Reklama

- U tego Byka było full ludzi na tych koncertach, dzikie tłumy

Bartosz Kossowicz jest wokalistą formacji Collage, reprezentującej nurt rocka progresywnego. Wcześniej (2004-2014) był członkiem i wokalistą zespołu Quidam. W latach 90. i na początku lat dwutysięcznych udzielał się w takich zespołach jak Ostatni Dzień Gry i NEO. Rozmawiamy z nim o tamtych czasach, o Quidam, Collage, fanach i życiu muzyka. Wsiedliśmy do wehikułu czasu i przenieśliśmy się ponad trzydzieści lat wstecz. I przez czasy wczesnej podstawówki dotarliśmy do współczesności.
 

Relacja w "Pałukach" z 1997 roku z koncertu Ostatniego Dnia Gry w pubie "U Byka"

Reklama



BRZMIENIA Z DZIECIŃSTWA

Remigiusz Konieczka: - Kiedy świadomie zacząłeś słuchać muzyki? Czy rodzice Ci ją podsuwali, czy to były Twoje wybory?

Bartosz Kossowicz: - Nie pamiętam momentu, od którego świadomie zacząłem słuchać muzyki. Być może było to w szkole. Ja pojmuję muzykę w bardzo prosty sposób. Dzielę ją na dobrą i złą.

- Rozumiem, że u Ciebie w domu była dobra muzyka.

- Zdecydowanie.

- Czyli jaka?

- Queen, Hendrix, Led Zeppelin, Pink Floyd, Skaldowie, Maanam. Dużo tego było.

- A co wówczas najbardziej Ci leżało?

- To co wymieniłem, to tylko wycinek tego z czym się wówczas spotkałem. We Floydach lubiłem rozbudowane kompozycje. W Hendrixie pociągała mnie energia, jego sposób gry na gitarze. W Maanamie lubiłem to jak śpiewa Kora, jej zabawy z językiem polskim i sposób w jaki łączyła frazy. Zeppelinów kocham, co jest oczywiste, miłością bezgraniczną - za całokształt po prostu. Ostatnio też ktoś mi zadał podobne pytanie - czego słuchała mama, a czego tata. Mama - Czerwone Gitary, a tata - Skaldowie.

- Zaskakujące, bo było to takie podwójne życie muzyczne. W domu miałeś awangardę polskiego i zagranicznego rocka, a na szkolnych dyskotekach królowała "Lambada", za którą dzieciaki szalały.

- Tak. To i jeszcze Modern Talking. Byłem nawet niedawno na imprezie, na której ktoś włączył Modern Talking i są w tych utworach elementy, do których wracam z sentymentem.

- Dzisiaj jest moda na muzykę lat osiemdziesiątych, na brzmienie tamtych syntezatorów, na tamte piosenki. Wraca się do czasów minionych. Dzisiaj na nowo odkrywane są dla popkultury walkmany, kasety wideo i muzyka sprzed czterdziestu lat. A to było nasze dzieciństwo.

- Tak, wielu muzyków wraca do tego. Do czasów dzieciństwa. Dzisiaj mam 45 lat i z sentymentem podchodzę do czasów dzieciństwa. Zawód, który wykonuję pozwala mi na to, aby dzieciństwo w tych dźwiękach przenieść do mojego obecnego życia. Zawiera się to głównie w bitach i brzmieniach instrumentów klawiszowych. Wykorzystanie tych brzmień w obecnej muzyce jest wszechobecne. Nie trzeba szukać daleko. Riverside z Maciejem Mellerem wydali płytę, w której kawałek Friend or Foe wprost nawiązuje do lat 80. A to przecież formacja z nurtu rocka progresywnego.

- I fajnie to brzmi.

- Tak, bo to wyszło tak naturalnie. To podświadomie wychodzi. Takich zabiegów nie stosuje się z premedytacją. W latach 80. były fajne melodie i stąd to po prostu się bierze.
 

Reklama

"Quidam" na koncercie w Żninie w 2005 roku fot. Remigiusz Konieczka



FASCYNACJE

- Zostańmy jeszcze w latach osiemdziesiątych, ale zmieńmy ciężar gatunkowy. Zapytam krótko, w nawiązaniu do tego co napisałeś na swojej stronie, kto był pierwszy? Ty czy Brzoza?

- Hahaha. Brzoza.

- Wyjaśnijmy teraz, że chodzi tutaj o Wasze zafascynowanie brytyjskim zespołem heavy metalowym "Iron Maiden". Pamiętam jak obydwaj nosiliście białe t-shirty tego zespołu. Ten wasz fanatyzm - w dobrym tego słowa znaczeniu - oddziaływał na innych. Sam w ostatniej klasie podstawówki zacząłem słuchać ciężkiego brzmienia. Jakie były wasze początki tej fascynacji?

- Nie pamiętam dokładnie jaki był początek. Chyba u Brzozy w domu. Siedzieliśmy u niego w pokoju. Dostał wtedy gitarę, bo chciał się uczyć. Miał nagrane Number Of The Beast. Usłyszałem i wow. To był odlot. Później ta muzyka strasznie mną zakręciła. To było nieprawdopodobne. Wtedy był to jedyny band, którego słuchałem. Dopiero później pojawiły się kolejne - Deep Purple, Obituary, Kreator, Death. Ale nigdy nie odnalazłem w tych bandach tego co w Maidenach odnajduję do dziś... melodii. W tych piosenkach jest polot kompozycyjny. I chociaż wydaje się, że jest to galopada, to jednak potrafili to zrobić tak, że każda piosenka jest hitem. Oczywiście w swoim gatunku.

- Czy dzisiaj czujesz się chodzącą encyklopedią wiedzy o "Iron Maiden"?

- Dużo wiem, sporo pamiętam, ale trochę wiedzy uleciało.

- Byłeś na koncercie swojej ukochanej grupy z czasów dzieciństwa?

- Nie, nie byłem. A wiesz dlaczego? Bo nie lubię takich dużych koncertów. Ostatnio w mediach społecznościowych pozwoliłem sobie na wpis dotyczący zespołu The Weeknd. Live Nation [promotor koncertów - przyp. rk] sprzedawał bilety na koncert tego bandu, na którym widz nie jest w stanie zobaczyć artysty, bo wyprzedają miejsca w bocznych sektorach. Niemal z tyłu sceny. Rezultat jest taki, że płacisz kupę kasy za bilet, przychodzisz na koncert i nie widzisz artysty. Ale za to możesz go sobie posłuchać. Jeśli dodamy do tego nie zawsze dobrej jakości nagłośnienie, to zamiast święta muzyki, masz katastrofę. Nie wyobrażam sobie wydać sześciu stów na koncert Iron Maiden na stadionie narodowym, gdzie scena jest wielkości znaczka pocztowego, ledwo widzę zespół, bo siedzę gdzieś na trybunie i dodatkowo wszystko dudni. Nie, to nie dla mnie. Wolę ich wesprzeć kupując DVD, Blue-Raya i obejrzeć sobie w domu na dobrej jakości sprzęcie. Po prostu nie jestem fanem koncertów stadionowych.
 

Reklama

Bartosz Kossowicz z "Quidam" na koncercie w Żnińskim Domu Kultury w 2005 roku fot. Remigiusz Konieczka


CUDOWNE LATA

- Twoja fascynacja "Iron Maiden" trwała do końca podstawówki?

- Do dziś trwa! Ale wchodząc do liceum, wszedłem w bluesowe buty. I przyznam, że wszedłem na całego zapominając o Iron Maiden. Pojawił się w moim życiu zespół Dżem.

- Wtedy to każdy z nas poszedł w inną stronę. Ty - jak wspomniałeś - poszedłeś do liceum, ja do ekonomika. Kontakt się urwał, aż tu nagle zobaczyłem Cię na scenie w 1997 roku, w żnińskim amfiteatrze, podczas koncertu na rzecz powodzian. Wykonywałeś z zespołem utwór "With a Little Help from My Friends" autorstwa "Beatlesów", ale znany bardziej z wykonania Joe Cockera i wykorzystany w czołówce dla nas kultowego serialu "Cudowne lata". Byłem wówczas pozytywnie zaskoczony. Jak wyglądało to przejście z fascynacji heavy metalem do fascynacji bluesem?

- Wiesz, to też wyszło jakoś tak naturalnie. I pochłonął mnie ten blues, chociaż zespół Dżem, to bluesrock, trochę reagge. A w Dżemie odnalazłem to, co wcześniej w Iron Maiden, czyli wszystko. Przede wszystkim niezapomnianego i charyzmatycznego Ryśka Riedla, który jak śpiewał nawet o rzeczach trywialnych, to słuchacze truchleli - na przykład Powiedz mi mała. To jest band, w którym odnalazłem tekst, podejście i polot... taką lekkość w graniu. Tak, to jest dobre słowo - polot.

- A poza Ryśkiem i "Dżemem" coś było?

- Tak. Oprócz tego jeszcze inni artyści związani z tym nurtem. Pojawił się John Mayall, czy polscy wykonawcy - Tadeusz Nalepa i Breakout. Pamiętam, że na osiemnastkę dostałem od kolegów z klasy płytę CD Nalepy pt. Flamenco i blues. Nawet sobie ostatnio włączyłem tą płytę. Z ogromnym sentymentem jej słuchałem.

- Domyślam się, że w liceum trafiłeś na środowisko, które podzielało te Twoje fascynacje muzyczne. Spotkałeś pokrewne dusze?

- Niemal cała klasa, którą pozdrawiam serdecznie. Miałem bardzo fajne koleżanki i kolegów - bracia Romek i Waldek Brelińscy, Jacek i Gosia Kośmiccy, Bartek Hoffmann, który jest moim przyjacielem do dziś, Andrzej Domański, Piotr Wysocki, Magda Pryka i reszta ekipy. Na naszych spotkaniach śpiewałem Dżem, graliśmy i wszyscy doskonale znali teksty. Tak, ten background klasowy był.

- To kiedy skończyło się Twoje śpiewanie ogniskowe, a zaczęło to poważniejsze?

- To było mniej więcej w tym czasie, o którym wspomniałeś, czyli polowa lat 90. Stworzyliśmy zespół ze Sławkiem Bursztyńskim, Gosią Bursztyńską, Jędrzejem Dobaczewskim i Szymonem Groszakiem. Pierwsze kroki stawialiśmy w Damasławku. Kiedy to się zaczęło? Najpoważniej jeszcze w liceum, bo z zespołem, który się nazywał Ostatni Dzień Gry. W ogóle zabawna historia jest z tym jak powstała ta nazwa.

- To jak powstała?

- Już opowiadam. W domu kultury w Damasławku mieliśmy sale prób w miejscu, gdzie były projektory. Stały dwa ogromne projektory, ale miejsca było dość dużo. W pewnym momencie kino przestało istnieć i dlatego mogliśmy tam odbywać próby. Oprócz projektorów były tam jakieś stare taśmy i gadżety. A my nie mogliśmy znaleźć nazwy dla naszego zespołu. Pewnego dnia przeglądaliśmy jakieś stare rupiecie, bo kolega szukał pałek perkusyjnych. W poszukiwaniu pałek wzięliśmy karton i wysypaliśmy całą zawartość na podłogę. Kolega nadepnął przypadkowo na taką tabliczkę. Podniósł ją, a tam było napisane: OSTATNI DZIEŃ GRY. Chodziło o ostatni seans filmowy w tym kinie, a my uznaliśmy, że to jest na tyle fajne, że nadaje się na nazwę zespołu.

- Gdzie graliście?

- Lokalnie. Żnin, Damasławek, Gołańcz, Nakło... Szukaliśmy wówczas różnych przeglądów muzycznych. I w Gołańczy wygraliśmy Basztę - fajny festiwal, który odbywał się na gołanieckim zamku. Graliśmy tam Cockera między innymi.

- Wasz zespół grał tylko covery?

- Nie tylko. Własne utwory też. Mieliśmy kilka swoich numerów, ale niestety nigdy nie powstała z tego żadna płyta.

- Coś w ogóle pozostało po tej formacji?

- Być może... nie wiem, ale na pewno są jakieś nagrania na kanale You Tube, właśnie z Gołańczy. Nagrania Ostatniego Dnia Gry i NEO - kolejnego zespołu, w którym śpiewałem.
 

Reklama

Maciej Meller z "Quidam" na koncercie w Żninie w 2005 roku fot. Remigiusz Konieczka

NOWE BUTY

- To były projekty równoległe?

- Nie. NEO powstał po Ostatnim Dniu Gry. Ale dokończę jeszcze wątek związany z Ostatnim Dniem Gry. Czy pamiętasz knajpę U Byka w Żninie?

- Na ul. Pocztowej?

- Tak. I myśmy tam grali koncerty w piątki, soboty. I u tego Byka było full ludzi na tych koncertach. Dzikie tłumy. Pamiętam, że tam na koncercie pojawił się Maciek Meller. Nie znałem go wówczas. Potem się poznaliśmy i pamiętam jak powiedział: Wiecie, ja też gram trochę, to może wpadnę z gitarą (śmiech). Bo okazało się, że Maciej to też fan Dżemu. Do dziś zresztą. Przyjechał, zagrał po swojemu i było bardzo fajnie. Wiesz, wtedy nie było Internetu i nam trochę poopowiadał co, z kim i gdzie gra.

- A grał już wtedy z zespołem "Quidam"?

- Tak. Byli już po drugiej płycie zatytułowanej Sny aniołów. Przyniósł kasetę. Potem grali z Colinem Bassem - basistą zespołu Camel - w Wągrowcu. Usłyszałem ich i wtedy mi odpaliło. Doszło do mnie, że są takie zespoły jak Pink Floyd, Marillion, King Crimson. Dzięki temu, że spotkałem Maćka, usłyszałem ich muzykę i wszedłem w kolejne buty. Po Dżemie i bluesie wszedłem w buty, w których bujam się do dzisiaj.

- Zanim przejdziemy do czasów współczesnych, zapytam jeszcze co działo się po tym jak rzeczywiście nastąpił ostatni dzień gry z "Ostatnim Dniem Gry"?

- Trochę muzyków odeszło, przyszli nowi, przekształciliśmy nieco formułę i zaczęliśmy grać już jako zespół, który nazywał się NEO. Odbywaliśmy próby w Janowcu Wielkopolskim, bo tam była taka fajna miejscówka.

- Kto grał w "NEO"?

- W zespole grał Marek Ryska z Janowca, mój nieżyjący przyjaciel Paweł Hildebrandt na bębnach, Szymon Groszak na gitarze, a potem Piotrek Maciuba, Jędrzej Dobaczewski na klawiszach. Później dołączył Bartek Patelski. Ja niezmiennie śpiewałem. Zaczęliśmy grać takie rozbudowane formy zahaczające o rock progresywny. Kiedyś miałem takie marzenie, aby dla siebie i dla Pawła - bo na pewno nas gdzieś tam słucha - nagrać ten materiał. Myślę, że ten materiał jest godny tego, by go zarejestrować. Może zbiorę muzyków i to zrobimy.

- Ten materiał, o którym mówisz, był wasz autorski?

- Tak, zdecydowanie. Myśmy w NEO grali niewiele coverów.

- Repertuar był polski czy angielski?

- Mieszany, natomiast jednym z utworów, który z sentymentem wspominam był Krem Azazello. Byłem wtedy studentem filologii rosyjskiej i postać Azazella pojawiła się u Bułhakowa w Mistrzu i Małgorzacie, w książce w której do dziś jestem zakochany. A materiał był, myślę, ciekawy.

CASTING

- A kiedy ktoś Ci powiedział, że fajnie śpiewasz, fajnie się Ciebie słucha, że masz ciekawą barwę głosu? Ćwiczyłeś głos na lekcjach śpiewu czy to wyszło tak po prostu - naturalnie?

- Byłem na kilku lekcjach w życiu. Na pewno brałem lekcje przed nagraniem Alone Together [płyty Quidam - przyp. rk], ale przyznam, że nie pamiętam aby mi ktokolwiek powiedział o tym, że mam fajny głos. Tak po prostu, wprosiłem się na salony (śmiech). Tak poważniej mówiąc, to rzeczywiście teraz bardzo dużo słyszę głosów, że jest bardzo fajnie. Usłyszałem od samego mistrza Steve"a Rothery"ego [gitarzysty zespołu Marillion - przyp. rk] komplementy na temat mojego głosu, ale nie będę ich przytaczał, bo są takie moje, intymne. Ktoś inny powiedział mi taką rzecz, że na przestrzeni lat fajnie się postarzał mój głos. I rzeczywiście słuchając pierwszej płyty jaką nagrałem z Quidam, później Saiko, czyli ostatniej z tym zespołem, i teraz Collage - myślę, że to prawda. Na przestrzeni lat udoskonalałem też wiele elementów warsztatowych takich jak język czy wymowa.

- Wymieniłeś płyty "Quidam". Nadszedł czas, żeby przejść do tego - moim zdaniem - przełomowego momentu Twojej przygody z muzyką. Jak zostałeś wokalistą zespołu "Quidam"? Czy był jakiś casting?

- Był.

- Jak on wyglądał?

- Wyglądał tak jak w Collage. Przygotuj się, przyjedź i zaśpiewaj.

- Ale to nie była taka historia jak z Eddie Vedderem z "Pearl Jam", że nagrałeś wokale na kasetę, odsyłałeś zespołowi, a oni tego gdzieś tam słuchali i się zachwycali?

- Nie, nic nie odsyłałem (śmiech). Zresztą nie musiałem, bo Maciej wiedział jak śpiewam. Przyznam, że nie byłem ich pierwszym wyborem. Przesłuchali wcześniej kilku chłopaków, ale podobno za bardzo bluesowali, a mój głos był najbardziej uniwersalny.

- Co wtedy myślałeś? Coś w stylu: "Co mi tam. Spróbuję, najwyżej nie wygram"?

- Tak. Nigdy mi przez myśl nie przeszło, będąc wcześniej na koncercie Quidam, że będę śpiewał w Quidam. Podobali mi się, zostałem ich fanem i tyle. Jasne, w castingu postanowiłem spróbować swoich sił. Ale byłem dość pewny swoich możliwości wokalnych. I mimo to kompozycje pisane dla dziewczyny [wcześniejszą wokalistką zespołu Quidam była Emilia Derkowska - przyp. rk] z tekstami, których nie do końca czułem, było trudno zaśpiewać.

Reklama

 

Autograf na winylu "Over And Out" fot. Remigiusz Konieczka


FANI

- Musiałeś zmierzyć się też z legendą. Fani, kiedy zespół się reaktywował w zmienionym składzie, z nowym wokalistą, zaczęli porównywać Ciebie do Emilii.

- O matko, pamiętam co wtedy się działo. Jest taki portal internetowy ArtRock.pl. I na tej stronie było forum, a przypomnę że wówczas Facebook raczkował. I był temat Nowa płyta Quidam. Co na tym forum się działo! W pewnym momencie postanowiliśmy się w to zaangażować jako zespół. To był najgorszy ruch z możliwych, aby pisać komentarze, wyjaśniać, odpowiadać. Teraz jest okej, mam z portalem dobre relacje, ale wówczas kilku kolegów znad klawiatury postanowiło dać upust swoim emocjom.

- Bo trzeba przypomnieć, że po Twoim dołączeniu do "Quidam", dość szybko wydaliście płytę w tym nowym składzie, która nosiła tytuł "surRevival". Zbierała średnie oceny. I tak to jest w świecie internetowym, że nie wiadomo ile potu możesz wylać tworząc płytę, ile trudu włożyć, to ktoś zza biurka ot, tak po prostu w pięć minut może wydawnictwo zjechać z góry do dołu.

- Jak mnie to irytuje - takie podejście. Po wydaniu ostatniej płyty basista Iron Maiden Steve Harris powiedział, że zespół prawdopodobnie nie nagra już płyty, bo będzie trudno ją nagrać. Z różnych przyczyn, ale miał pewnie na myśli wiek, w którym znajdują się muzycy. Reakcje fanów były zabójcze. Nikt inny jak fan nie wesprze tak swojego zespołu, bo to były komentarze w stylu: To bardzo dobrze, bo po tym gniocie jaki nagrali, niczego już nie powinni nagrywać albo: Powinni nagrać, ale w taki lub inny sposób. Kuczę. Załóż sobie zespół, naucz się grać, komponować, pisać, wydaj płytę i komentuj.

- Zgadzam się.

- Ja mam takie wrażenie, że zbliżyliśmy się z fanami na dość niebezpieczną odległość. Przez Internet, fotki, lajki, zaczęli nas trochę traktować jak własność.

- Jak kolegów z podwórka. Jednego dnia poklepią Cię po plecach, a drugiego dnia możesz dostać w nos.

- Tak to można ująć. Jesteśmy trochę od nich zależni...

- Bo ktoś te płyty kupuje, do kogoś kierujesz swoją muzykę.

- Ale ja nie mogę wychodzić z takiego założenia, i nigdy nie wychodziłem, że ja muszę nagrać taką płytę, bo im się to będzie podobało. Jak się spodoba, to super. Jest sukces. Ale nagrywając płytę, nie wychodzę z takiego założenia nigdy, a ludzie uzurpują sobie prawo do tego, że mówią ci jak masz grać czy nawet to jak masz wyglądać. Ktoś kiedyś w komentarzach wpisał: Jakie on ma beznadziejne spodnie. Absurdalne.

- Ale sam kiedyś czytałem komentarz na Twój temat, nawet ciekawy, bo ktoś napisał, a było to kilka lat wstecz jak jeszcze miałeś długie włosy, że jesteś podobny do Davida Gilmoura z czasów The dark Side of The Moon czy Animals.

- Haha. A to się zgadza. Miałem taką fankę, która wysłała mi połączone zdjęcia - moje i Gilmoura. Rzeczywiście coś w tym jest.

- Raczej było, bo czas leci i się zmieniliście. Ty i Gilmour.

- Tak, było (śmiech).

Reklama

Bartosz Kossowicz podczas koncertu z "Collage" fot. Beatrycze Bem (ze strony bartoszkossowicz.pl)

TEKSTY

- Pamiętasz debiut sceniczny z "Quidamem"?

- Tak, pamiętam.

- Co czułeś? Bałeś się?

- To był koncert w Trójce. Czy się bałem? Matko. Słuchałem tego koncertu ostatnio, bo został zarejestrowany i Ziółek basista Quidamu, powiedział: Jeny, ty brzmiałeś jak ksiądz. I rzeczywiście wstawiałem takie jakieś przemowy ;-) Straszne to było, takie z kijem w... wiadomo gdzie.

- Po płycie "surRevival" nagraliście jako "Quidam" jeszcze dwie - "Alone Together" i "Saiko". Która z tych dwóch ostatnich jest bliższa Twojemu sercu?

- Bez wątpienia Saiko.

- Dlaczego?

- Wiesz, bo wydarzyło się w moim życiu coś bardzo nieprawdopodobnie przykrego i postanowiłem o tym napisać tę płytę. To był taki mój emocjonalny upust, który pomógł mi, oprócz mojej rodziny i przyjaciół, przetrwać trudny moment. Bez wątpienia ważniejsza była Saiko, ale sukces komercyjny, jeśli o takim można mówić w przypadku zespołu Quidam, to Alone Together. Nawet na OLiS-ie (cotygodniowej liście przebojów, klasyfikującej 100 najpopularniejszych albumów muzycznych na terenie Polski) znaleźliśmy się z tą płytą. Do tego bardzo dużo koncertów z tą płytą. W Polsce, za granicą. Długa trasa.

- Której zwieńczeniem był koncert w Koninie i nagranie płyty DVD z tego koncertu.

- Tak. Kapitalny koncert, który uwielbiam i wydaje mi się, że byliśmy wtedy w turbo formie.

- Teraz dochodzimy do momentu, w którym chciałbym zapytać o pisanie tekstów. Jakie Ty preferujesz teksty? Po polsku czy angielsku? Na "Saiko" pojawiły się teksty w języku polskim. Na dwóch wcześniejszych śpiewałeś po angielsku. Czy język angielski daje możliwość ukrycia się? Wydaje mi się, że śpiewając po polsku tutaj, w kraju, bardziej się odkrywasz, bo jesteś lepiej rozumiany.

- Uważam, że nie jestem dobrym tekściarzem.

- Ale jesteś autorem tekstów.

- To są takie bezpieczne teksty. Na Saiko rzeczywiście były to rzeczy bardziej osobiste. Zresztą na tej płycie razem z Maćkiem pisaliśmy teksty. Ale zdradzę Ci tajemnicę w jaki sposób piszę. Jak powstaje utwór, to ja sobie układam linię melodyczną po norwesku. I co jakiś czas mój organizm, co jest nieprawdopodobne, wyrzuca pewne słowo. I to słowo okazuje się słowem kluczowym do całości. Wiesz, jest to naturalne, bo nie przygotowuję tego w żaden sposób, i wokół tego słowa buduję później atmosferę tekstu. Na nadchodzącej płycie zespołu Harpie pojawią się teksty budowane tylko w takim sznycie. Zespół Harpie. Zapamiętaj tą nazwę.

- Bo?

- Bo myślę, że zrobimy jeszcze dużo zamieszania. Jest to duet.

- Z kim go tworzysz?

- Z Szymonem Brzezińskim, gitarzystą zespołu Abraxas, który mieszka w Gnieźnie. I tak mi się to wszystko zakręciło, że śpiewałem już z muzykami niemal każdego polskiego zespołu progresywnego. Ale, przepraszam, o co pytałeś?

- O to czy trudno Ci się pisze teksty czy nie?

- W taki sposób, o którym wspomniałem, to nie.

- A zdarzało Ci się pisać teksty na kolanie, na ostatnią chwilę?

- Zdarzało się.

- Co chcesz przekazać słuchaczom w swoich testach?

- W Collage nie piszę tekstów, ale kiedy pisałem w Quidam, to w tych tekstach chciałem przekazać jakąś historie, jakąś opowieść. Tak, by ludzie zinterpretowali sobie jak chcą, bo jest to ciekawe, jak fani odczytują to co im śpiewam, jak sobie ten przekaz układają w głowach. Nigdy nie pisałem komercyjnie, pod publikę. Tak jak wspomniałem, nie uważam siebie za dobrego tekściarza, bo być może za bardzo chcę pisać o tematach, które dotykają mojego wnętrza i nie bardzo to się przekłada na odbiór przez słuchaczy. To raczej są historie i niech każdy interpretuje ja na swój sposób i niech każdy z tymi tekstami układa się do snu.

- A czy ważne jest dla Ciebie to, co o was napiszą? Mam na myśli recenzje w prasie muzycznej.

- Coraz mniej, ale jest ważne, bo każdy lubi się połechtać.

- Ale jak to wyglądało w "Quidam"? Najpierw była muzyka, a potem teksty? A może wszystko razem tworzyliście?

- Razem. W Quidam wszystko robiliśmy razem. To była wspólna praca.

- Czyli, jak to mówią, tworzyliście zgrany kolektyw.

- Dokładnie (śmiech). Chociaż kompozytorami byli Zbyszek Florek i Maciek. To oni przynosili szkielet, na którym powstawały później utwory.

- I ostatnie pytanie z czasów "Quidam". Dlaczego się skończyło? Coś się wypaliło?

- Wiesz co? Coś się wypaliło (długa cisza).

28 LAT

- I to jest chwila, by przejść do Twojego najnowszego projektu. Od kilku lat jesteś wokalistą zespołu "Collage". Formacja ta zaczynała jeszcze w latach osiemdziesiątych, a Ty jesteś kolejnym z kilku wokalistów, którzy się przewinęli przez ten zespół. Jak trafiłeś do "Collage"? Z tego co wiem opuścił ich wokalista.

- Tak. Wokalista i gitarzysta. Trafił tam jako nowy gitarzysta Michał Kirmuć, który znał mnie z Quidam. I pamiętam jak dziś, że wracałem z rodziną od Mariusza Ziółkowskiego, basisty Quidamu, z którym jesteśmy w przyjacielskich relacjach. Jechaliśmy z Włocławka i zadzwonił telefon. Przedstawił się Michał i zapytał co teraz robię. Jak wygląda moje życie muzyczne. Odpowiedziałem, że nie jestem zaangażowany w żaden projekt. Wtedy zapytał czy nie byłbym chętny przyjechać i zaśpiewać z zespołem Collage.

- I jaka była Twoja odpowiedź?

- Przyznam, że znałem nazwę, ale nie znałem twórczości. Ale będąc na szkoleniu w Warszawie, spotkaliśmy się w jakimś hotelu w dzielnicy Wawer. Przyjechał zespół, usiedliśmy, porozmawialiśmy i umówiliśmy się na próbę. Po miesiącu pojechałem do Warszawy. Przygotowałem kilka rzeczy do zaśpiewania, ale ta próba nie wyszła dobrze. Oni inaczej pracowali niż mi się wydawało. Przede wszystkim był spory hałas na próbie. Z racji pomieszczenia i ustawień dźwięku, do którego byłem przyzwyczajony w Quidam. Niezbyt komfortowo się czułem. Pod koniec pojawiła się fajna energia. Umówiliśmy się na kolejną próbę i na tej było już fajnie.

- Czy już wtedy członkowie zespołu wspominali o nowej płycie?

- O nowej płycie mówili od zawsze (śmiech). Ostatnią i przedostatnią płytę dzieli 28 lat. Materiał na nowy krążek mieli gotowy, ale też trzeba przyznać, że życie rzucało im czasem kłody pod nogi, co wydłużało proces tworzenia płyty.

- To co się stało, że się udało? Przyszedł Bartosz Kossowicz do zespołu i się ruszyło?

- Tak, bo moja determinacja była głównym czynnikiem tego, że ta płyta jest. Naprawdę. Byłem zdeterminowany, aby się pojawiła. Koprodukowałem tą płytę. Po raz pierwszy w życiu się tym zająłem. Co prawda były to drobne prace, bo Krzyś Palczewski wykonał główną robotę. Myślę, że byłem jednym z wielu czynników wiodących do tego, aby ta płyta powstała i jeśli chłopcy to przeczytają, to gdzieś się podświadomie z tym zgodzą. Nawet Wojtek [Szadkowski - lider zespołu Collage - przyp. rk].

- Płyta powstała i zbiera dobre recenzje.

- A mnie to zaskoczyło, bo nagrywając i odsłuchując, miałem momentami jej serdecznie dosyć. Pojawiały się wzloty i upadki.

- Tak jest, że jak tworzysz, to w pewnym momencie nie masz już do tego dystansu.

- Do tego nie miałem dystansu do kwadratu. Czułem, że materiał ma potencjał, ale nie spodziewałem się takiego odbioru. Jest naprawdę niesłychany. Nigdy wcześniej takiego komercyjnego sukcesu nie odniosłem.

- Tak dobrze się sprzedaje?

- Tak, sprzedaje się dobrze. I fajna historia dla Żnina. Ludzie lubią te wszystkie zestawienia np. na wspomnianym OLiS-ie. Maciek Meller i jego Riverside z najnowszą płytą byli dwa tygodnie na pierwszym miejscu. My z Collage byliśmy na piątym w sprzedaży płyt CD, a LP [winyl - przyp. rk] na miejscu drugim.

- Płyta "Collage" została też fajnie wydana. Mnie osobiście przypadł do gustu niebieski winyl, ale trzeba dodać, że na okładkę wybrano jeden z obrazów Zdzisława Beksińskiego. Czyj to był pomysł?

- Wojtka, bo to on decyduje o takich rzeczach. Tym bardziej, że jego znajomość z Beksińskimi miała swój początek wiele lat temu. Tomasz Beksiński był niemal członkiem Collage, był orędownikiem tej muzyki i przyjacielem Wojtka i Michała. Więc Tomasz, a przez to Zdzisław Beksiński z tym zespołem są kojarzeni.
 

Reklama

Bartosz Kossowicz podczas koncertu z "Collage" fot. Beatrycze Bem (ze strony bartoszkossowicz.pl)

GŁOS

- Czy wyruszycie w trasę koncertową?

- Tak. Planujemy trasę.

- Czy w związku z trasą uczysz się całego repertuaru "Collage" czy tylko tego co zagracie na koncertach?

- Wybieramy sobie setlistę również z rzeczy starszych. Ale chciałem je zaśpiewać, bo niektóre mi się po prostu podobają. Poznałem je niedawno i uważam, że są całkiem spoko. Po polsku na przykład: Dalej, dalej czy Rozmowa.

- A kiedy zaczyna się trasa?

- Pod koniec maja.

- Czy zagracie w Żninie?

- Jeśli nas zaproszą, to zagramy.

- A gdzie będzie można posłuchać zespołu "Collage"?

- Najbliżej Żnina wystąpimy w Toruniu - 4 czerwca i Poznaniu - 10 czerwca. Co ciekawe zagram tam z kolejnym żninianinem Piotrem Pryką - członkiem zespołu Alhena. Zespół ten będzie gościem na naszej trasie. Z Maciejem Mellerem i jego Riverside w lipcu zagramy w katowickim Spodku na festiwalu Summer Fog.

- W jaki sposób wokalista powinien dbać o głos? Przecież ten aparat musi być sprawny. Szczególnie w trasie, gdziekoncerty są do kilka dni. Czy narzucasz sobie jakiś reżym?

- Na trasie tak. Nie piję alkoholu. Staram się nie pić gazowanych rzeczy. Staram się o to, aby dobrze słyszeć się na scenie. To bardzo ważne. Staram się nawet mało mówić, aby nie forsować swojego głosu. Chociaż nasza nadchodząca trasa będzie taka weekendowa, więc powinno być lżej. Zaśpiewanie dwu i pół godzinnego koncertu, bo z takim zamiarem się nosimy, będzie na pewno wyzwaniem dla strun głosowych. Ja pracuję głosem, więc dbałość o ten aparat jest dla mnie ważna na co dzień.

- A na co dzień uczysz w szkole?

- Tak.

- I jak na twoje hobby reagują uczniowie, znajomi?

- Kiedyś, jak był boom na muzykę rockową, to pewnie byłoby inaczej. Ale myślę, że kibicują.

- Czy trudno pogodzić taką pasję z życiem zawodowym i rodzinnym? Czy z muzyki da się żyć?

- Mnie się nie da żyć. Dla mnie to hobby, a jak wiadomo hobby to przyjemność. Znalezienie sobie takiej pracy łączącej ją z hobby, byłoby super. Ja mam trochę inne podejście do tego. Muzyka i to, że sobie śpiewam, to to samo jakby ktoś inny pojechał łowić sobie ryby. Jest też mu z tym dobrze, a mi śpiewanie pozwala przychodzić do pracy i być zadowolonym. Jadę na koncert, pośpiewam sobie, potem wracam, przychodzę do szkoły i jestem uśmiechnięty. Myślę, że uczniowie lubią mieć ze mną zajęcia. Z gościem, który jest spełniony w życiu. Mam dużo obowiązków, ale lubię je mieć.

- Nie czujesz zmęczenia?

- Mam 45 lat. Wielu rzeczy chciałbym się jeszcze nauczyć. Żal mi jest ludzi, którzy tracą czas w życiu na nierobienie niczego, bo ja sobie ciągle jakieś cele wyznaczam. Jestem człowiekiem zadaniowym. Lubię odpocząć, bo trzeba, ale mam świadomość uciekającego czasu i mam tą chęć wykorzystania każdej minuty.

- To powodzenia. Dziękuję za rozmowę.
 

Reklama

Bartosz Kossowicz fot. Remigiusz Konieczka

 

* Bartosz Kossowicz obecnie jest wokalistą formacji Collage, reprezentującej nurt rocka progresywnego. Wcześniej (2004-2014) był członkiem i wokalistą zespołu Quidam. W latach 90. i na początku lat dwutysięcznych udzielał się w takich zespołach jak Ostatni Dzień Gry i NEO. Jest absolwentem Liceum Ogólnokształcącego w Żninie i Szkoły Podstawowej nr 1 w Żninie.

 

Remigiusz Konieczka

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 21/02/2024 10:08
Reklama

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości