Tańczyliśmy, jak nam grali i chyba o to właśnie chodziło reżyserowi - chciał pokazać, że każdą społecznością można kierować, jak się chce. Tak na scenie, jak i w rzeczywistości.
Człowiek, któremu w sensie materialnym czy duchowym jest trudno, podnosi prędzej czy później bunt. Bunt przeciwko otaczającej go rzeczywistości lub przeciw samemu sobie. Dokładnie tak samo zachowują się zbiorowiska ludzkie - narody, co dla nas, Polaków nie jest obce. Zbuntowani, pełni jesteśmy pomysłów, nowych haseł, inwencji i naprawdę dobrej nadziei. Zgadzamy się ze wszystkim, co mogłoby się przyczynić do poprawy naszego położenia, naiwnie ufając; wiara w lepsze jutro przymyka nam oczy, z zamkniętymi oczyma kiwamy potakująco głową, a kiedy je otwieramy, widzimy nie to, co chcielibyśmy zobaczyć, ale stary brudny świat. W swojej bezsilności opuszczamy wreszcie ręce, stwierdzając, że mamy dosyć rewolucji, którą sami wywołaliśmy i że daliśmy nabić się w butelkę.
Takie refleksje wzbudził we mnie spektakl wg dramatu Petera Weissa pt. "Marat/Sade", wystawiony 21 i 22 IV w sali żnińskiego Zespołu Szkół Mechanicznych. Sztukę reżyserował i scenariusz napisał Jerzy Lach. Autorami scenografii są Zbigniew Dolski i i Andrzej Łuczak, dzięki którym publiczność miała możność bliskiego kontaktu ze sceną, wszyscy bowiem byliśmy jej konturem, a zarazem częścią, otaczając ją, a w niektórych miejscach zlewając się z jej elementami.
Nieobojętnym elementem dramatu była muzyka w wykonaniu "Dead can Dance" przejmująca, doskonale moim zdaniem wkomponowana w całość niekonwencjonalnego spektaklu.
Zespół teatru pisze: "Na obecnym etapie rozwoju dla reżysera i aktorów Teatru im. Alberta Tison poza treściami społeczno-politycznymi równie istotnym wydaje się być zmaganie z formą, traktowane jako rozgrywka z Niemożliwym". Rozgrywkę tę bezdyskusyjnie żniński teatr wygrał, co moim zdaniem potwierdziły przede wszystkim ostatnie minuty spektaklu, w ciągu których część onieśmielonej publiczności znalazła się na scenie, wykonując bezładny taniec w rytm wzbudzającej dreszcze muzyki. Miał on symbolizować radość po śmierci zabitego Marata, ale czy tylko?
Włączając się między aktorów, jakich mógłby pozazdrościć niejeden profesjonalny teatr, aktorów, którzy reprezentowali przecież zakład dla nie całkiem poczytalnych, staliśmy się jakby jego nowymi członkami. Jednym słowem tańczyliśmy, jak nam grali i chyba o to właśnie chodziło reżyserowi - chciał pokazać, że każdą społecznością można kierować, jak się chce. Tak na scenie, jak i w rzeczywistości.
Ilona Lewandowska, tygodnik polityczny "Wulkan", nr 29, 3 V 1990
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze