– Jeszcze w połowie października były tam duże opady śniegu w tych wyższych partiach, ale my na szczęście wybraliśmy moment, kiedy te szlaki zostały już przetarte – usłyszano. Przez całe trzy tygodnie wędrówki panu Maciejowi i jego kolegom towarzyszyły piękne widoki, klasztory, schroniska i totalna cisza.
9 lutego 2026 r. gościem Klubu Podróżnika w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Żninie był Maciej Turzyński ze Żnina, który zabrał podróżników na wyprawę w Himalaje.
Dyrektorka biblioteki Beata Czaczyk zapowiadając gościa powiedziała, że pana Macieja wszyscy dobrze znamy, bo to nasz rodzimy podróżnik, a z opowieściami ze swoich wypraw w Klubie Podróżnika bywał wielokrotnie. Jak zaznaczył Żninianin na wstępie, do Nepalu wrócił po 15 latach, jednak tym razem był to wyjazd zorganizowany, w którym uczestniczył wraz z trójką swoich kolegów. – Na plakacie napisaliśmy, że to będzie spotkanie Macieja Turzyńskiego z kolegami. Koledzy będą na zdjęciu – zażartował pan Maciej i dodał, że koledzy z racji innych obowiązków dojechać na spotkanie nie mogli, ale wszystkich serdecznie pozdrawiają.
Maciej Turzyński z reguły podróżuje samotnie lub też z kimś, ale są to wyjazdy indywidualne. - A koledzy, którzy zorganizowali ten wyjazd, zrobili to już troszeczkę bardziej profesjonalnie, że tak powiem. Mieliśmy więc ze sobą i przewodników, i tragarzy, co oczywiście pomaga na takich wysokościach, żeby nie nosić niepotrzebnie zbyt wielu kilogramów, tylko skupić się na wspinaczce – powiedział podróżnik i dodał, że aby wejść na tę wysoką górę czyli Mount Everest, trzeba najpierw dotrzeć do Nepalu. - Oczywiście można tam dotrzeć drogą lądową. Swojego czasu jechałem z Indii do Nepalu. Tym razem polecieliśmy do Katmandu – usłyszano.
Nepal jest o połowę mniejszy od Polski, a Nepalczycy są narodem niezwykle uprzejmym, życzliwym i uśmiechniętym. - Naprawdę aż miło być wśród tych ludzi – stwierdził prelegent. Nepal, który nigdy nie został podbity przez inne państwa, jest krajem bardzo biednym, a jego mieszkańcy utrzymują się z eksportu, rolnictwa i turystyki. Dominującymi religiami są buddyzm i hinduizm.
Maciej Turzyński wraz z kolegami wybrał najtrudniejszy himalajski trekking jaki można było zrobić bez wspinania się i jakichkolwiek specjalnych przyrządów. - Poszliśmy dookoła Doliny Khumbu i a trasa wiodła przez trzy przełęcze – usłyszano.
Podróżnik opowiedział o Szerpach, którzy na takich wyprawach są bardzo pomocni. Zamieszkują wysokie partie Himalajów i jako przewodnicy są i tragarze górscy są bardzo wytrzymali. - Szerpowie przywędrowali ponad 500 lat temu do Nepalu ze Wschodu. Szerpa to w ogóle znaczy człowiek ze wschodu. I bardzo szybko zostali rozpoznani jako naród nie tylko silny, ale bardzo życzliwy, uprzejmy. Zaczęli otwierać swoje domy dla turystów. Wiele z nich wciąż żyje w tych wysokich górach i zajmują się rolnictwem. Ludzie, którzy mieszkają w górach, oczywiście wybierają się na trekkingi z turystami i żyją generalnie z turystów – powiedział pan Maciej i dodał, że po wylądowaniu samolotu nie ma tam już dróg oraz pojazdów, a cały transport odbywa się przy pomocy ludzkich pleców lub tamtejszych zwierząt.
Pogoda podczas trekkingu (koniec listopada-początek grudnia 2025) dopisała, bo ani nie wiało, ani nie padało, jednak w nocy były temperatury minusowe. – Jeszcze w połowie października były tam duże opady śniegu w tych wyższych partiach, ale my na szczęście wybraliśmy moment, kiedy te szlaki zostały już przetarte – usłyszano. Przez całe trzy tygodnie wędrówki panu Maciejowi i jego kolegom towarzyszyły piękne widoki, klasztory, schroniska i totalna cisza. – Oczywiście poza tymi zwierzętami, które nas mijają, czy jakimiś tam turystami, czy innymi ludźmi. Nic nie przeszkadza tej ciszy, to można powiedzieć, że dobrze – stwierdził podróżnik.
Na szlakach zgubić się nie można, bo są oznakowane. - One oczywiście się rozchodzą. Można używać normalnej mapy i na niej są główne, ale i takie mniejsze szlaki. Teraz oczywiście większość ludzi, którzy używają telefonu, mają takie oficjalne szlaki w telefonach, ale są i ścieżki, i przejścia przez lodowice. Ja jestem jeszcze ze starej generacji, więc używam map papierowych, ale w telefonie wszystko można znaleźć. I generalnie raczej jeśli idziesz głównym szlakiem, to się nie zgubisz, ale oczywiście wiadomo, pogoda może się szybko zmienić i mogą się najróżniejsze rzeczy wydarzyć po drodze – powiedział Maciej Turzyński.
Podczas wyprawy podróżnicy pokonywali różnej długości trasy. Czasem były to 3-4 godziny, a czasem 10-11 godzin, w zależności od odcinka, jaki mieli do pokonania lub trudności. Po drodze napotykali także na polskie wątki tych wspinaczy, którzy zginęli próbując wejść na 8-tysięczniki od strony południowej. – Kukuczka zginął na Lhotse. Właśnie pan Jerzy Kukuczka wraz z Ryszardem Pawłowskim chcieli zdobyć Lhotse od strony południowej. Nikomu się jeszcze przed nimi nie udało. A oni próbowali przez kilka miesięcy. Któregoś poranka faktycznie ta pogoda się troszkę wyklarowała i zaczęli wchodzić. Jerzy Kuczka szedł pierwszy, a za nim Ryszard Pawłowski. Kiedy Jerzy Kukuczka był tak na wysokości 8300 metrów, jego lina siedmiomilimetrowa nie wytrzymała i się przerwała, pękła. Jak Ryszard Pawłowski wspomina, przeleciał po prostu koło niego. Jego ciała nigdy nie znaleziono – usłyszano.
Jak zauważył Żninianin, im wyżej się wspinali, tym wszystko było droższe. – Może poza noclegiem, bo nocleg generalnie jest tani. Ale jest taka niepisana zasada, że tam, gdzie się śpi, tam też się je. A jak tam się nie je, to jest kara do zapłacenia. I ta kara, jakby ktoś chciał ją zapłacić, to się nie opłaca, bo można za nią trzy posiłki spokojnie kupić – usłyszano.
Podczas spotkania dowiedziano się wielu ciekawostek związanych z polskim akcentem na Mount Everest. - Pierwszą Polką, która weszła na Everest była Wanda Rutkiewicz, a pierwszego zimowego wejścia dokonali Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. Natomiast pan Ryszard Pawłowski, o którym wcześniej wspominałem, jest jedynym Polakiem, który pięciokrotnie stanął na Evereście – powiedział pan Maciej, który zachęcał słuchaczy do wyprawy w Himalaje. - Polecam tym, którzy lubią góry, Nepal. Ale nie tylko dla tych gór, ale dla tych ludzi, dla tej niesamowitej życzliwości, tego uśmiechu. No i oczywiście dla chociażby samego faktu, żeby być troszeczkę bliżej tych wyższych szczytów – usłyszano.
Podróżnik przywiózł z Nepalu czarną sól, której można było skosztować, podobnie jak nepalskiej herbaty.
Jak powiedział na zakończenie spotkania Maciej Turzyński, podróżowanie z agencją ma swoje plusy i minusy. - Ja kiedy tam wrócę, to już będę raczej indywidualnie, ale jestem bardzo wdzięczny, że mogłem podróżować w zespole i wiele się z tego też nauczyć – podsumował podróżnik, który dla Klubu Podróżnika przekazał czapkę z Nepalu. Zwieńczeniem niezwykłych opowieści był tort ufundowany przez Andrzeja Turzyńskiego, nawiązujący tematycznie do Nepalu.
Barbara Filipiak
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze