Po kilku górkach (kopczyki), które zdobyliśmy bez większego problemu (Coli Rosa, Punta Fiames) przyszedł czas na Marmoladę (3342 m n.p.m.). Na to wejście w Dolomitach przygotowywaliśmy się kilka dni. Poziom adrenaliny wzrastał. Przecież czekała na nas najwyższa góra, śnieg, lodowiec, ekspozycja, być może burza...
Ze względu na częste załamania pogody zdecydowaliśmy się na wyjście z campingu około drugiej rano. Pierwszy etap kończył się w schronisku Contrin, gdzie zgodnie z planem byliśmy około 4.00. Do poprzedzającej szczyt przełęczy mieliśmy około 2 godzin podejścia. Nasze zapały jednak szyko ostygły. Czarne chmury i złowrogie pomrukiwania zmusiły nas do odwrotu. Tego dnia Marmolada nie raczyła nawet na nas spojrzeć... Nie poddaliśmy się. Kolejnej nocy zaatakowaliśmy drugi raz. Aby nie podchodzić już ponownie do schroniska, zostaliśmy na noc w lesie. Rozłożeni pod drzewami, ubrani we wszystko, co było dostępne, popijając ciepłą herbatę przygotowywaliśmy się do snu. Przy okazji z satysfakcją stwierdziliśmy, że naszymi sąsiadkami są włoskie krowy. Bez trudu mogły złożyć nam wizytę. Oczywiście równie łatwo mogły złożyć nam co innego... Humory dopisywały.
Wstaliśmy również bardzo wcześnie. Z lasu do schroniska mieliśmy już bliżej. Tam - szybkie śniadanie. W stronę przełęczy wychodziliśmy około 700. W rewelacyjnym tempie po krótkim, ale ostrym podejściu, dotarliśmy do ferraty. Od tego momentu to już praktycznie bez wytchnienia podążaliśmy ferratą na sam masyw Marmolady. Każdy nieśmiało spoglądał na niebo. A niebo tego dnia było piękne, wymarzone, idealne na wejście. Idąc ferratą, przepinając już mechanicznie karabinki nie zapomnieliśmy o widokach. Niech nie brzmi to banalnie, ale naprawdę trudno to opisać. To tak, jak wejście w paszczę lwa, który przyjaźnie zaprasza na do środka. Ogromna przestrzeń, w górze oczekujący na nas lodowiec, a w dole coraz bardziej oddalające się górskie miasteczka, drogi, jakiś stadion.
Zachwycaliśmy się piękną panoramą włoskich i austriackich Alp. Nikt nie żałował kliszy. Bez większych problemów, w ciągu 3-4, godzin przebrnęliśmy przez ferratę. Przed nami jeszcze tylko lodowiec. Przy silnie wiejącym wietrze, w śniegu, od którego odbijały się promienie słońca (okulary wskazane), dość mozolnie i powoli podchodziliśmy na najwyższe wzniesienie całego masywu - Punta Pe-nia. (3342 m n.p.m.). Marmolada poddała się około południa. Radość i entuzjazm trudno było opanować. Uśmiechnięte zdjęcia będą pamiątka na wiele lat. I już bez znaczenia był fakt, że mieliśmy wracać tym samym szlakiem, co w górach nie jest najlepszym rozwiązaniem. Nikt tak naprawdę o tym nie myślał. Najważniejsze było jedno: Marmolada pękła Cała wyprawa trwała około 14-15 godzin. Zmęczeni, ale dumni, wracaliśmy w dolinę. Sukces uczciliśmy podanym do kolacji włoskim winem.
MARCIN DOBIES
Pałuki nr 391 (31/1997)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze