Mocne zakończenie „COŚ-ia”, czyli sceniczny surrealizm w wykonaniu teatru „W krzywym zwierciadle” ze Stepnicy. Teatr otrzymał nagrodę od jury młodzieżowego, a aktorki „Talent” od jury dorosłego.
fot. Remigiusz Konieczka
Żnin, COŚ, teatr, talenty, przegląd
Talenty nie za byle COŚ
Perełki IX Ogólnopolskich Spotkań Teatrów COŚ-chcących powędrowały do Chojnic, Bydgoszczy i Ostródy. Jednak ze żnińskiego punktu widzenia jednym z najważniejszych akcentów przeglądu było spotkanie byłych twórców Teatru im. Alberta Tison, który dwadzieścia lat temu zdobywał najważniejsze nagrody teatralnej sceny alternatywnej.

Teatr „Przebudzeni” z Ostródy pokazał, że miłość obecna jest, mimo fizycznych niedoskonałości. fot. Remigiusz Konieczka
Może to zbyt daleko idące spostrzeżenie, ale jednak po IX Ogólnopolskich Spotkaniach Teatrów COŚ-chcących i obejrzeniu 14 przedstawień na żywo i dwóch z odtworzenia wideo przychodzi mi stwierdzić, że największe wrażenie zrobił na mnie Marat/Sade Teatru im. Alberta Tison sprzed 20 lat, z listopada 1993 roku. Nadal duże wrażenie robią: rozmach przedstawienia, gra aktorska, treść przekazu, a w szczególności to, że spektakl w dalszym ciągu może być aktualny. Spektakl i przekaz. Tylko jakość obrazu świadcząca o tym, że ktoś używał kamery wideo, wskazywała na to, ile upłynęło czasu od chwili, kiedy Marat/Sade został pokazany.
Ale, zapyta ktoś, skąd na współczesnym przeglądzie teatrów przedstawienie z 1993 roku? W ramach IX Ogólnopolskich Spotkań Teatrów COŚ-chcących 21 września późnym wieczorem spotkali się byli aktorzy Teatru im. Alberta Tison z założycielem i reżyserem Jerzym Lachem. W spotkaniu uczestniczyli również mieszkańcy Żnina oraz członkowie zespołów teatralnych biorących udział w COŚ-iu. Jerzy Lach, który teraz jest dyrektorem warszawskiej Opery Kameralnej, wraz z żoną, która również była aktorką Teatru im. Alberta Tison, przyjechali po to, by wspólnie powspominać czasy, kiedy Żnin kojarzony był głównie ze sceną alternatywną, właśnie dzięki reżyserowi i aktorom Teatru im. Alberta Tison. Podczas spotkania zostały zaprezentowane dwa sfilmowane kamerą wideo przedstawienia: druga wersja Marat/Sade z 1993 roku oraz Ratujcie nasze dusze z 1994 roku. Oba spektakle, choć liczą dwie dekady, są nadal aktualne. Wspomniał o tym Jerzy Lach. Dodał, że po upływie dwudziestu lat okazało się, iż (szczególnie Marat/Sade) jest przedstawieniem politycznym. - Miałem wtedy wiele odwagi, której dziś pewnie mi brakuje, aby to pokazać - mówił.
Nie brakowało również momentów humorystycznych. Członkowie Teatru im. Alberta Tison stanowili bardzo zżytą grupę i tak jest do dziś. Kiedy Jerzy Lach powiedział, iż z racji nowego miejsca pracy uczy się opery, ktoś krzyknął: - Jurek, będziesz śpiewać, co wywołało wybuch śmiechu.
Zostawmy jednak historię. Czas wrócić do rzeczywistości. Część z aktorów teatrów, które do Żnina zawitały, nie może pamiętać 1993 roku, bo ich wtedy na świecie nie było. Ale łączy te wszystkie osoby teatr. Łączy ich pasja do tej dziedziny sztuki i pewnie każda z tych osób wkładała wszystkie swoje umiejętności, by na scenie dać z siebie wszystko. A to jak wychodziło, to już inna rzecz. Wychodziło różnie. Moje spostrzeżenia i refleksje osobiste w dużej mierze pokryły się z werdyktem jury. W tym roku teatry oceniało trzyosobowe gremium w składzie: Aleksandra Kugacz, Jerzy Welter i Piotr Morawski.
Dziewiąte Ogólnopolskie Spotkania Teatrów COŚ-chcących zaczęły się od odsłonięcia pomnika wielkiego COŚ-ia. Potem przyszedł czas na spektakle, które były wystawiane przez cztery kolejne dni w trzech różnych miejscach. Na początek teatry opanowały scenę Parowozowni. Na pierwszy ogień poszedł teatr GOK-art z Łekna, który pokazał sztukę W sieci, o podwójnym życiu ludzi w realu i w sieci internetowej. Temat bardzo aktualny, a aktorzy występowali w podwójnej roli, bo jednocześnie grali mówiąc do kamery, a obraz z kamery widzowie oglądali na dużym ekranie. Powodowało to u części widzów dysonans, kogo oglądać: aktora żywego czy tego na ekranie. Drugi spektakl to zmiana epoki i tematyki. Teatr Uniwersytetu Trzeciego Wieku z Barcina przedstawił sztukę napisaną przez Artura Jakubowskiego (dyrektora MDK w Barcinie), który popełnił ją jeszcze w liceum. Spektakl nosił tytuł Ostatni dzień, czyli rzecz o Januszu Korczaku, w którym w roli dzieci wystąpiły walizki, a osoby na scenie były ich animatorami, choć - przyznam - dopiero po przedstawieniu twórcy wyjaśnili, w jakiej roli występowali. Osobiście cały czas myślałem, że to właśnie aktorzy są dziećmi. Przyznam, że właśnie ta rola bardziej do mnie przemawiała. Kontrast aktorów w trzecim wieku opowiadających o tym, co widzą i czują dzieci, był bardzo mocny. Informacja, że byli to jedynie animatorzy schowani za walizkami, w moim odczuciu zmniejszyła ostrość przekazu, bo sama gra aktorów (celowo piszę aktorów, nie animatorów) była bardzo ciekawa.
Dwa ostatnie przedstawienia to z kolei interpretacje klasyków: Gabrieli Zapolskiej w wykonaniu Teatru 44 z Szamocina (Żabusia - uwspółcześniona komedyjka w wykonaniu dorosłych aktorów) i Aleksandra hrabiego Fredry w wykonaniu Gwarancji z Białych Błot (fragmenty Ślubów panieńskich i Zemsty w wykonaniu młodzieży).

Trzy lata temu oglądałem przedstawienie dyplomowe studentów IV roku krakowskiej PWST. To, co pokazali twórcy z „ARLETeatru”, zbliżało się do tego poziomu.
fot. Remigiusz Konieczka
Jak się okazało w niedzielę, dwa z trzech (według mnie) najlepszych przedstawień tegorocznego COŚ-ia przyszło widzom obejrzeć w piątkowe przedpołudnie. Chojnickie Studio Rapsodyczne zaprezentowało Versusa. Czas trwania, blisko godzina, mógł sugerować, że będą dłużyzny. Ale nic z tego, scenariusz i gra aktorów były znakomite. Dla mnie to majstersztyk w opowiadaniu historii. Bo była tam i II wojna światowa, był holocaust, był dramat bohatera spowodowany stratą ojca, był również przedstawiony w krzywym zwierciadle polski patriotyzm. Najpierw narrator chce przedstawić historię Polski, ale wobec tego, że z ust rodzimych patriotów słychać pod adresem oponentów epitety rodem ze stadionów (pedały, Żydzi), postanawia opowiedzieć historię Francji. Opowiada ją poprzez losy jednego z Francuzów, który - jak to Francuzi - ma w głowie romanse, a nie historię. W miarę upływu czasu okazuje się, że nie ma ojca, że nie wie, co się z nim stało, że ma korzenie żydowskie, a w finale poznaje dzieje swojej rodziny i to, że jego ojciec był wywieziony z Francji i zginął w Oświęcimiu. O tym, jak publiczności podobało się to właśnie przedstawienie, nie świadczyła burza oklasków, aplauz na stojąco, tylko cisza. Zgasło światło i zaległa cisza. Po kilkunastu sekundach - brawa. Zasłużone zresztą. Według mnie było to najlepsze przedstawienie tegorocznego COŚ-ia, bo obok ciekawie opowiedzianej historii był też pomysł sceniczny i przede wszystkim dojrzała gra aktorów.
Podobną dojrzałość pokazał ARLETeatr z Bydgoszczy wystawiając Medeę według Eurypidesa. Sztuka z czasów starożytnej Grecji w nowoczesnym wydaniu. Minimalizm scenograficzny, ekspresyjna gra aktorów, rytm i słowo. Teatr słowa. Sztuka jest trudna w odbiorze, szczególnie dla tych, którzy nie znają podstaw mitologii greckiej. Jednak kunszt aktorów nie mógł być niezauważony przez jurorów i samych widzów. Tutaj ocierało się to niemal o teatr zawodowy. Spektakle zespołów z Chojnic i Bydgoszczy zbliżyły się poziomem do Teatru im. Alberta Tison, choć nie był to ostatni pozytywny akt tegorocznego przeglądu.

Aktorstwo w przedstawieniu „Versus” Chojnickiego Studia Rapsodycznego stało na bardzo wysokim poziomie, a w parze z tym i scenariusz i doskonale opowiedziana historia. Niby temat oklepany, ale pomysł na przekaz znakomity.
fot. Remigiusz Konieczka
Gwoli reporterskiej ścisłości odnotować trzeba jeszcze jeden piątkowy występ - teatru Preteksty z Sokołowa Podlaskiego, który pokazał spektakl OllaBOGA, rzecz też o mitologii. W skrócie: poczet bogów, bogiń i bohaterów greckiego panteonu w popularnym, zrozumiałym dla uczniów wydaniu. Jasny punkt - z humorem przedstawiona postać Heraklesa, geja, który w charakterystyczny sposób przechwala się swoimi osiągnięciami.
Sobota była ostatnim dniem scenicznych występ(k)ów. Odbywały się one w dwóch miejscach - na scenie teatralnej Trójki oraz na strychu w siedzibie wydawnictwa Wulkan. Sobota to też maraton teatralny. W sumie siedem spektakli. Na początek kolejne w tegorocznym COŚ-iu przedstawienie nawiązujące do historii II wojny światowej. Teatr Krzesiwo z Warszawy w sztuce 40cztery pokazał historię młodych Polaków i Niemców, którzy zaprzyjaźniają się w latach dwudziestych, a potem w 1944 roku spotykają się po dwóch stronach barykady w Powstaniu Warszawskim. Perełką tej części był spektakl Za-Ręczyny w wykonaniu teatru Przebudzeni z Ostródy. Było to o poszukiwaniu drugiej połowy, o samotności, miłości, o przełamywaniu barier. Świetna muzyka, gra aktorów i pozytywny przekaz opatrzony humorem. Z kolei Nazajutrz Teatru Miniatura z Koszalina, to opowieść o prozie życia kobiety. O miłości do mężczyzny, która jest ślepa (stąd przepaski na oczach aktorek), o wyjściu za mąż i braku miłości w małżeństwie i o tym, że kobiety muszą pracować, być cicho i spełniać zachcianki mężów oraz o tęsknocie za prawdziwą miłością. Natomiast Inna bajka z Rybnika zaprezentowała dwie etiudy taneczne zatytułowane Poszukiwacze wolności i Krześlanie. Przyznam się - nie wiem, o co w nich chodziło.
Ostatnim spektaklem w Trójce był Stan wyjątkowy zespołu Wo/Man z Lubawy. Trwał 50 minut, ale jakżeż było to inne 50 minut od tego, co pokazał dzień wcześniej teatr z Chojnic. Te 50 minut, to było zmaganie się z przekazem scenicznym, według mnie niespójnym. Twórcy pomysł może i mieli, ale gdzieś to wszystko rozeszło się we wszystkie strony. Bodaj dopiero w drugiej połowie można się było domyślić, że chodzi o zły wpływ telewizji na człowieka. Ale chaos przekazu powodował zmęczenie. Nie było tematu w temacie. Akcja zaczęła się w poczekalni. Była to poczekalnia, do której przychodzą osoby z różnych środowisk: katechetka z Biblią, dresiarz, miss, facet z tabletem, młoda hipiska, dziecko i miłośniczka chipsów, a na środku, nie wiadomo dlaczego, spała sobie dziewczyna, która co chwilę budziła się podkreślając, że nie wie, o co chodzi, bo śpi. Najpierw osoby kłóciły się, kto jest pierwszy, a potem zastanawiały się, po co tam są. A publiczność zastanawiała się, o czym to jest. Ciekawiej zrobiło się, gdy zapaliło się niebieskie, dyskotekowe światło i weszły trzy dziewczyny w kombinezonach i kazały wszystkim być cicho. Pomyślałem sobie, że weszły siostry z Archeo z Seksmisji i zaraz wpadnie Jerzy Stuhr krzycząc: Ciemność widzę, albo Kobieta mnie bije. Nic takiego nie nastąpiło. Zamiast śmiechu był ból pleców i karku oraz spoglądanie na zegarek. Po zejściu dziewcząt w kombinezonach kolejna kłótnia na scenie, ktoś cytował Biblię, ktoś krzyczał, szarpał się. Potem znów weszły dziewczyny w kombinezonach, założyły aktorom okulary 3D i okazało się, iż to o telewizję chodzi. Najsłabsze, według mnie, przedstawienie, ale nie z winy młodych osób na scenie (jeden z aktorów zdobył przecież Talent), ale scenariusza, którego autor/autorka przekombinował. Chyba publika też czekała na rychłe zakończenie, bo kiedy tylko zgasły światła, rozległy się oklaski, ale okazało się, że przedstawienie trwa dalej.

Teatr Uniwersytetu Trzeciego Wieku zaprezentowł sztukę Artura Jakubowskiego „Ostatni dzień, czyli rzecz o Januszu Korczaku”
fot. Remigiusz Konieczka
Na dwa ostatnie spektakle trzeba się było przenieść na strych w siedzibie wydawnictwa Wulkan. Tam wystąpił teatr lalek ze Żnina pod nazwą Tenebrae Projekt. Alicja Kurek i Weronika Jaśkowska (niestety bez swojego kierownika artystycznego Rafała Hewanickiego), animując lalki zaprezentowały etiudę Przebudzenie, o poszukiwaniu siebie, zrzucaniu masek, o tym, że są osoby, które pomagają wyjść z ciemności, przebudzić się z odrętwienia, nałogu, niepokoju. Natomiast ostatnim spektaklem tegorocznego COŚ-ia był System Teatru W krzywym zwierciadle ze Stepnicy. To, co było siłą tego przedstawienia, to przede wszystkim humor rodem z Monty Pythona, gra aktorek wchodzących w interakcję z publicznością, akcja, przewrotność scen, żonglowanie wątkami, surrealizm (ubijanie plastikowych świnek jak kotletów na obiad). O czym było to przedstawienie? O dylematach młodości, o zadawaniu pytań, skąd się wziąłem, dokąd zmierzam, po co żyję. Ludzie płakali ze śmiechu. I to właśnie było według mnie trzecie najlepsze przedstawienie COŚ-ia Anno Domini 2013.
Jury myślało podobnie. Ale po kolei. Podsumowanie odbyło się w niedzielę przy ruinach zamku w Wenecji. Najpierw swój werdykt ogłosiło jury młodzieżowe. Wyróżnienie otrzymał teatr Przebudzeni za Za-Ręczyny, talenty aktorzy z Chojnic i Leszek Nurzyński z Teatru Krzesiwo, a perełką System za W krzywym zwierciadle. Dorosłe jury przyznało dwa Talenty: Mateuszowi Szturmie z teatru Wo/Man i aktorkom Teatru W Krzywym zwierciadle. Wyróżnienia powędrowały do Teatru Miniatura z Koszalina i do Teatru Krzesiwo. Trzy główne nagrody i Perełki COŚ-ia dostali: Przebudzeni z Ostródy, Chojnickie Studio Rapsodyczne oraz ARLETeatr z Bydgoszczy.
- Jesteśmy zadowoleni ze wszystkich spektakli - mówił Jerzy Welter. - Prezentowały wysoki poziom. Gratuluję odwagi, że stanęliście do konkursu.
W rozmowie z nami jurorzy powtórzyli, że obejrzeli dobre i ciekawe spektakle. Aby móc wybrać najlepsze, musieli wymyślić kategorie, według których je oceniali. Podkreślili, że każdy z teatrów był inny i mieli trudności z wyborem najlepszych. Oceniali zatem temat przedstawień, to, czy teatr ma coś do powiedzenia, aktorstwo, wiarygodność przekazu w stosunku do widza, konstrukcję przedstawień, precyzję wykonania i świadomość aktorów tego, co mają do powiedzenia. - Przedstawień nie da się porównać - przyznali.
Sami jurorzy również pokazali swoje możliwości reżysersko-aktorskie. W Gminnym Ośrodku Kultury w Damasławku aktorzy teatrów mogli zobaczyć Aleksandrę Kugacz w spektaklu Wyjścia w reżyserii Jerzego Weltera. To było w piątek 20 września.
Organizatorami tegorocznego COŚ-ia byli: Stowarzyszenie My Ruch Społeczny, Trójka Zespół Szkół Społecznych im. Armii Krajowej w Żninie i Teatr Szast-Prast ze Żnina. Współorganizatorami spotkania twórców Teatru im. Alberta Tison był Paweł Sikora i Maciej Wilhelm. W przyszłym roku odbędą się jubileuszowe X Ogólnopolskie Spotkania Teatrów COŚ-chcących.
Więcej zdjęć w galerii.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1128 (39/2013)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze