostołowie spod tęczowej flagi znajdą w „Pocałunku w fabryce guzików” bonus w postaci znakomitego suspensu z sąsiadką bohaterek Szukarkową, pozorną kołtunką-podpatrywaczką, personą tak charakterystyczną dla epoki i mentalności przedtelewizyjnej, plastycznie przez Altera opisaną.
Bliżsi mi ideowo grymaśnicy niechętni politpoprawności odnajdą być może świadomościowy ahistoryzm we fragmencie rozmowy, w którym Szukarkowa i Sabina wspominają swoje spowiedzi z wyznanymi po raz pierwszy homoseksualnymi wyborami i jako katoliczki ukształtowane w tradycyjnych rodzinach na przełomie wieków XIX i XX jednomyślnie oraz bez jakichkolwiek wahań oskarżają potępiających je księży, usprawiedliwiając się czymś w rodzaju nie cytowanej, dorozumianej tylko zasady świętego Augustyna - „Kochaj i rób, co chcesz”.
Do rozdziałów bliskich „Pocałunkowi w fabryce guzików” pod względem oryginalności punktu widzenia obranego dla prezentacji przedstawianego i darzonego uznaniem świata należy z pewnością „Zdrój”, gdzie pod pretekstem opowieści o zakładaniu przez braci Hulewiczów słynnego czasopisma wymienionego w tytule mamy okazję podsłuchać rozmowę prowadzoną w ich majątku w Kościankach o wielkopolskich cnotach, do których przekonywany skutecznie jest sam Witkacy. Rozdział ”Zdrój” to majstersztyk beletrystycznej erystyki, polegający na próbowaniu wartości hołubionych w powieści kwasem najbardziej dla nich inwazyjnym, czyli umysłowością antypodyczną, jaką niewątpliwie był Witkacy.
Obok oświetleń tego rodzaju fajerwerkami narracyjnymi (tutaj zaliczyć niewątpliwie należy rozdział „Przybyszewski wykłada Freuda”, gdzie poznajemy poznańskie środowisko kulturalne charakteryzowane poprzez jego reakcje na postać i poglądy sławnego wówczas wyznawcy „nagiej duszy”) Alterowska kamera równie chętnie operuje w surowym świetle dnia powszedniego. Wydobywa z niego sylwetki wrosłe w ziemię na podobieństwo korzeni i jak one stabilizujące i zasilające zbiorowość rejestrowaną w szczególnym, bo insurekcyjnym, więc silnie ją definiującym, momencie istnienia.
W tej kategorii zapada mocno w pamięć „Głód”, obraz, którego tło stanowi opisana na wstępie do owego rozdziału sytuacja spustoszenia żywnościowego, wywołana pod koniec wojny przez politykę Niemców bezwzględnie rekwizycyjną wobec objętej zaborem ludności cywilnej. Jednak nie tytułowy głód, lecz stawiająca mu zwycięsko czoła babka Prakseda Rozmiarkowa, nestorka rodu, wdowa po żołnierzu poległym na wojnie prusko-francuskiej, jest rzeczywistą bohaterką w obu znaczeniach - literackim i etycznym, tego wątku powieści. Jerzy Alter pokazuje ją nam w czasie przełomowym, gdy liczące prawie pół wieku doświadczenie jej przemyślnej walki o utrzymanie dzieci, a potem dzieci i wnuków, zostaje poddane ostatecznej próbie skrajnego niedostatku. Babcia Prakseda (imię bez wątpienia wskazujące na autorski zamiar stworzenia postaci-typu) w przedstawieniu Altera jest geniuszem przetrwania. To ktoś, kogo życie, jakby powiedział Marks, było środkiem do życia. Rzecz w tym, że środkiem do życia innych, co znajduje poruszający wyraz w zakończeniu opowieści, w którym narrator, dotąd utrzymujący się w tonie sprawozdawczym, udziela swojego głosu bliskim zmarłej na hiszpankę babki.
Dwie kuchnie - styl i kulinaria
Rozdział o Praksedzie Rozmiarkowej, tym samym sposobach przetrwania, prezentuje według mnie kwintesencję stylu stanowiącego dominantę metody opowiadania przyjętą w „Powstaniu”, dzięki czemu powieść zyskuje walor spójności między przesłaniem i jego wyrazem, między artystycznym zamiarem i realizacją. Ten styl to unikanie abstrakcji, poetyka przylegania do konkretu. Jej cechą jest leitmotivowe przeplatanie całej powieści czymś, co nazwałbym korowodami detali oraz powrotami w stosunkowo krótkich odstępach tekstu do tych samych, jednakże w odmiennych ujęciach podawanych, przekonań i stwierdzeń, co sugeruje zamysł dydaktyczny ugruntowania powtarzanej treści w świadomości odbiorcy i podkreślenie zgodnego z mentalnością wielkopolską prymatu wymagającej i monotonnej rzeczywistości nad uroszczeniami licentia poetica.
W „Głodzie” to, co nazywam korowodami detali, a można by zdefiniować jako ewidencyjne wyszczególnianie rzeczy zamiast wyręczania się nazwami ich zbiorów, dotyczy oczywiście jedzenia: „Na co dzień warzywa, jarzyny, różne zioła, kasza, groch, fasola i pyry wpadały zgodnie do jednego garnka”. Znajdujemy tam też podany w gwarze katalog czynności kulinarnych, który dla każdego rdzennego Wielkopolanina, nawet najeżonego na rodzimość, musi zabrzmieć choć odrobinę nostalgicznie, bo głosem dzieciństwa: „Nastrugać, pokroić na kawołyszki, nakrychać, ubić kopyścią, ukręcić firlejką, pofajtać i spucnąć”. I zaraz w następnym zdaniu rejestr potraw: „Kartoflanka, zupa z korbola, z kryzika, w końcu z pokrzyw, szare kluchy, gołąbki, hyćki, skrzyczki, zęby teściowej, bambrzok, rolada, lekkie na kwaśno, suszone grzyby, sowy, gąski, opieńki, a gdy nic innego w składziku i sklepie nie zostało - brukiew…”.
W tym rejestrze nie został ujęty ajntopf, którego składniki są treścią pierwszej z cytowanych tu wymienianek. Bo ajntopfowi jako wielkopolskiemu eliksirowi przetrwania poświęcony został cały podrozdział „Głodu”, mogący posłużyć za ilustrację cechy stylu będącej przedmiotem mojego wcześniejszego omówienia wraz próbą zinterpretowania jej funkcji, mianowicie służącego dydaktyce realizmu powrotu do tego samego, lecz odmiennie ujmowanego motywu - przekonania lub poglądu. Tak więc ajntopf jako polisa na przetrwanie pojawia się na przestrzeni jednej strony dwa razy. Najpierw: „Stoi za nim filozofia przetrwania, pragmatyka codziennego bytu, będąca na ich służbie ontologia wszelkich jadalnych rzeczy(…). To one warunkują byt licznej rodziny i fundują buzującą pod pokrywką pewność niepewnego jutra”. I trzy akapity dalej: „ Ajntopf nie tylko w czasie pokoju, ale zwłaszcza podczas (…) wojny totalnej, to patent na przetrwanie całej famuły, jej dziś, jutro i pojutrze. Czuwająca nad swymi babka wiedziała, że pod pokrywką z nim aż do ostatniej porcji na dnie kryje się zabezpieczona gwarancja dalszego istnienia (…)”.
Pochód postaci - powstawanie jako proces
Obok postaci tak korzennych jak babka Rozmiarkowa (do tej kategorii należą bohaterowie rozdziałów „Dziadek”, „Grypa”, „Wolność na torach”, „Będzie Polska!”) powieść Jerzego Altera przybliża czytelnikowi parę charakterystycznych, a ważnych dla losów Wielkopolski osobistości zapisanych na kartach jej dziejów, legitymujących się jednocześnie rodowodami podobnymi do tamtych, wiodących jak dzielna Prakseda życie jedynie w dokuczliwym cieniu historii. W ten sposób poznajemy sylwetki znamienitych chłopskich synów: następcy księdza Piotra Wawrzyniaka biskupa Stanisława Adamskiego (rozdział „Ksiądz od ognia”), badacza wielkopolskiej prehistorii i konspiratora Józefa Kostrzewskiego (rozdział „Archeolog”), genialnego chemika-wynalazcę Jana Czochralskiego i Stanisława Wachowiaka, doktora-pasjonata ekonomii, wybitnego działacza społecznego i gospodarczego, znaczącego lokalnego i krajowego polityka, a przede wszystkim zmyślnego sprawcy bezkrwawej kapitulacji niemieckiego garnizonu Inowrocławia podczas wielkopolskiej insurekcji (rozdział „Westfalczycy”). Zauważmy na marginesie, że Stanisław Wachowiak to brat Anny Krzyckiej - filaru Żnińskich Zakładów Wydawniczych i redaktor naczelnej „Mojej Przyjaciółki”.
Imponująca liczba i różnorodność postaci rozlokowanych przez Altera w „Powstaniu” pozwala mu obejrzeć i opisać wydarzenie odzyskania przez Wielkopolan suwerenności na wielu poziomach i w wielu przekrojach. Od faktów, szczególnie natury militarnej, ważniejsi są, jak na powieść przystało, ludzie. Mamy tu zatem możliwość zaznajomić się obok postaci wyobrażonych uosabiających charaktery typowe dla Polaków pruskiego zaboru z prawdziwymi aktorami historii, w tym z osobami podręcznikowymi, które za sprawą autorskiej wyobraźni i zdolności rekonstrukcyjnych pozwalają się podejrzeć i podsłuchać w miejscach i sytuacjach niedostępnych dla kronikarzy tamtego czasu (rozdział „Narada” i ‘Trzech Józefów”).
To zogniskowanie uwagi na ludziach wszystkich chyba warstw społecznych od ziemian (rozdział „Amazonka ze Stogowa”, „Bracia”), dyplomatów, („Misja. Listy ambasadorowej”) i artystów („Zdrój”) po łotrzyków z Dębca i Chwaliszewa („Parszywa trzydziestka”) daje jeszcze jedną istotną perspektywę - przedstawienia zwycięskiego wielkopolskiego zrywu nie jako momentu dziejowego, lecz procesu mającego swoje przyczyny w przeszłości i skutki sięgające w przyszłość nie tylko tych, w których zachodził (między innymi o tym, a nie po raz pierwszy w książce, traktuje ostatni rozdział powieści „Lwów”). W ujęciu Altera powstanie ma nie tylko wymiar zbiorowy, lecz indywidualny, dokonuje się przede wszystkim w poszczególnych ludziach na przestrzeni lat ich niewoli. Tak też podwójnie i metaforycznie odczytuję tytuł powieści pozornie jednoznacznie odnoszący się do wydarzenia z historycznych annałów.
Przyglądając się wielostronnie powstaniu, Alter nie pomija też niemieckiego punktu widzenia. Pozwala mówić nieustępliwemu landratowi von Stülpenaglowi (rozdział „Jak daleko można się posunąć”), dyrektorowi opery poznańskiej, a raczej jeszcze wtedy Stadttheater Posen, Gottscheidowi, stającemu przed przykrą i karkołomną koniecznością wybrania właściwej sztuki na pożegnalny spektakl przed opuszczeniem Poznania (rozdział „Zmierzch bogów”), dopuszcza też czytelnika do komitywy z niezawziętym Prusakiem, którego przywiązanie do heimatu wzmocnione miłością do Polki okazuje się ważniejsze niż sentyment do czysto niemieckich zabarwień narodowych (rozdział „Nadradca Wagner podejmuje decyzję”).
Kamera na dronie
Medium literatury zostało użyte przez Jerzego Altera dla apoteozy wartości i postaw raczej odległych od powszechnie uznawanych za atrakcyjne beletrystycznie. A mimo to „Powstanie” jest atrakcyjne. Konstrukcja powieści, składającej się ze stanowiących samodzielne całości rozdziałów utrzymanych w różnych konwencjach gatunkowych: opowiadania, listu, reportażu, historii alternatywnej bądź literackiej rekonstrukcji historycznej, może stanowić zachętę do interpretacji w duchu dzieła otwartego (w recenzji wydawniczej znalazło się ponoć porównanie do „Gry w klasy” J. Cortazara), mnie jednak sposób narracji „Powstania” nasuwa skojarzenie z filmem. Zmiany punktów widzenia, plany ogólne i najazdy na detal to domena kamery. U Altera odnosi się chwilami wrażenie, że kamera ta umieszczona jest, jeśli nie na satelicie, to co najmniej na dronie. Jeśli idzie o wątki i postacie - ich wielość jest doprawdy altmanowska, przy czym reżyser „Nashville” poruszał się w zdecydowanie ciaśniejszej przestrzeni.
Ostrożny narrator
Interesujący jest narrator „Powstania”. Ostrożny niczym opisywani przezeń wielkopolscy bohaterowie, chowa się za ich głosami i opiniami, od czasu do czasu wyglądając zza ich pleców w roli opowiadacza historii nie zawsze dobrze poinformowanego, jak w rozdziale „Pocałunek w fabryce guzików”, kiedy przyznaje, że nie zna dalszych losów pary zakochanych w sobie kobiet.
Jednak raz zdarza mu się nie wytrzymać i dać upust prawdziwej pasji. Dzieje się tak w rozdziale „U Hersów”, gdy mowa o uwieńczonej realizacją koncepcji równoległego wobec pruskiego des Staats państwa Wielkopolan, gotowego - co było wielokroć mocno akcentowanym zaleceniem księdza Adamskiego - nie tylko zwyciężyć, ale umieść ciężar zwycięstwa i je utrwalić. W kontrze do takiego myślenia, które można by w pewnym uproszczeniu ująć jako: wielkopolskie versus polskie pojęcie czynu, opowiadający umieszcza odrobinę tendencyjnie (kiepski literacko poziom przykładu) liryczny oleodruk tyrtejski z czasów powstania listopadowego, w czterech wersach streszczający tyleż celnie, co wyznawczo patriotyczno-kaskaderski eskapizm wyznawców narodowego mesjanizmu:
„Jeśli padniem pod gruzami,
Wtedy w gorzkich łzach boleści
Niewart grobu dzielić z nami,
Kto nie dzielił krwi i cześci.”
A zacytowawszy powyższe, wybucha: „Ten ostatni, nad miarę wysilony rym brzmi nieszczególnie i jest tyle samo wart, co i cały tandetnie łzawy koncept tej strofy”. To retorycznie dobitne, bo nieoczekiwane, a dokonane na mgnienie oka, obnażenie serca narratora podsunęło mi przypuszczenie, że „Powstanie” przy całej współczesności swej formy jest zakonspirowaną pod przykrywką (skojarzenie z niegdysiejszym ukrytym państwem Wielkopolan nieprzypadkowe) gawędą naszych czasów.
Gawęda naszych czasów
Na pozór wszystko tu jest nie tak jak w „Pamiątkach Soplicy” (bo oczywiście gawędę szlachecką mam na myśli): opowiadający nie jest ostentacyjnie pierwszoosobowy ani świadkiem opisywanych przez siebie wydarzeń, w wysławianiu nosicieli cnót obywatelskich nie ogranicza się do członków jednej, na dodatek własnej klasy społecznej (swojej przynależności klasowej zresztą nam nie zdradza, jako - co wynika z wyzierającego z jego słów systemu wartości - wspólnotowiec), nigdy przy tym nie daje czytelnikowi powodów do ironicznych podejrzeń na temat swoich niekoniecznie wystarczających do wydawania tego rodzaju ocen kompetencji, co więcej chwilami odzywa się w mowie zależnej głosami swoich bohaterów. Ale bez cienia wątpliwości utożsamia się z opisywaną przez siebie zbiorowością, przekonująco tworzy jej mit.
Książka dobrze się czyta, tym bardziej każdy, kto w naszym regionie zainteresowany jest Powstaniem Wielkopolskim, jak też ci, których dziadkowie i pradziadkowie w 1919 roku trzymali karabin w ręku - powinien ją traktować jako lekturę nie tylko obowiązkową.
Eugeniusz Biały, Pałuki 33/2022, 18 VIII 2022
Jerzy Alter „Powstanie”, Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2021; „Powstanie” jest debiutem powieściowym Jerzego Altera, mieszkańca Wielkopolski, który niedawno w Żninie wydał swą drugą książkę „Sponad studni - dziennik 2020-2022” (czytaj: „Pałuki” 28/2022).
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze