Mieszkańcy ulicy Gnieźnieńskiej w Żninie od lat użytkowali działki rolnicze. Po sprzedaży przez miasto terenu osobie prywatnej zostali bez niczego. Burmistrz: informacja była właściwa, działki muszą być sprzedawane w przetargach, dzierżawcy mogli kupić.
- Przez 40 lat miałam dzierżawę tej działki. Wcześniej przez 60 lat dzierżawiła to matka - wspomina mieszkanka ulicy Gnieźnieńskiej (imię i nazwisko do wiadomości redakcji). Po tym jak gmina ogłosiła przetarg i sprzedała teren osobie prywatnej, po przydomowym ogródku pozostało wspomnienie. Mieszkanka ul. Gnieźnieńskiej przyznaje, że działkę dzierżawiła od gminy bez umowy. Nie spodziewała się jednak, że mając tak długo działkę, nie nabędzie prawa pierwokupu. Jest również przekonana, że działka powinna jej się należeć przez zasiedzenie.
Na początku kwietnia kobieta napisała do burmistrza zażalenie dotyczące sprzedaży działki. Zdaniem naszej rozmówczyni burmistrz nie zadbał o uregulowanie spraw z poprzednimi dzierżawcami działek. Na złożone pismo do dziś nie otrzymała żadnej odpowiedzi.
- Jako byli dzierżawcy nie mamy żadnych praw. Przecież na tym terenie były nasze inwestycje. Ja tam miałam iglaki, hortensje, ananasowiec. Było pełno piwonii i lilii. Jak ja mam to teraz odzyskać, kiedy teren został sprzedany, a nowy właściciel zamknął go na kłódkę. Kto nam za to zapłaci? Ja na policję chodzić nie będę, by się domagać odzyskania moich drzew i kwiatów, bo od tego jest burmistrz, który to sprzedał - mówi kobieta.
Mieszkanka Gnieźnieńskiej opowiada, że co roku płaciła gminie czynsz dzierżawny za użytkowaną działkę. Dlaczego nie miała umowy na użytkowanie działki?
- Ta sprawa była nieuregulowana, bo taki w Polsce jest bałagan. Dlatego było to bezumowne - wyjaśnia kobieta. I przyznaje, że działka pełniła w jej życiu bardzo ważną rolę, przede wszystkim relaksacyjną. Bardzo często - jak mówi - mogła wyjść na świeże powietrze, posiedzieć na ławce i poczytać książkę. Sadziła i pielęgnowała kwiaty. Zwierzęta domowe też miały gdzie się wybiegać. Przyznała, że dzięki działce miała się czym zajmować i co robić. Nie ukrywa, że kwiaty to jej wielka pasja.
- A burmistrz to wszystko popsuł. Zabrakło dobrej woli z jego strony. Nikt nas nie poinformował, że w przypadku, kiedy mieliśmy bezumowną dzierżawę, to należało nam się prawo pierwokupu. Kiedy chciałam osobiście wyjaśnić tę sprawę z burmistrzem, to się nie udało, bo we wtorki wiecznie go nie ma. To jest dzień przyjmowania interesantów, a ja chodziłam cztery razy pod rząd i nigdy go nie było, a przecież to jest jego obowiązkiem przyjmować interesantów. Za takie pieniądze, jakie dostaje, powinien być dla interesantów dostępny. Tymczasem ludzie są traktowani jak śmieci - żali się nasza rozmówczyni.
Z korespondencji wynika, iż już w styczniu 2002 roku ówczesny prezes Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej Wiesław Kwaśniewski informował o wypowiedzeniu dzierżawy działek użytkowanych bez umowy. Wówczas terenu, na którym mieszczą się działki, nie udało się sprzedać, dlatego mieszkańcy Gnieźnieńskiej dzierżawili go nadal do końca grudnia 2011 roku. Wcześniej, bo w listopadzie 2011 roku, burmistrz informował osoby zainteresowane przedłużeniem dzierżawy, że grunt został przeznaczony do sprzedaży w drodze przetargu ustnego ograniczonego.
Burmistrz Leszek Jakubowski wyjaśnia, że osobom, które dzierżawiły działki, nie przysługiwało prawo pierwokupu. Mogły natomiast przystąpić do ogłoszonego przez gminę przetargu.
Nasza rozmówczyni twierdzi, że jeśli prawo pierwokupu jej nie przysługiwało, to powinna stać się właścicielem ogródka przez zasiedzenie. Powołując się na kodeks cywilny zwraca uwagę, że o zasiedzeniu można mówić wówczas, gdy osoba opiekująca się gruntem zachowuje się jak właściciel, czyli uprawia ziemię i dokonuje nowych nasadzeń oraz płaci podatek gruntowy. Spełniła też - jak mówi - drugi warunek, czyli zajmowała się gruntem przynajmniej 30 lat, w sytuacji, gdy właściciel gruntu jest znany, a się nim nie zajmuje [właściciel się zajmował - pobierał opłaty i prowadził korespondencję - przyp. red]. Wniosek o stwierdzenie zasiedzenia należy złożyć w sądzie rejonowym. Nasza rozmówczyni tego nie uczyniła. Dlaczego?
- Ja nie wiedziałam, że w tej sprawie należy wystąpić do sądu. Dowiedziałam się o tym dopiero, kiedy ziemia została sprzedana. Mam żal do burmistrza, że mnie nie poinformował, że taka możliwość nam przysługuje. Wystarczyło dać nam pouczenie, że mam możliwość przenieść to na siebie - odpowiada kobieta.
Burmistrz Jakubowski tłumaczy, że gmina dopełniła wszystkich informacyjnych powinności, a on nie może sprzedawać atrakcyjnych działek inaczej, jak w przetargu.
- Dopiero wtedy byście mnie krytykowali za uszczuplanie dochodów gminy! - kończy rozmowę.
Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1055 (18/2012)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze