A gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać na zawsze? Dokąd? Tam, gdzie poprowadzi wchodzące słońce. Żyć tu i teraz, w zgodzie z naturą i samym sobą. Poznać uczucie wolności. Mają na to odwagę Sara, Julian, Daniel oraz Basia - to nieco spolszczone imiona pochodzącej z Niemiec rodziny Schneiderów, która od pięciu lat przemierza Europę zielonym powozem, ciągniętym przez konie. Spotkaliśmy ich na leśnej polanie, w miejscu kilkudniowego postoju, nieopodal Szkółki Leśnej w Mięcierzynie. - W naszej podróży najlepsze jest to, że nigdy nie wiemy co czeka nas kolejnego dnia i kogo spotkamy - usłyszeliśmy.
Jak duże musiało być zdziwienie pracującej w Zakładzie Usług Leśnych w Mięcierzynie Joanny Kasprzak, która tuż po zakończeniu urlopu, przemieszczając się jedną z dobrze jej znanych leśnych ścieżek, zauważyła rozbite obozowisko. Jej oczom ukazały się powozy, konie, psy, kozioł i ludzie - małżeństwo z dwójką pełnoletnich już dzieci. Nie ukrywa, że widok ten wprawił ją w osłupienie. - Ich historia mnie następnie po prostu zauroczyła - przyznaje pani Joanna. Uznała, że powinni ją poznać również nasi czytelnicy, stąd we wtorek wczesnym rankiem wykonała telefon do redakcji. Zaprosiła nas do świata absolutnie innego niż ten, w którym funkcjonujemy na co dzień.
![]() |
| Joanna Kasprzak prawdopodobnie jako pierwsza odwiedziła niemiecką rodzinę w lesie, w czasie postoju w pobliżu Mięcierzyna fot. Justyna Kulpińska |
Dotarliśmy w ten sposób na pogranicze województwa kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego, w pobliże Jeziora Dużego Sykule (gm. Gniezno), sąsiadującego z osadą leśną Długi Bród w gminie Rogowo. Basia (Babsi) spacerowała z kozłem. Powitała nas szerokim uśmiechem, łamaną, ale nad podziw komunikatywną polszczyzną i propozycją wspólnego wypicia porannej herbaty. Nie sposób było odmówić. Zaparzyła ją, gotując wodę w żeliwnym dzbanku na kuchni polowej, w bezwzględnie pięknych okolicznościach przyrody. W pobliżu jeziora pasły się konie, a obok miejsca, w którym odbywały się nasze rozmowy (wieczorem musiało tam płonąć ognisko) beztrosko hasały trzy psy. Po kilkunastu minutach dołączyła do nas córka i syn Basi - Sara i Julian. Nie dane nam było tylko poznać głowy rodziny - Daniela Schneidera, który w przeddzień niezapowiedzianej wizyty opuścił Polskę, udając się do Niemiec. - Mąż zajmuje się medycyną naturalną, rehabilitacją i pojechał pomóc schorowanej przyjaciółce. Jutro wróci, a potem ruszymy dalej - wytłumaczyła Basia. Gdzie? Bez wahania odpowiedziała, że w kierunku wschodzącego słońca. Nie mają planu, wyznaczonej trasy i celu podróży. Jadą przed siebie.
![]() |
| Posiłki przygotowane na kuchni polowej smakują wybornie fot. Justyna Kulpińska |
I tak od prawie pięciu lat. Wcześniej ich życie było schematyczne, pełne rutyny i wiecznie napiętego grafiku zadań do wykonania. Daniel pracował w dużej i znanej na całym świecie korporacji (branża elektroniczna). Jego żona prowadziła hotel i spędzała dużo czasu przy biurku. Kiedy codzienność przestała przynosić im oczekiwaną satysfakcję, postanowili coś zmienić. Poczekali jednak do momentu, kiedy dzieci ukończą szkoły.
![]() |
| Sara pokazuje podkowę założoną klaczy przez ojca fot. Justyna Kulpińska |
21-letnia Sara zdradziła nam, że zielony powóz i niekończąca się podróż były przede wszystkim pomysłem taty. Zanim jednak wdała się w szczegóły pierwszą czynnością, którą wykonała zaraz po przebudzeniu było napojenie i czułe pogłaskanie każdego z dziesięciu koni. Dziewczyna wytłumaczyła następnie, że drewniany pojazd, który służy rodzinie zwłaszcza jako miejsce do spania, został udoskonalony rękoma jej ojca i brata. Znajdują się w nim cztery rozkładane miejsca noclegowe, szafka na ubrania, półka z książkami, piecyk (niezbędny jesienią i zimą), a nawet gitary Juliana. Co ciekawe, na dachu zamontowane zostały panele fotowoltaiczne. Dzięki temu Schneiderowie mogą korzystać z elektryczności.
![]() |
| Joanna Kasprzak słucha opowiadania Sary. Zielony powóz ma w swoim wnętrzu cztery miejsca do spania. fot. Justyna Kulpińska |
Przed wejściem do powozu w oczy rzuca się znak z angielskim napisem Do not give up (Nigdy się nie poddawaj). - To nasze motto - zwróciła uwagę Sara. 21-latka pokazała nam również drugi powóz, który służy rodzinie głównie jako kuchnia - przechowują w nim pożywienie i naczynia. Mają jeszcze namiot i lekką bryczkę - wykorzystują ją do przecierania szlaków w poszukiwaniu stawów, jezior i rzek. Tylko w takich miejscach mogą zatrzymać się na dłużej, zapewniając zwierzętom stały dostęp do wody. Nie są odcięci od elektroniki, nawigacji i internetu. Jak zauważa jednak 19-letni Julian - posługują się sprzętem do ogólnego rozpoznania terenu czy też relacjonowania wyprawy w mediach społecznościowych.
![]() |
| Jeden z trzech psów podróżujących ze Schneiderami fot. Justyna Kulpińska |
Zgodnie twierdzą, że nie brakuje im niczego, a do drogi przygotowywali się bardzo długo. - Żyję tak przez 25% swojego życia i nie chciałabym zmienić nic. To mi się podoba. Czuje się wolna - komentuje Sara. Na początku były to wyjazdy wakacyjne, dzięki którym mogli zdobyć niezbędne doświadczenie, uzupełniać braki w wyposażeniu, modyfikować pojazdy. Od 2017 r. są w drodze cały czas. Przez trzy lata przemieszczali się przez Niemcy. Od 1,5 roku ich celem jest Polska, która zresztą bardzo przypadła im do gustu. Doceniają przyjazne nastawienie Polaków, wsparcie i sympatię otrzymywane przez przypadkowo napotkanych ludzi. Przykładem jest pani Joanna, która dostarczyła rodzinie wodę, jedzenie, a nawet świeżo zaprawione ogórki małosolne. Te z kolei bardzo zachwalał Julian. Rodzina nie pozostała dłużna nowej znajomej. Jeszcze tego samego dnia poczęstowała ją domową pizzą, wypieczoną w piecu opalanym drewnem. Schneiderowie funkcjonują dzięki takim drobnym gestom. W miejscach postoju starają się również dorabiać, wykonując drobne prace. Daniel potrafi na przykład podkuwać konie.
![]() |
| Właściciel polany, przy której obozowisko rozbiła rodzina Schneiderów, odwiedził swoich gości fot. Justyna Kulpińska |
Wcześniej rodzina przez dłuższy czas stacjonowała w Szamotułach, a następnie Skokach. - Byli u mnie przez dwa miesiące, a teraz ja odprowadzam ich już przez kilka tygodni. Bardzo się zżyliśmy. Dzięki nim przewartościowałem swoje życie - powiedział nam Arkadiusz Loręcki, przyjaciel Schneiderów, którego również spotkaliśmy w lesie. Pod koniec naszej wizyty na miejsce dotarł też pan Bogdan, właściciel polany. Chciał upewnić się czy Sarze, Basi, Julianowi i Danielowi niczego nie brakuje, a także po raz kolejny zapewnić, że mogą zatrzymać się na jego terenie tak długo, jak tylko potrzebują.
| Twoja przeglądarka nie obsługuje odtwarzacza filmów. |
| fot. Justyna Kulpińska |
Dzisiaj Schneiderów nie ma już w lesie w pobliżu Długiego Brodu. Wyruszyli dalej na wschód i nie wiedzą jeszcze, gdzie znajdzie się ich kolejny przystanek. Kierują się w stronę słońca.
Justyna Kulpińska, 8 VIII 2022
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze