- Mam obiecywane, że zostanę wykończony, skończę w psychiatryku, albo zginę... obawiam się o swoje życie i rodzinę... - mówi jeden z braci. - Nękają nas bez przerwy, obrażają, nasyłają policję, tylko wstyd i marnotrawstwo państwowych pieniędzy - mówi drugi brat.
W Bielawach koło Janowca Wielkopolskiego stoi dom. W jednej jego części mieszka jeden brat, w drugiej części - drugi. W świetle zapisów księgi wieczystej właścicielami nieruchomości są Ryszard Płonka - jeden z braci - i jego żona Krystyna Płontka. Nieruchomość stanowi spadek po ojcu Henryku Płontce. Stwierdzenie nabycia spadku nastąpiło we wrześniu 1997 roku. Nie ma więc żadnych prawnych wątpliwości, co do kogo należy.
30 grudnia 2011 roku sędzia Sądu Rejonowego w Żninie Tomasz Michalak nakazał bratu właściciela - Tadeuszowi Płontce i jego córce, by opróżnili i wydali Ryszardowi i Krystynie Płontkom zajmowane pomieszczenia w budynkach w Bielawach. Pozwanym sąd przyznał uprawnienia do lokalu socjalnego z zasobu mieszkaniowego Gminy Janowiec.
Wykonanie wyroku eksmisyjnego wstrzymano do czasu zawarcia umowy najmu lokalu socjalnego.
- Rozpatrywałem nawet sytuację, że jeśli płacony będzie regularnie czynsz, to mieszkanie może być nadal zajmowane, ale już nie za darmo jak dotychczas. Jednak w tej sytuacji uważam, że eksmisja musi być przeprowadzona, nam należy się spokój i odpoczynek, musimy zadbać o całą posesję. Jest córka, wnuczki. To mieszkanie przyda się dla nich, a my zaznamy spokoju i przestaniemy się obawiać wychodząc na podwórze - mówi Ryszard Płontka. Opowiada, że mieli już zamiar sprzedaży domu, chcieli się wyprowadzić, porozwieszali nawet ogłoszenia. - Zainteresowani kupnem byli, jednak jak zasięgnęli opinii o sąsiedzie, rezygnowali - opowiada Ryszard Płontka.
KARAWAN POD DOMEM
Policja zna ten dom, interwencje są zgłaszane często i to przez obu braci.
- Od początku roku odnotowane mam 9 interwencji, dotyczą one różnych spostrzeżeń i nieporozumień sąsiedzkich, również z innymi mieszkańcami - powiedział Jarosław Pioterek z Komendy Powiatowej Policji w Żninie.
O jednej z nich pisaliśmy przed kilkoma tygodniami: Ryszard Płontka otworzył drzwi przedstawicielom zakładu pogrzebowego, którzy przyjechali właśnie po niego. O swoim przeżyciu opowiadał też na antenie radia i w telewizji. Dziś zapewnia, że tamto wydarzenie wciąż w nim budzi przerażenie i obawy. Dodaje, że od lat obawia się o zdrowie, życie i przyszłość swojej rodziny. Jarosław Pioterek poinformował nas, że toczy się postępowanie w tej sprawie, prowadzone są czynności zmierzające do ustalenia osoby, która wezwała karawan. Prokurator zakwalifikował to zdarzenie jako groźby karalne wobec Ryszarda Płontki.
BRAT NAS PRZEŚLADUJE
Ryszard Płontka nie chce mieszkać w sąsiedztwie brata za ścianą, w domu jaki otrzymał wraz z żoną po rodzicach. - Nie można się dalej wstydzić, ukrywać nerwów, w jakich przyszło nam żyć - tłumaczy.
Opowiada, że rodzice ściągnęli go z Sarbinowa, gdzie mieszkał wraz z żoną, przepisali im dom. W połowie budynku mieszka jego brat z dziećmi. Nie mogą się z nimi zgodzić. Tłumaczy, że otrzymał dom w spadku, wraz z żoną widnieją jako właściciele w księdze wieczystej, a mieszkający za ścianą brat jest ich lokatorem. Lokatorem, który nie płaci czynszu, nie dokłada się do podatku od nieruchomości, a dodatkowo zaniedbuje działkę. - A jakby tego było mało od wielu lat nas prześladuje, zastrasza, grozi i nigdy nie wiemy, czego możemy się spodziewać. Tak dalej żyć się nie da, dojdzie do tragedii - mówi Ryszard Płontka. Opowiada, że w jego stronę i stronę żony, a nawet córki lecą kamienie, wyzwiska, haniebne propozycje, zarówno od rodziny brata, jak i jego gości. Do garażu podrzucane są liściki, w których jest poniżany, straszony odebraniem emerytury, pobytem w zakładzie psychiatrycznym, gdzie jest oczerniany jako oszust i złodziej. - Takich listów dostajemy dużo, ostatni dziś, który jest natychmiastową reakcją na otrzymaną pocztą informację, że gmina odwołała się od wyroku sądu w sprawie eksmisji zamieszkujących w naszym domu bez zgody i płacenia czynszu - mówi Ryszard Płontka. Dlatego wystąpił do sądu o eksmisję brata.
Zapewnia, że wiele razy zgłaszał policji groźby, wyzwiska i przemoc kierowaną w kierunku jego rodziny. Przyjeżdżali policjanci z Janowca, Żnina i Rogowa i zawsze uznawali to za sąsiedzkie nieporozumienie. - Dopiero jak tu dojdzie do tragedii, to rozpoczną się poszukiwania winnego. Ja choruję, jeżdżę od jednego lekarza do drugiego, w domu wymienić trzeba okna, zabrać się za remont, ale za co? Skoro muszę płacić za lokatora podatek, czynszu nie widzę, a wszędzie słyszę, że za ład i porządek będą odpowiadał ja jako właściciel posesji - mówi Ryszard Płontka. Wyliczył, że od 1994 roku lokator zalega mu blisko 30.600 zł z samego podatku, jaki płaci się gminie.
BRAT MNIE PRZEŚLADUJE
Zupełnie odmienny scenariusz mieszkania za ścianą z bratem przedstawia Tadeusz Płontka. Mężczyzna zapewnia, że jego koszmar rozpoczął się, kiedy ku zaskoczeniu matki w 1994 roku Ryszard wraz z żoną sprowadził się do rodzinnego domu. - Ja tu mieszkam całe swoje życie, 58 lat, a jakieś 35 od czasu, kiedy dobudowałem do rodzinnego domu tę część, w której mieszkam. Budowałem mimo że nie byłem właścicielem, nie przewidywałem, że sprawa się odwróci i przejdzie to na własność brata - mówi Tadeusz Płontka.
Mieszkańcy Bielaw potwierdzają, że kilkadziesiąt lat temu dobudowana została część budynku. Przy dobudowie pracował też trzeci z braci, jednak wówczas właścicielem był ojciec zwaśnionych braci z Bielaw.
Tadeusz Płontka opowiada, że na przepis do sądu zabrali tylko ojca, matka w przepisie nie uczestniczyła. Zostawiła mu natomiast swój testament, w którym zapisała mu połowę swojego majątku. Testament ten jest w posiadaniu prawnego przedstawiciela Tadeusza Płontki.
- Potrzebowali mnie u notariusza tylko po to, żebym się podpisał. Potem Ryszard sprzedał ziemię po rodzicach, ja dostałem część, brat dostał część, Chciałem to wszystko później odwrócić, oddać pieniądze i przywrócić własność ziemi, ale było już za późno - opowiada Tadeusz.
W Bielawach czuje się u siebie, tu mieszka całe życie, nie zamierza oddawać tego, co wybudował, dlatego wniósł odwołanie od wyroku eksmisyjnego. - Wróciły do mnie dzieci z Domu Dziecka, jestem samotnym ojcem, który chyba jako jedyny w okolicy otrzymuje alimenty i teraz mam pozbawić dzieci dachu nad głową? - pyta Tadeusz Płontka. Zapewnia, że to właśnie on i jego dzieci są wyzywani przez brata, jego żonę, a teraz i córkę. - Jesteśmy obrażani, poniżani, w dodatku wciąż na nas nasyłana jest policja, ostatnio nawet próbuje się nas zastraszyć. Nocami stają pod naszymi oknami samochody, postawni mężczyźni pukają do okna - mówi Tadeusz Płontka. Zapewnia, że nie ma już siły tłumaczyć policji, że niczemu nie jest winien, że żyje spokojnie, pomaga sąsiadom i stroni od awantur. - Karawan to nie nasza sprawa, o co się nas posądza. Sam się wystraszyłem widząc go pod domem, do takiego zagrania nigdy bym się nie posunął - mówi. Zapewnia, że mieszkał spokojnie do czasu, aż sprowadził się brat z rodziną, żalili się rodzice, teraz on ma za swoje. W sprawie liścików wrzucanych do garażu twierdzi, że nie bawi się w takie rzeczy, a jest to metoda jego brata, który do skrzynki pocztowej wrzuca mu rachunki bez pieczątek, w których wzywa go do zapłaty.
- Nie jesteśmy już młodzi, do grobu tego nie zabierzemy. Na co nam ta wojna, na co policja co rusz? Szkoda tylko tego paliwa - opowiada Tadeusz.Uważa za wielką niesprawiedliwość wymiaru sprawiedliwości to, że wyrzuca się go z pomieszczeń, które sam dobudował, z domu gdzie przeżył całe życie. - Teraz tracę dach nad głową bo brat i jego żona byli przebiegli, potrafili ojca omamić a po przepisie już się losem rodziców nie interesowali - mówi Tadeusz.
- Brat nie ma racji, konflikt z matką powstał przez niego, a dom dobudował ojciec z pieniędzy, jakie otrzymał w ramach spłaty za pracę w Niemczech - mówi Ryszard Płontka. Przeciwnego zdania jest Tadeusz, który zapewnia, że on dobudowywał zasiedloną część domu: - Mogą to potwierdzić murarze, których najmowałem i z którymi budowałem Stanisław Gruszka i Dariusz Cichy.
CO Z EKSMISJĄ
Burmistrz Maciej Sobczak powiedział, że wyrok jest nieprawomocny, więc eksmisja wykonana być nie może, jeśli jednak wyrok się uprawomocni, to będzie on wykonany. Potwierdził, że gmina skierowała pismo do sądu, ale jako interwent uboczny, bo w tej sprawie nie jest gmina stroną. - My jako gmina nie jesteśmy tu stroną, jest to sprawa cywilna pomiędzy nimi, dlatego nie chcę zajmować stanowiska w prywatnej sprawie. Jeśli wyrok się uprawomocni, to będzie wykonany - zapewnił Maciej Sobczak i dodaje na koniec, że kilka lat wcześniej gmina dała już mieszkanie zastępcze byłej żonie Tadeusza Płontki, a lista osób oczekujących na lokale jest bardzo długa.
Sylwia Wysocka
Pałuki nr 1056 (19/2012)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze