Reklama

Ostatniego dnia i nocy przepłynął 96 km - żninianin na kajaku domknął Wielką Pętlę Wielkopolski (zdjęcia)

W 2019 i 2021 r. pokonał Noteć, a w lipcu tego roku Kanał Ślesiński i Wartę od Konina do Santoka. Właśnie wrócił z tego spływu. W ten sposób zamknął podróżując kajakiem Wielką Pętlę Noteci. Przy okazji uczcił pamięć Powstańców Wielkopolskich.

Leszek Dolaciński należy do żnińskiego koła Towarzystwa Pamięci Powstania Wielkopolskiego, jego dziadek, Wojciech Dolaciński był powstańcem, walczył m.in. o Żnin, Szubin, Rynarzewo i na froncie południowo-zachodnim Leszno - Rawicz. Wnuk powstańca ma obecnie ma 68 lat. Jest żeglarzem, uprawia też kajakarstwo. W związku z setną rocznicą Powstania Wielkopolskiego 1918/1919 ów mieszkaniec Żnina postanowił uczcić cyklem wypraw kajakowych szlakiem frontów Powstania Wielkopolskiego. Przypomnijmy, że w 2019 r. odbył pierwszy spływ Notecią od Jeziora Gopło do Łabiszyna. W 2020 miał przerwę z powodu obostrzeń epidemicznych, a w 2021 r. Leszek Dolaciński popłynął w dół Noteci od Łabiszyna aż do Santoka, gdzie Noteć uchodzi do Warty.

Zwieńczeniem cyklu była wyprawa przewidziana na lipiec 2022 r. Leszek Dolaciński właśnie z niej powrócił do Żnina. Tegoroczna jego przygoda rozpoczęła się 2 lipca ponownie na Gople, Tym razem popłynął Kanałem Ślesińskim do Warty, a trzecią najdłuższą rzeką w Polsce aż do Santoka. Tak, aby zamknąć tym samym Wielką Pętlę Wielkopolski i zdobyć fronty Powstania Wielkopolskiego. - Śmiałem się do naszego prezesa jacka Pietraszki, że w ten sposób okrążyłem Prusaków - opowiada.

Reklama

Do Santoka przypłynął swoim kajakiem 14 lipca o 10.00. Przez cały spływ towarzyszyła mu Tinka, roczny piesek, który zdobył serce Leszka Dolacińskiego tak trwale, że kajakarz nie mógł nie zabrać suczki w tę wyprawę. Ostatni etap był najdłuższy z dotychczasowych i wyniósł około 370 km. Cała Wielka Pętla Wielkopolski to około 700 km. Nie obyło się bez przygód. Na kanale łączącym Gopło z Wartą są cztery śluzy otwierane tylko 2 razy dziennie ze względu na niski stan wody. Tak się złożyło, że Leszek Dolaciński spóźnił się 5 minut do pierwszej z tych śluz. - Brakowało mi może 50 m, jeszcze widziałem, jak śluzowy puścił 2 jachty przede mną, a na mnie nie poczekał. Przez to 6 godzin spędziłem pod mostem. Co prawda mógłbym kajak przenieść na plecach i płynąć od razu, ale nie zrobiłem tego z dwóch powodów. Po pierwsze miałem jeszcze cały dobytek przewidziany na cały spływ. Po drugie moją ambicją było zaliczenie wszystkich - 28 śluz na Wielkiej Pętli Wielkopolski.- opowiada Leszek Dolaciński. Na kajaku o nazwie Żniniok miał ze sobą radio na baterię. Codziennie wieczorem słuchał morskiej prognozy pogody. Na jej podstawie przewidywał przesuwanie się układów barycznych. Nie dlatego, że pogoda w jakiś szczególny sposób mogła wpłynąć na jego podróż. Słuchał bardziej dla przyjemności i jako podkładu dla własnej wyobraźni.

Suchy prowiant typu makaron, kasza była w pojemnikach z napisami promującymi Tygodnik Pałuki. - Wziąłem ze sobą te naklejki, by ludzie po drodze wiedzieli, jakie region reprezentuję - opowiada Leszek Dolaciński. Ze sobą miał też flagę Żnina. Po drodze spotykał ciekawych ludzi. Swój namiot u brzegów Warty rozbijał oprócz marin też na dziko. Dlatego po drodze spotykał nie tylko wodniaków i wędkarzy. Także ludzi mieszkających nad rzeką i z tą rzeką bardzo zżytych. Oni zawsze służyli mu pomocą w postaci świeżej wody pitnej, doładowania baterii i wskazaniem ciekawych miejsc do zobaczenia. Zresztą ich wskazówkom towarzyszyły ciekawe opowieści.

Reklama
Leszek Dolaciński z Arkadym Fiedlerem (juniorem) fot. Leszek Dolaciński


W Lądzie np. spotkał Mirosława Słowińskiego, który jest autorem przewodnika dla turystów zdobywających Wielką Pętlę Wielkopolski. Dzięki jego wskazówkom Leszek Dolaciński postanowił zatrzymać się w Pyzdrach z powodu historii Marii Chełkowskiej, która wyjechała po Józefa Piłsudskiego do Gdańska po wypuszczeniu go z aresztu.

- Spotykałem znajomych moich znajomych oraz osoby związane kiedyś ze Żninem. Np.pan, który zajmuje się organizowaniem spływów kajakowych po Wielkiej Pętli Wielkopolski kiedyś pracował w Centrali Nasiennej w Żninie. W Poznaniu miałem też zaaranżowane spotkanie z prezesem Zarządu Głównego TPPW Tadeuszem Musiałem, który otrzymał ode mnie drobne pamiątki dotyczące Żnina i Pałuk. W Poznaniu wziąłem ze sobą swoje wiosło jako symbol wyprawy i udałem się pod Pomnik Powstańców Wielkopolskich, gdzie oddałem im cześć - mówi Leszek Dolaciński. W Poznaniu odwiedzili go syn Marek i wnuk Hubert, którzy dowieźli żywność, butlę turystyczną i odzież. To, co zdziwiło kajakarza ze Żnina to brak jakiejkolwiek mariny, na której w dobrych warunkach można by zostawić kajak w stolicy Wielkopolski, przecież ponad półmilionowym mieście.Trzeba było szukać dzikich miejsc.

Reklama

W Puszczykowie (jeszcze przed Poznaniem) kajakarz spotkał się z Arkadym Radosławem Fiedlerem, synem słynnego podróżnika, pisarza, reportażysty, żołnierza o tym samym imieniu. Autor Dywizjonu 303 zresztą także był uczestnikiem Powstania Wielkopolskiego.

Między Poznaniem a Santokiem Leszek Dolaciński miał możliwość przepływać przez malownicze tereny, m.in. przez Nadwarciański Park Krajobrazowy. Podziwiał liściaste lasy na podmokłych terenach i lasy iglaste na wzniesieniach. Aura dopisywała mu w pierwszym tygodniu spływu, a później miał przeciwny wiatr.

Reklama

- Ostatniego dnia postanowiłem pójść na żywioł i na przekór Posejdonowi, który dmuchał w twarz, nie poszedłem spać, tylko popłynąłem nocą. Och, jaka to była cudowna sprawa. Płynąłem po ciemku, korzystałem tylko od czasu do czasu z lampki namiotowej. Nocne życie Warty jest fascynująco bogate. Lustro wody odbija światło nawet nocą, więc mogłem co nieco zobaczyć. Bobrów były ogromne ilości, nierzadko ryby, które uderzały w kajak. O ile w ciągu dnia królowały czaple, to w nocy widziałem sporo żerujących żurawi, nietoperzy nad wodą. Za dnia widywałem też orły. Tereny naprawdę piękne przyrodniczo. Ten nocny spływ sprawił, że łącznie byłem 22 godziny na kajaku bez spania. Przepłynąłem w tym czasie 96 km. Tinka wszystko, co się w przyrodzie działo, wyczuwała pierwsza. Ostatnie zaś kilometry to było zupełne odludzie. Brzeg niemal na poziomie wody, tereny zalewowe, żadnych wiosek, czy pojedynczych choćby gospodarstw. A na sam na koniec jeszcze czekał mnie najtrudniejszy odcinek, choć króciutki, bo 200 m. Otóż w Santoku, by domknąć pętlę, musiałem dopłynąć do mariny, która znajduje się przy Noteci uchodzącej do Warty. Oznaczało to, że wspomniane 200 ostatnich metrów musiałem pokonać niczym górską rzekę, machając piórami (chodzi o wiosło - przypis kg), niczym ważka. Trudność pogłębiała ta okoliczność, że ja płynąłem w górę Noteci, a z tyłu miałem uciąg w przeciwnym kierunku, który czynił nurt Warty - opowiada Leszek Dolaciński.


Przygód podczas spływu było oczywiście znacznie więcej. Tym bardziej, że kajakarz ze Żnina starał się wszystko, co ciekawe uwiecznić na zdjęciach. Niejednokrotnie w pogoni za ładnym ujęciem wpływał na mieliznę. W Santoku był już tak zmęczony, że nie skorzystał z kuchni zaoferował kierownik przystani, tylko położył się na śpiwór na trawie i spał czekając na syna, który miał po niego przyjechać.

Reklama

W przyszłym roku też chciałby się wybrać na wielki, letni spływ. Marzy mu się Wisła, albo wybrzeże Bałtyku, ale j czy się uda to przeprowadzić, tego jeszcze nie wiadomo.

Tegoroczny spływ został upamiętniony na zdjęciach, które Leszek Dolaciński wykonuje najczęściej za pomocą samowyzwalacza w aparacie.

Karol Gapiński, 19 VII 2022

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości