Reklama

Co się stanie, gdy wyjdzie?

Bożejewice: Nikt nie chciał nadepnąć mu na odcisk
    Co się stanie, gdy wyjdzie?
    Janusz K. trzydziestosześcioletni mieszkaniec Bożejewic w lutym zagroził swemu ojcu, że go zabije. Ponieważ zastosowano wobec niego tylko dozór policyjny, uznał, że wszystko mu wolno. Czynny całą dobę bar zaczął traktować jak dom, brał prysznic, chodził nago, dosiadał się do klientów i wyjadał im frytki -  w końcu zaczął żądać pieniędzy i grozić, że uprowadzi dzieci właścicieli. Wtedy trafił za kratki.

     Angelika i Mirosław D. od roku prowadzą bar w Bożejewicach. Niewielki, na 9 stolików. Teraz odetchnęli z ulgą, lecz nadal nie mogą zapomnieć o ostatnich zdarzeniach. Choć poczuli się bezpieczniej, są emocjonalnie wycieńczeni. W ostatnich tygodniach w ich spokojne dotąd życie wprowadził się mieszkaniec wsi Janusz K., który stał się natarczywym klientem baru.  

W miniony poniedziałek bar świecił pustkami. Odkąd Janusz K. zaczął czuć się w nim jak u siebie w domu, Mirosław i Angelika D. stracili wielu klientów.
fot. Arkadiusz Majszak


    Co działo się w z pozoru spokojnej wsi leżącej 4 km od Żnina? Angelika i Mirosław D. postanowili opowiedzieć nam o tym, co w ostatnich tygodniach przeżyli. Wydarzenia w barze poprzedziły inne przestępstwa, w których główną rolę odegrał Janusz K.
    GROZIŁ OJCU
    Trzydziestosześcioletni Janusz K. mieszka z ojcem w niewielkim budynku. Posiadają gospodarstwo. Matka nie żyje. Mieszkańcy Bożejewic znają Janusza K., jednakże rozmawiają na jego temat niechętnie, a nawet z pewną obawą. Ludzie mówią, że nie stroni od alkoholu, nieraz wszedł w konflikt z prawem. Przebywał w szpitalu psychiatrycznym, jednak szybko z niego wychodził i wracał do ulubionego zajęcia, czyli picia. Dotychczas nikomu w znaczący sposób się nie naraził. Jego zachowanie nie było też dla mieszkańców niebezpieczne. Dopiero ostatnie tygodnie ujawniły u Janusza K. zachowania zagrażające innym osobom.
    18 lutego wieczorem Janusz K. groził ojcu, że go zabije. Z relacji jednego z mieszkańców wynika, że ojciec uwolnił się z rąk syna dzięki gazowi łzawiącemu, którym psiknął mu kilka razy po oczach. Nie zważając na mróz, wybiegł bez butów z domu i pobiegł na stację paliw, z której zadzwonił na policję. Prokuratura zastosowała wobec Janusza K. środek zapobiegawczy w postaci dozoru policyjnego ze względu na charakter groźby i sposób zachowania się w stosunku do ojca: był bardzo agresywny i działał pod wpływem alkoholu.
    Ojciec Janusza K. nie chciał wiele mówić na temat syna i groźby pozbawienia życia. Powiedział, że sprawa jest dla niego bardzo przykra. Próbował również w kilku słowach wyjaśnić zachowanie syna: - "Jest samotny. Prowadzi lekkie życie. Popadł w pijaństwo. Trafił w złe towarzystwo".  
    MIESZKANIEC BARU
    Angelika i Mirosław D. znają Janusza K., który przychodził do ich baru na obiady. Posiedział i poszedł. Gdy zaczynali działalność, życzliwi mieszkańcy Bożejewic ostrzegali ich przed nim. Mówili, żeby na niego uważali i mu się nie sprzeciwiali. Niedawno zrozumieli ostrzeżenia.  
    Od 18 lutego, czyli od dnia, w którym groził ojcu śmiercią, zachowanie Janusza K. zmieniło się. Stał się uciążliwym klientem. Czynny całą dobę bar zaczął traktować jak dom. Nie chciał w ogóle z niego wychodzić. Małżeństwo, pracownicy baru oraz klienci codziennie byli świadkami odbiegających od normy, a niekiedy niebezpiecznych jego zachowań. Angelika D. opowiada, iż był w barze z nożem i odgrażał się klientom, że jak nie wyjdą, to ich pozabija. Po tym zdarzeniu jedna z pracownic baru odeszła z pracy.
    - "3 tygodnie temu zniszczył drzwi na stacji benzynowej. Została wybita też szyba. Potem mówił, że musi sprzątnąć ojca i w związku z tym interesowało go, czy kroiłem kiedyś zwłoki. Dosiadał się do klientów i wyjadał im obiad. Nie chciałby pan chyba siedzieć w barze, w którym zamawia pan obiad, a do stolika, przy którym pan siedzi, podchodzi nieznany mężczyzna i wybiera panu z talerza frytki? Brał sobie też prysznic i chodził po barze nago, a do naszej pracownicy mówił, żeby przyniosła mu gacie. Siedział tu półtora tygodnia. Przez tydzień nie wychodził z baru; nawet w nocy. Każdy się go boi, a on tu jest panem i tu rządzi. Czuł się tu jak u siebie. Wchodził sobie do kuchni i robił co chciał. Nikt nie mógł mu się przeciwstawić. On sobie też wymyślił, że zrobi tutaj night club, że jakąś rurę by tu zainstalował. Zapowiadał, że tu będzie burdel. Coś mu się pomieszało w głowie. Pieniądze przy sobie zawsze miał. Zdarzyło się, że w jedną noc stracił prawie 2.000 zł. Pieniądze ma, bo z domu wszystko wyprzedaje. Kolegów też ma - dopóki nie zacznie wariować, bo jak wariuje, to koledzy uciekają. Każdy korzystał z jego pieniędzy. Koledzy napili się piwa, najedli i go zostawiali. Ale generalnie wszyscy się go tu bali. Jak on wszedł i ryknął, to cała wioska stała na baczność" - mówi Mirosław D.
    Właściciele baru wzywali na pomoc policję, by pozbyć się niechcianego klienta. Mirosław D. skarży się, że kiedy dzwonił na Komendę Policji w Żninie, długo oczekiwał na przyjazd funkcjonariuszy - nawet 30 minut, tyle czasu, ile potrzeba na pokonanie drogi z Bożejewic do Gniezna. Kiedy późna reakcja policjantów na zawiadomienie zaczęła właściciela baru irytować, postanowił dzwonić bezpośrednio do Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy. - "Cztery razy dzwoniłem do Bydgoszczy, żeby Żnin interweniował. Przyjeżdżali policjanci i pytali: "Januszku pojedziesz?" On mówił: - "Poczekaj, tylko się ogolę". Chciał też, żeby wyciągnąć mu z torby maszynkę do golenia. Policjant wyszukał mu maszynkę. Wtedy on się golił, a policjanci czekali" - mówi Mirosław D.
    ARESZT TYMCZASOWY
    22 lutego Janusz K. naubliżał Angelice D. - "Zadzwoniłam na policję, ale dowiedziałam się od dyżurnego, że nie jest to wykroczenie i nie jest karalne" - mówi Angelika D. 26 lutego doszło do zdarzenia, o którym właściciele baru chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Około 2200 Janusz K. podszedł do barmanki i zażądał, by zawołała szefową. - "Kiedy weszłam do baru, powiedział, że mam mu zapłacić 1.500 zł, bo on ma kolegów na Ukrainie, w Rosji i w Niemczech, którzy będą co miesiąc po pieniądze przychodzić. Powiedziałam, że nie jestem mu winna żadnych pieniędzy. Wówczas on powiedział: - "Za te słowa jesteś mi winna 3.000 zł". Groził też, że uprowadzi nasze dzieci. Mówił ponadto: - "I tak ta [...] nie zadzwoni po policję, bo policjanci są moimi znajomymi i nic mi nie zrobią". Po policję zadzwoniliśmy już w momencie, gdy żądał ode mnie 1.500 zł - relacjonuje Angelika D.  
    Do baru przyjechali policjanci i zabrali Janusza K. Tym razem w ogóle z nim nie dyskutowali; akcja funkcjonariuszy trwała niecałe 5 minut. - "Za tę ostatnią interwencję policjantom należą się podziękowania" - mówi Mirosław D.
    Prokurator Wojciech Jabłoński podkreśla, że zastosowany wcześniej środek zapobiegawczy okazał się wobec Janusza K. nieskuteczny. Z uwagi na problemy zdrowotne sprawcy (leczy się psychiatrycznie) oraz dlatego, że dozór policyjny nie spełnił swego zadania, sąd na wniosek prokuratury zastosował wobec Janusza K. tymczasowy areszt na 3 miesiące. Zdaniem sądu, jedynie ten środek zapobiega popełnieniu przez K. innych groźnych przestępstw.
    NADAL SIĘ BOJĄ
    Angelika i Mirosław D. mają dwoje dzieci: czteroletnią córkę i pięciomiesięcznego syna. Pomimo że Janusz K. trafił do aresztu, nadal nie mają pewności, czy nie spełni on swojego zamiaru uprowadzenia dzieci. - "On wie, że się przyczyniliśmy do tego, że siedzi. Jak wyjdzie i się zemści, to wybije wszystkich" - wtrąca Angelika D.
Budynek, w którym mieści się bar, jest parterowy. Znajdują się w nim również pokoje gościnne dla klientów motelu oraz mieszkanie właścicieli. Dostanie się do budynku przez otwarte okno nie sprawi problemu dziesięciolatkowi, a co dopiero przestępcy działającemu w określonym zamiarze. Małżeństwo rozważa wszelkie koncepcje uchronienia się przed Januszem K. Nie wykluczają też możliwości zamknięcia baru i wyprowadzki z Bożejewic. Woleliby jednak zostać. Nie chcą zaczynać od nowa.
    - "Będzie trzeba pomieszczenie ogrodzić i założyć kraty w oknach. Będzie trzeba kupić broń. Jeśli zbliży się do baru i dzieci, to nie będzie zmiłuj się Boże. Skoro człowiek jest chory, chodzi z nożem, odgraża się, to nie można czuć się bezpiecznie. Człowiek, który jest trochę lepiej zbudowany, terroryzuje cały powiat? Może gdyby doszło do tragedii, to natychmiast by podjęto właściwe kroki? Wygląda na to, że musi kogoś zabić, żeby został zamknięty. Jak jedna dziewczyna powiedziała mu, że ma zeza, wsadził ją do bagażnika samochodu i zawiózł do Rogowa. I nadal chodził wolno. Zwykłemu człowiekowi to się może odgrażać. Gdyby się odgrażał na przykład prokuratorowi, to pewnie od razu dostałby z 5 lat. Kiedy chcieliśmy wyciągnąć wobec niego konsekwencje za ubliżanie żonie, mówiono nam, żeby założyć K. sprawę w Sądzie Grodzkim i zarazem ostrzeżono, że jeśli biegły lekarz stwierdzi, że jest chory, to i tak wyjdzie. Jeżeli policja nic nie może, to co robić?" - myśli głośno Mirosław D.  
    Państwo D. nie myślą o zatrudnieniu ochroniarza. Powodem są kwestie ekonomiczne. Potrzeba dwóch ochroniarzy, którzy pracowaliby na zmianę. Nikt na taką ochronę nie zarobi.  
    Mirosław D. podkreśla, że przez zachowanie K. i jego ciągłe przesiadywanie w barze stracił wielu klientów. Klienci z pobliskiego Gogółkowa pojawili się w barze 5 marca. Pierwszy raz od trzech tygodni. - "W weekendy przyjeżdżały też do nas na obiady rodziny ze Żnina, ale dały sobie spokój, kiedy K. zaczął do nich podchodzić i mówić, że jest właścicielem oraz, że będzie tu burdel" - mówi Mirosław D.
    DO 10 LAT
    Podkomisarz Krzysztof Jaźwiński ze żnińskiej policji powiedział, że w sprawie wymuszenia i gróźb kierowanych pod adresem rodziny i ojca Janusza K. toczy się postępowanie. Ze wstępnych ustaleń wynika, że nie zakończy się ono umorzeniem. Podkomisarz wyjaśnił, że policja nie posiada instrumentów, dzięki którym mogłaby spowodować zamknięcie niepoczytalnej osoby w zakładzie psychiatrycznym. Leży to jedynie w kompetencja sądu, który może zadecydować o tym w wyroku.
    - Było przynajmniej kilka interwencji dotyczących tej osoby. Sposób postępowania policjantów jest uzależniony od zachowania człowieka, wobec którego podejmuje się interwencję. Jeśli jest agresywny, to policja ma prawo użyć kajdanków, pałek w celu obezwładnienia. Każde zgłoszenie na komendę jest też niezwłocznie przekazywane do funkcjonariuszy, którzy są w terenie. Dojazd do miejsca zdarzenia uzależniony jest od wielu czynników, na przykład czy w tym czasie policjanci nie podejmują czynności w innym miejscu. A z Kierzkowa do Bożejewic trudno dojechać w 5 minut - wyjaśnia Krzysztof Jaźwiński.
    Groźby, których dopuścił się Janusz K. są zagrożone karą do 2 lat pozbawienia wolności, zaś wymuszenia - karą do 10 lat więzienia.

Reklama
 Arkadiusz Majszak Pałuki nr 734 (10/2006)

 
    Na pytanie zadane w tytule odpowiada Prokurator Wojciech Jabłoński
    - "Skoro jest taka sytuacja, a więc tymczasowe aresztowanie, biegli wypowiedzą się na temat jego stanu zdrowia psychicznego w kontekście tych zarzutów. Biegli zapewnią sposób działania wobec tego człowieka. Do końca postępowania nie powinien wychodzić z aresztu. Być może zostanie poddany warunkowemu procesowi leczniczemu i trochę zmieni swoje postępowanie. Na pewno nie powinno się takiego człowieka prowokować, tylko traktować z daleko idącą ostrożnością". (am)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości