We flagowym bloku spółdzielni
Woda kapie, a prezes nie jest strachliwy
Od 2007 r. w mieszkaniu na czwartym piętrze w czasie większych opadów kapie z sufitu woda. Później sypie się tynk i gnije podłoga. Mieszkańcy wydeptują ścieżki do prezesa spółdzielni Kujawy, która administruje blokiem. Proszą o wyeliminowanie usterki dachu, ale wszelkie podejmowane dotychczas próby naprawy na nic się zdały.
Zofia i Zbigniew Robaczewscy w mieszkaniu na czwartym pietrze dawnego hotelu od czterech lat walczą z kapaniem z sufitu podczas deszczu fot. Karol Gapiński Blok przy ul. Mogileńskiej 1 w Barcinie jest blokiem flagowym miejscowej Spółdzielni Mieszkaniowej Kujawy. Nie dlatego jednak, że najpiękniejszym i najlepszym pod względem technicznym na całym osiedlu. Jest to po prostu blok flagowy, gdyż mieści się w nim siedziba administracji spółdzielni.
Administracja spółdzielni zajmuje tylko część parteru, a w pozostałej części budynku i na pozostałych kondygnacjach mieszczą się lokale pod działalność gospodarczą i przede wszystkim mieszkania. Blok ten był wybudowany przed niemal pół wiekiem jako hotel robotniczy i przez lata pełnił tę właśnie funkcję.
Na czwartym pietrze bloku, bliżej północnego szczytu (od strony ul. LWP) jest mieszkanie należące do gminy, które sąsiaduje z dawną siedzibą Telewizji Lokalnej Barcin. Wcześniej zresztą w mieszkaniu tym był najemcą jeden z pracowników tej telewizji.
Administratorem jest, podobnie jak w całym bloku, spółdzielnia Kujawy. Tak się składa, że dokładnie dzisiaj, 7 lipca, mija 6 lat, kiedy to Zofia i Zbigniew Robaczewscy zawarli umowę najmu tego mieszkania z ówczesną burmistrz Barcina Ewą Stankiewicz i przeprowadzili się do niego razem z synem Rafałem.
Bezpośrednio przed nimi w mieszkaniu najemcą była przez kilka miesięcy ich córka z rodziną, a jeszcze wcześniej wspomniany pracownik lokalnej telewizji. Zofia i Zbigniew Robaczewscy postanowili zamienić się na mieszkania z córką. Ona bowiem ze swoją rodziną bardziej potrzebowała większej przestrzeni życiowej. Jednak wtedy w mieszkaniu nie było problemów z przeciekającym sufitem. Przez 2 lata państwo Robaczewscy, podobnie jak poprzedni lokatorzy, nie mieli problemów z sufitem.
ZACZĘŁO SIĘ OD REMONTU DACHU
Latem 2007 r. spółdzielnia mieszkaniowa zleciła wymianę pokrycia dachowego tego bloku Zakładowi Wielobranżowemu Stanisława Ratajczaka w Barcinie. W trakcie wykonywania zleconych prac zaczął padać deszcz. - Moim zdaniem ta firma zdjęła starą papę i jeszcze nie zdążyła położyć nowej, a w tym czasie spadł deszcz. Dach zaś nie był zabezpieczony. W rezultacie nastąpiło pierwsze zalanie 23 sierpnia 2007 r., co zostało od razu zaznaczone w sporządzonym przeze mnie zgłoszeniu tej usterki do spółdzielni dzień później. Na wizji lokalnej był wtedy pan Artur Błaszczyk ze spółdzielni i właściciel firmy wykonującej remont dachu. Stwierdzili, że faktycznie doszło do zalania. Wytłumaczenie było takie, że dach jest w trakcie remontu. Z panem, którego firma wykonywała remont dachu, doszliśmy do porozumienia. Dogadaliśmy się po prostu i on przekazał mi 500 zł jako pokrycie kosztów remontu - opowiada Zbigniew Robaczewski.
Do rozmowy włącza się jego żona, Zofia: - Zalewanie mieszkania zaczęło się powtarzać przy okazji każdego większego deszczu, a przede wszystkim, gdy opady były ciągłe przez wiele godzin. Tak, jak choćby teraz, gdy pada od piątku do tej chwili (rozmawialiśmy w sobotę w południe - przypis kg). Na początku zalewało łazienkę, przedpokój i większy pokój. Oczywiście za każdym razem mąż, a rzadziej ja, biegaliśmy na dół do spółdzielni zgłaszać to przeciekanie sufitu. Ile takich sygnałów dawaliśmy, to już nawet nie liczę. Było ich przez te wszystkie lata chyba z kilkadziesiąt. Pani w pokoju naprzeciw wejścia do siedziby spółdzielni ma ewidencję interwencji mieszkańców. Teraz, gdy widzi któreś z nas, gdy wchodzimy do spółdzielni, to już nie musi pytać, w jakiej przyszłam ja, czy Zbyszek sprawie, bo już wiadomo. Przychodzimy zawsze w tej samej. Żeby raz na zawsze zlikwidowali przyczynę tego kapania. Żeby ten dach wreszcie solidnie połatali i żebyśmy nie musieli ciągle wydawać pieniędzy na remont. Robiliśmy tu już łazienkę oraz kładliśmy podłogę, bo przecież ona gnije, gdy ta woda tak kapie, wdziera się wcześniej pod taki chodnik, a teraz nawet pewnie pod panele. Oczywiście wiele też razy musieliśmy tutaj malować i uzupełniać sufit. Wygląda to tak, że woda między dachem a sufitem najpierw się gromadzi, później kroplami spada z tej bańki pod sufitem na podłogę. Oczywiście ja podkładam, jeśli oczywiście jestem w domu, gdy akurat zaczyna przeciekać miskę do tej wody, bo inaczej leci bezpośrednio na podłogę. Na końcu, jak ten bąbel na suficie już się opróżni, to farba i tynk odpadają z niego płatami. Dlatego te kolejne malowania muszą być też poprzedzone wypełnieniem ubytków w suficie.
UBEZPIECZYCIEL - POKRYCIE DACHOWE JEST W DOBRYM STANIE
Po pierwszym zalaniu w 2007 r. udało się firmie Stanisława Ratajczaka wyeliminować dalsze przeciekanie w łazience i większej części przedpokoju. Jednak w większym z dwóch pokoi nadal przeciekało przy okazji ulewnych deszczów. - Kiedy to zgłaszaliśmy, to co jakiś czas przychodziły komisje i szukały przyczyn tego przeciekania. Wymieniali różne przyczyny, że to przez gołębie, że przez kable „Multimediów”, czyli operatora telewizji kablowej i różne inne kable, które są na dachu i powodują, że woda dostaje się pod spód. Albo też, że dach ma spadek jednostronny, a akurat nad naszym mieszkaniem kończy się ten spadek. Ale nas to już naprawdę nie obchodzi, co jest przyczyną. Chcemy, żeby ona została wyeliminowana raz na zawsze. Uważamy, że można to zrobić, bo jednak teraz wiosną ze spółdzielni byli na dachu i coś zrobili, że teraz już w narożniku naszego sufitu w pokoju jakimś sposobem przestało przeciekać. Przecieka jednak w ostatnim miejscu, kawałek dalej w pokoju, z drugiej strony drzwi między przedpokojem i pokojem. Czyli jak widać, można coś chyba zrobić - mówi Zofia Robaczewska.
Jej zdaniem, nawet jeśli naprawienie tej usterki należy do innych firm, a nie samej spółdzielni, czyli np.do wykonawcy wcześniejszego remontu, czy też do właścicieli kabli pozostawionych na dachu po różnych telewizjach, dostawcach Internetu, czy jeszcze innych, to i tak zadaniem spółdzielni jest wyegzekwowanie tej naprawy od tychże firm.
- Tymczasem w wyniku jednego z zalań w zeszłym roku 14 września 2010 r. zdołaliśmy jeszcze wywalczyć 468,27 zł za zniszczenia powstałe wskutek przeciekania od ubezpieczyciela budynku spółdzielni, czyli od „Hestii”. 10 grudnia jednak znów mieliśmy przeciekanie i kolejne zniszczenia. Tym razem ubezpieczyciel odmówił odszkodowania - opowiada Zofia Robaczewska.
Ubezpieczyciel odmowę argumentował tym, że z protokołu przeglądu technicznego obiektu z 20 września 2010 r. wynika, że pokrycie dachowe jest w stanie dobrym i nie ma konieczności dokonywania jakichkolwiek napraw. W tym protokole, co zaznaczał ubezpieczyciel, nie było żadnych informacji na temat konieczności remontu dachu, a zatem wniosek jest taki, że ze strony ubezpieczonego, czyli spółdzielni dokonano wszelkich starań i należytej staranności w celu utrzymania właściwego stanu budynku.
- Zatem spółdzielnia musiała w międzyczasie coś robić na dachu, skoro tym razem podstaw do odszkodowania nie było. Tylko skoro przegląd stanu technicznego wykazał brak konieczności remontu, to czemu nadal przecieka? - dziwi się Zbigniew Robaczewski. W remonty mieszkania gminnego, które wynajmują, włożyli łącznie już zdecydowanie więcej pieniędzy, niż te niecałe 1.000 zł, które otrzymali przez 4 lata. (500 zł od wykonawcy remontu dachu w 2007 r. i 468,27 zł za zniszczenia w pokoju po przeciekaniu we wrześniu ub.r.).
Ponieważ interwencje u prezesa spółdzielni Henryka Popławskiego nie przyniosły trwałego wyeliminowania przyczyn przeciekania wody w mieszkaniu, a najemcy mieli umowę z burmistrzem Barcina, pewnego dnia Zbigniew Robaczewski udał się z interwencją do Urzędu Miejskiego. - W Urzędzie dowiedziałem się, że administrowaniem mieszkaniami gminnymi zajmuje się spółka „Wodbar”. Kazali mi tam pójść, więc poszedłem i zgłosiłem. Przyszła komisja z „Wodbaru”, tak, jak wcześniej przychodzili ze spółdzielni. Porobili zdjęcia i niestety też nic w ślad za tą wizytą nie poszło - opowiada Zbigniew Robaczewski.
COŚ PĘKŁO
W ostatni weekend, gdy długo padał deszcz, a w mieszkaniu pod dachem dawnego hotelu przeciekała woda i znów pękał sufit, pękło też coś ostatecznie w Zofii Robaczewskiej. Popatrzyła na swe rachunki ze spółdzielnią mieszkaniową jako administratorem. - Nie mamy żadnych długów, teraz na fundusz remontowy płacimy po 40,17 zł na miesiąc, a przecież mamy małe mieszkanko. W ogóle przez 38 lat mieszkamy w zasobach mieszkaniowych „Kujaw” i nigdy długów nie narobiliśmy. Skoro tak, to czemu oni nie robią remontu porządnie? Może to nie my spółdzielni, a prezes nam powinien na fundusz remontowy płacić, skoro ciągle mamy remontować nasze sufity i podłogi? Ja już wcześniej, widząc że nie traktują nas poważnie, chciałam powiadomić gazetę. Ale mówiłam sobie, że wyślę mojego Zbyszka raz jeszcze, żeby znów zgłosił interwencję. Teraz już jednak nie wytrzymuję. Oni nie mogą nas tak traktować - skarży się Zofia Robaczewska.
W poniedziałek zaraz po 700 kobieta udała się do siedziby spółdzielni, aby znów zgłosić swe problemy prezesowi. Tym razem była bardzo kategoryczna w swoich żądaniach wyeliminowania przyczyn powtarzającego się kapania. Zapowiedziała prezesowi Henrykowi Popławskiemu, że jeśli tego nie zrobią, to ona sprowadzi telewizję, aby wszyscy zobaczyli, jak ten dach wygląda. - Prezes powiedział mi, że mogę sobie nawet gazetę wzywać i potraktował mnie lekceważąco. Dopiero później znów ktoś przyszedł ze spółdzielni na górę i oglądał przeciek w mieszkaniu u nas. Znów powiedzieli, że przyczyną są kable na dachu pozostawione przez operatora kablówki. Dodam, że w innych mieszkaniach na czwartym piętrze nie było wcześniej tych przeciekań, ale teraz stwierdziliśmy też z tym pracownikiem, że kapie na klatce schodowej. Tak sobie myślę, że może to pana prezesa zmobilizuje do konstruktywnych działań, a nie do lekceważenia interesantów - dzieli się swoimi nadziejami Zofia Robaczewska.
PREZES NIE JEST STRACHLIWY I KAŻE CZEKAĆ 30 DNI
W poniedziałek pytania o przyczyny powstawania przecieków oraz o to, dlaczego ich nie wyeliminowano przez cztery lata i czy będzie coś przedsięwzięte, by je wreszcie wyeliminować skierowaliśmy do prezesa spółdzielni Henryka Popławskiego. Prezes odpowiedział, że nie jest strachliwy i nikt go nie będzie telewizją albo gazetą straszył i nie udzieli odpowiedzi na pytania. Tych odpowiedzi możemy oczekiwać jedynie od zarządu, po skierowaniu swoich pytań na piśmie. Zarząd, któremu jako prezes Henryk Popławski przewodniczy i jest w nim jedynym etatowym członkiem, ustosunkuje się do nich zgodnie z prawem w terminie do 30 dni od złożenia. Złożyliśmy zatem w spółdzielni pytania na piśmie.
ODCHODY GOŁĘBI I KANAŁY WENTYLACYJNE
Zdecydowanie więcej od prezesa w sprawie dachu na spółdzielczym bloku przy ul. Mogileńskiej powiedział szef firmy wykonującej cztery lata temu jego remont, czyli Stanisław Ratajczak. Przypomniał, że w 2007 r. wymiana pokrycia na byłym hotelu została zrobiona poprawnie i odebrana przez spółdzielnię. Niemniej Stanisław Ratajczak uznał, że być może w związku z remontem dachu doszło do przeciekania sufitu u państwa Robaczewskich, dlatego zdecydował się przekazać rekompensatę za koszty malowania w mieszkaniu. Wtedy jednak Stanisław Ratajczak nie miał doświadczeń, które nabył później, interweniując kilka razy na tym dachu w związku z kolejnymi przeciekaniami. Wówczas doszedł do wniosku, że przyczyn tego przeciekania jest kilka.
- Ten budynek w ogóle ma nietypową konstrukcję i jest w porównaniu z innymi blokami bardziej pechowy, jeśli chodzi o usterki. Na dachu, właśnie akurat nad mieszkaniem państwa Robaczewskich, znajduje się gołębnik. Tak nazywam taką dużą przybudówkę, która oczywiście w założeniach budowniczych zapewne bazą dla gołębi być nie miała, ale jednak taką jest. I to uważam za jedną z głównych przyczyn. Otóż za każdym razem, kiedy wchodziliśmy na ten dach, żeby dotrzeć do warstwy papy, trzeba było się w okolicy tego gołębnika przedrzeć przez kilkunastocentymetrowe warstwy odchodów ptasich. Pracownicy dosłownie musieli to zbierać z dachu w wiadrach, tyle tego było. Pod warstwą tych gołębich odchodów papa była przeżarta przez kwas mlekowy. Otóż odchody te zawierają kwas mlekowy, a jest to substancja działająca żrąco. Mam doświadczenia również choćby z prac, które niegdyś wykonywaliśmy dla proszkowni mleka w Żninie. Tam nawet posadzki były zniszczone przez działanie tego kwasu. Na dachu na ul. Mogileńskiej w Barcinie te gołębie nadal są w ogromnych ilościach, choć wejście do środka tego gołębnika jest zabezpieczone. Te ptaki znajdują sobie miejsce na krawędziach tej przybudówki. Oczywiście ochrona środowiska nie pozwala przeciwdziałać temu zjawisku w sposób bardziej zdecydowany, ale moim zdaniem dopóki tam będą ptaki, to tego dachu nie będzie można utrzymywać w należytym stanie. Moim zdaniem, jakimś rozwiązaniem zgodnym z ekologią byłyby budki lęgowe ustawione tak, aby ptaki stamtąd się wyprowadziły. Zresztą to dotyczy całego osiedla. Na innych budynkach ptaki, nie tylko gołębie, też szukają miejsc do gniazdowania, czy chociaż do przebywania. Powiem tylko, że na dachu bloku na ul. Artylerzystów 2, gdzie były robione trójniki spustowe, ptaki wydziobały dziury w styropianie i tam również zaczęło przeciekać do mieszkań i musieliśmy tę usterkę usuwać - przedstawia problemy budowlaniec Stanisław Ratajczak.
Jego zdaniem, gołębie to jednak tylko jedna z przyczyn. - Uważam, że kable na tym dachu, ale to nie tylko te, które tam są, ale też te, które tam były, też mają swój wkład w przeciekanie. Na dachu bowiem, w związku ze zmianami operatorów kablowej telewizji, Internetu, czy wszystkich innych prac następować musiały jakieś negatywne wpływy dla stanu tego dachu. Te instalacje przecież były przeprowadzane w tym dachu. Moim zdaniem, jest jeszcze jedna przyczyna. Otóż wiele lat temu, w hotelu była bodajże w tym miejscu, gdzie teraz jest pomieszczenie wynajmowane przez zakład fryzjerski, łaźnia. W związku z tym przeprowadzone są w budynku ślepe kominy wentylacyjne i idą od spadu stropu poprzez strop ponad powierzchnię dachu. Tą drogą podczas ulewnych deszczów woda wpływa do stropu i zaczyna przeciekać. Zresztą podczas jednej z wizji w związku z tym przeciekaniem dyskutowaliśmy tę możliwość jako jedną z przyczyn z przedstawicielami spółdzielni. Wiem, że kilka tych ślepych kominów już zostało zlikwidowanych, ale nie wiem, czy wszystkie. Moim zdaniem usunięcie ich wszystkich też powinno wpłynąć na poprawę tej sytuacji - mówi Stanisław Ratajczak.
W GRONIE FACHOWCÓW
Przypomniał on na koniec, że w czasie obowiązywania gwarancji na dach, jego firma za każdym razem, gdy zgłaszano usterkę, dach poprawiała. Stanisława Ratajczak zgodził się z tym, że aby trwale usunąć przyczyny awarii, trzeba w gronie fachowców ustalić wszystkie możliwości, co powoduje przeciek. Sytuacja na tym nietypowym dachu nie jest łatwa do rozwiązania, ale skoro przecieka tylko w jednym mieszkaniu, to na pewno nie jest to wina pokrycia dachu, a raczej błędów w konstrukcji fragmentu dachu nad państwem Robaczewskimi.
Karol Gapiński, Pałuki nr 1012 (27/2011)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze