1 września 1995 roku około stu trzydziestu widzów obejrzało w hali starego "Spomaszu" w Żninie prapremierę najnowszego spektaklu Teatru im. Alberta Tison "Psalm".
Gdyby wrzucono mnie do tej sali wprost z księżyca, poznałbym, kto reżyserował sztukę. Traktowała o wolności. I tak, jak poprzednie spektakle - "Wahazar" i "Marat" traktowały o jej styku z polityką, a "Dusze" - mówiły o wolności wśród społecznych murów, ten podejmuje temat styku wolności z religią.
Wyraźnie widoczne jest przekonanie - znane z poprzednich spektakli - że ludzie nie lubią być wolni, że wolność im ciąży i chętnie się jej pozbywają. Charakterystyczna jest scenografia, wykorzystanie muzyki, wykorzystanie ruchu i to wszystko, co nazywamy stylistyką. Ten spektakl też - tak jak i poprzednie - zabiera się za najżywiej dyskutowany w momencie premiery temat:
CZŁOWIEK WOBEC RELIGII
Funkcję protagonisty w "Psalmie" wypełnia dwoje kochanków, antagonisty - Kościół katolicki. Właśnie nie tyle kapłani, co Kościół - czyli cała wspólnota wiernych i kapłanów razem.
Główny konflikt przebiega na poziomie wartości. Główną wartością dla kochanków jest miłość, dla Kościoła - wierność przykazaniom.
Kochankowie potrzebują pomocy (ich żebracza kondycja jeszcze to podkreśla). Szukają jej za konfesjonałem i nie znajdują. Każdemu zwróceniu się o pomoc odpowiada agresja. Armia Kościoła osacza kochanków, podtacza swe konfesjonały niczym działka celując okiem przez kratki, rzuca się na nich żarłoczną ptasią chmarą. Za konfesjonałem czeka ich jedynie męka i cierpienie. Słychać wielkopiątkowe kołatki, okienka konfesjonałów strzelają, zamykając się z trzaskiem.
Kościół przedstawiony jest jako sekta, która broni swych granic, wszystko uważa za grzech, odpuszczając go jedynie sobie, krnąbrnych skazując na potępienie.
Kochankowie: On - nieco kostycznie grany przez Jacka Małachowskiego i Ona - przedstawiana ze swobodą i lekkością przez Beatę Bierońską - mają wątpliwości. Ona: "Człowiek może". On: "Człowiek nie powinien". On: "Czasami wydaje mi się, że coś jest złe, ale nie umiem uzasadnić dlaczego". Ona: "Dlaczego TO jest złe?" Lękają się wolności ponieważ są słabi, będą grzeszyć, bo kochają.
Kościół w sztuce jest pełen kompleksów, i zahamowań - pojawia się znów, znany nam z "Dusz" despotyczny ojciec, kompleks Edypa, w końcu jęk: "Boże, jak ja zazdroszczę tym biedakom...". Z tym kościołem dzieje się coś niedobrego. Jego członkowie, jak łagiernicy-skazańcy, ciągną niewolniczo swe taczki, potępieńcza muzyka przywodzi na myśl piekło.
I wtedy przychodzi on. "Argument sceny" (coś w rodzaju poetyckiego streszczenia, rozdawanego z programem) pyta w tym miejscu: Bóg, czy Szatan?
Odpowiadam - szatan. Czyli - albo prawdziwa sekta bierze w swą moc wyznawców, albo szatan w płaszczu enkawudysty przejmuje w swe ręce ów Kościół.
- "Nie ma i nie było nic bardziej nieznośnego, niż wolność!!!" - ryczy ten, co przybył, powalając na deski jednego z bohaterów. Wtedy zaczyna się świat bez dobra i zła. "Argument sceny" mówi o tym: "Trzeba zbudować nowy świat/ Nowe Jeruzalem/ Bez Boga/ Ponieważ wszyscy będą bez grzechu/ A więc nie ma potrzeby cudu i przebaczenia".
Świat wewnątrz sekty jest pozbawiony dobra i zła, bo gdy nie ma wolności, gdy nie ma możliwości wyboru - nie ma grzechu. Całe zło jest na zewnątrz. Jak reaguje na spotkanie ze złym światem sekta? Zamyka się i nie stara się wnieść weń choć odrobiny dobra. Członkowie sekty starają się osiągnąć coraz lepszy kontakt ze swoim Bogiem, mają coraz gorszy kontakt ze światem, który to świat wydaje się coraz bardziej zły. Przekonują się, utwierdzają w poglądzie, o podłości świata zewnętrznego. Bezgrzeszni są tylko oni.
"Kto bez grzechu, niech rzuci kamieniem" - ten cytat przypomina się w scenie kamienowania kochanków. Po chwili jeden z nich wisi już i kołysze się głową w dół, niczym Wietnamczyk z "Psów" Pasikowskiego. Przychodzi śmierć. Wśród bluźnierczo osadzonych w materii spektaklu elementów eucharystii dokonuje się ofiara - wznoszą bohatera niczym kielich do góry. Śmierć z czaszki dmucha na cztery strony świata prochem, biorąc w swe posiadanie wszystkich. - "Umarli powstaną nienaruszeni" - obiecuje. I rzeczywiście - umarli powstają, wstępują na środek sceny i z uniesionymi w stronę widzów kamieniami zastygają.
Oklaski.
REWIZJA DOGMATU
Niepodważalny jest artyzm spektaklu. Ale oprócz tego, że "Psalm" jest wypowiedzią artystyczną, jest on czymś jeszcze. Czy dialogiem z nauczaniem Kościoła wewnątrz katolickiego idiomu? Czy herezją, czyli chęcią rewizji dogmatów?
Sztuka jest reinterpretacją mitu o grzechu pierworodnym, która wychodzi od stwierdzenia, że żadna miłość nie jest grzechem, nawet taka, która za grzech jest przez Kościół uważana.
Jeśli mielibyśmy to uznać za dialog, autorzy zwracają się do Kościoła z tekstem: - "Tak będzie, jeśli nadal będziecie uważali każdą miłość za grzech".
Jeśli to jest herezja, tekst będzie brzmiał: - "Kościół jest zły i okrutny, bo nie pozwala na miłość, buduje kompleksy, nie potrafi pomóc ludziom. Dopiero przy zmianie prawd wiary będzie możliwe prawdziwe życie". W zorientowaniu się, która odpowiedź jest prawdziwa, pomoże nam fragment Manifestu "95, podpisany przez Jerzego Lacha i zespół teatru:
"...Współczesny widz przychodzący do teatru, potrzebuje strawy duchowej, a nie ekwilibrystyki cielesnej w połączeniu z eksperymentem. Potrzebuje oczyszczenia, dlatego często porównuje teatr z religią, a sztukę teatru ze świątynią. Religia uwikłana w sprawy polityczne i ekonomiczne nie daje tej możliwości współczesnemu człowiekowi, który pyta i błądzi. I tutaj właśnie widzę ogromną rolę dla teatru..."
Słowa o teatrze, jako nowej religii są tu co prawda włożone w usta widza, ale skoro religia nie daje możliwości oczyszczenia i dlatego tu otwiera się pole działania dla teatru - wydaje mi się, że nie będzie przeinterpretowaniem, jeśli napiszę, że teatr Jerzego Lacha zamierza wziąć na siebie ciężar oczyszczenia wiernych z ich grzechów, mówiąc - żadna miłość nie jest grzechem.
Patrząc pod tym kątem jest to wypowiedź niosąca nową wiarę.
ZATARCIE GRANIC
Pierwsze zatarcie granicy między spektaklem, a rzeczywistością dokonuje się tuż po wejściu, gdy główni bohaterowie żebrzą, widzowie wrzucają pieniążki. Częścią sceny jest ośmiu młodych ludzi, siedzących przy niej na krzesłach niczym przy stole.
W środku sztuki aktorzy w pewnym momencie ustawiają swe armatki - konfesjonały naprzeciw widzów, do których kierują swe słowa, i którzy są tu częścią spektaklu.
Na końcu - wzniesione na nas kamienie mówią: to Wy jesteście pod obstrzałem. To Wam zagraża ukamienowanie, potępienie, grzech śmiertelny.
Po oklaskach dopiero wraca z otchłani Śmierć - nie krokiem aktorki, która jest już w cywilu, ale powłóczystym posuwem, jakby sztuka nadal trwała. Jeszcze potem otwierają się wrota piekieł i wychodzą z nich strąceni doń kochankowie.
I już po zakończeniu sztuki, gdy połowa publiczności wędrowała w przenikliwym zimnie pieszo szybkim krokiem do swych domów, wyszedł Cieć, który z wiaderka przeciwpożarowego brzozową miotłą poświęcał (popiołem?) resztki widzów.
W swym manifeście teatr pisze o nowych środkach wyrazu. Z drugiej strony wiemy, że jednym z trzech wyznaczników literatury jest fikcja. Teatr łamie ten wyznacznik zacierając granicę między fikcją a rzeczywistością, starając się powiedzieć wyraźnym głosem: Nie mówimy o żadnym Madagaskarze, tylko o tym, co się dzieje "hic et nunc". Bierze więc na swe barki także wypowiedź publicystyczną.
TYTUŁ
Psalm to wypowiedź sławiąca chwałę Boga, ale też pieśń błagalna, skarga grzesznika, która dobiega "de profundis", z ciemnego kurhanu.
Dzisiejszy katolicyzm wymaga silnego charakteru, mocy ducha: "Trudno być chrześcijaninem. Musisz pracować nad swym charakterem, musisz starać się być coraz lepszym, musisz czynić dobro. Taka powinna być twoja odpowiedź na spotkanie ze złym światem". Bohaterowie tacy nie są. Dla nich "Bóg jest zawsze za daleko". Grzeszą, bo są słabi, nie mają siły, by oprzeć się swej namiętności, ale chcą być nadal we wspólnocie, nie chcą opuszczać Kościoła. Dlatego tak cierpią.
To, jak ocenimy sztukę, w dużej mierze zależy od tkwiącego w nas systemu wartości - czy oglądający "Psalm" jest człowiekiem wierzącym, czy nie. Na zasadzie "Dobrego i karczma nie zepsuje, a złego i kościół nie naprawi" - i jednych i drugich spektakl pobudzi do refleksji nad najważniejszymi w życiu wartościami - sacrum, miłością i wolnością. To są pytania - poważne i trudne, których nie boi się stawiać młody zespół.
Sens dziełu artystycznemu wyznacza najwyższy poziom znaczeń. Przykładem może posłużyć choćby poezja Rafała Wojaczka, która - choć perwersyjna i erotycznie szokująca - jest poezją mistyczną. Nie da się tego powiedzieć o przedstawieniu zespołu Lacha. Analiza hierarchii wartości w sztuce dowodzi wyraźnie, że mówi ona o tym, jak ateista widzi Kościół.
Sztuka będzie się podobać, tym bardziej, że jest to dobrze zrobiona sztuka, a jeszcze bardziej dlatego, że przekazuje ludziom to, co chcą usłyszeć. Wszystkie racje są w tym spektaklu po stronie lirycznych kochanków - męczenników, całym złem obarczony jest groteskowo i karykaturalnie przedstawiony Kościół.
Wróżę Teatrowi im. Alberta Tison triumfalny pochód przez sceny kraju i Europy.
Dominik Księski
Pałuki nr 185 (36/1995)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze