Reklama

Jak poprawić efektywność w produkcji trzody

- „Jeżeli chodzi o rozród, to jest ten element, który musimy poprawić. Poprawiając go poprawiamy efektywność. Jeżeli nie będziemy bagatelizowali tego problemu, to dojdziemy do lepszych wyników” - mówił prof. Wojciech Kapelański

      fot. Remigiusz Konieczka

Prof. dr hab. Wojciech Kapelański, produkcja, efektywność, trzoda, UTP, konferencja
     Jak poprawić efektywność w produkcji trzody
    W drugiej części konferencji zorganizowanej w Rogowie przez ODR Minikowo i Izbę Rolniczą w Przysieku prof. dr hab. Wojciech Kapelański z Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy mówił o efektywności rozrodu świń.

     W ubiegłym tygodniu pisaliśmy o probiotykach stosowanych w gospodarstwach rolnych. Podczas konferencji zorganizowanej w Rogowie 1 lutego prelegenci zachęcali do ograniczania chemii w gospodarstwach. W drugiej części konferencji wystąpił m.in. prof. dr hab. Wojciech Kapelański, prorektor Uniwersytetu Techniczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy. Mówił na temat efektywności rozrodu jako źródła rezerw ekonomicznych w produkcji trzody chlewnej.
     DWA PROBLEMY
     Na początku prelegent cofnął się do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. - U nas tuczniki miały 43% mięsność, a w Unii 55%. Zastanawialiśmy się, co to będzie, bo polskie tuczniki po wstąpieniu do UE byłyby niekonkurencyjne. Minęło 15 lat i osiągnęliśmy poziom europejski. Rasa „pietrain” dała efekt mięsności i dziś w kujawsko-pomorskim 56% mięsności to poziom normalny. Europa na razie nie chce więcej niż 60%, bo tuczniki o tak dużym poziomie mięsności to fizjologiczne przegięcie i odbija się na jakości - wyjaśnił Wojciech Kapelański.
     Profesor widzi dwa problemy w produkcji trzody chlewnej. Pierwszy to zdrowotność stad. Mówił, by status zdrowego stada zachować, bo tylko zdrowe zwierzę może produkować na wysokim poziomie. A drugi problem to efektywność rozrodu. Wojciech Kapelański przyznał, że mamy w tej drugiej dziedzinie dość duże opóźnienie w stosunku do Europy Zachodniej. Zaznaczył, że problemu nie da się naprawić selekcją, genetyką (np. poprzez krzyżowanie), bo cechy rozrodcze są niskodziedziczalne. - Więcej możemy poprawić środowiskiem, technologią, biotechnologią, a więc ingerencją w rozród - dodał.
     GDZIE JESTEŚMY
     Profesor Wojciech Kapelański przytoczył kilka danych ogólnych dotyczących województwa kujawsko-pomorskiego. Wynikało z nich, że jest to województwo nastawione na produkcję trzody chlewnej. Zaznaczył, że stan pogłowia trzody jednak spada, zarówno w całym kraju, jak i w kujawsko-pomorskim. Spadek pogłowia loch jest drastyczny i prognozował (prezentując dane prof. Zygmunta Pejsaka), że w 2020 roku możemy nie mieć własnych loch.
     - Jeżeli nie podejmie się odpowiednich kroków, nie mówię, że tylko z naszej strony, ale również państwa, to ten czarny scenariusz może zostać zrealizowany - mówił prof. Wojciech Kapelański. - Będziemy jedli wieprzowinę, owszem, ale już nie swoją. Jest to o tyle ciekawe, że spożycie wieprzowiny w Polsce nie spada. Jemy tyle, ile do tej pory, a pogłowie jest coraz niższe. No, ale najwyższą wartość importu w Polsce odnotowano w mięsie wieprzowym. Mięso importowane zalewa rynek i nie wystarcza miejsca dla naszej rodzimej produkcji. Jeżeli do tego nie ma odpowiedniego wsparcia i odpowiednich uwarunkowań, to mamy to co mamy.
     Najwięcej jest gospodarstw utrzymujących od 10 do 50 sztuk świń, a więc, zdaniem profesora, w stosunku do wymogów rynku jest to zbyt rozdrobnione. Restrukturyzacja jest niezbędna, ponieważ dzisiaj jest tak, że mając stado do 20 loch i produkując 200 tuczników, nie da się efektywnie produkować. Restrukturyzacja winna iść, według prelegenta, w kierunku powiększania gospodarstw. Wojciech Kapelański dodał, że sytuacja w hodowli trzody robi się podobna do tej, jaka miała miejsce w branży drobiarskiej, ponieważ na jednym tuczniku nie da się osiągnąć takiego zysku, który dałby ogólny roczny zysk na odpowiednim poziomie. - Tutaj zysk jest mały, coraz mniejszy, jeżeli w ogóle jest, a więc trzeba go sztukami nadrabiać, by mieć globalny zysk w gospodarstwie - stwierdził profesor. - Ale jak wypadamy na tle UE? Tu wychodzi temat efektywności rozrodu.
     POLSKA A DANIA
     Jako wprowadzenie do tematu efektywności rozrodu prof. Wojciech Kapelański porównał efektywność i wielkość produkcji trzody w Polsce z tą w krajach tzw. starej Unii, a w szczególności w Danii. Liczba prosiąt urodzonych na rok na lochę w Polsce wynosi 19,18, a w Danii 31,93.
     Wojciech Kapelański zwrócił uwagę na żenująco małą liczbę prosiąt odsadzonych od macior w ciągu roku. W Polsce jest to 16,55, a w Danii 26,73, w starej UE są to 24,32 prosięta. Liczba miotów na rok wynosi w naszym kraju 1,83, a w innych krajach UE jest zdecydowania wyższa: 2,25 w Danii i 2,27 w starej Unii. Z kolei liczba prosiąt urodzonych w miocie w Polsce to 10,48 sztuk normalnie urodzonych od użytkowanych loch w gospodarstwach, a w Danii jest to już 14,19 urodzonych prosiąt w jednym miocie.
     Do tego w Polsce dochodzi wysokie zużycie paszy na kilogram przyrostu tuczu, które wynosi 3,42 kg paszy.
     - Zejście do 2,65-2,7 kg zużycia paszy jest możliwe, ale wtedy tucznik musi przyrastać 800-900 gramów, a bywały takie, co rosły 1.100 gramów. Im większe przyrosty, tym większy przyrost mięsa i mniejsze zużycie paszy. Jeżeli świnia odkłada więcej mięsa, jest bardziej mięsna, to ona jest bardziej ekonomiczna. Mniej zużywa paszy na kilogram przyrostu. Najdroższy jest tłuszcz. Jeżeli świnia się otłuszcza, to nie możemy liczyć na to, że zużycie paszy będzie niskie. A pasza jest droga. Jest najdroższa. W hodowli tucznika 70% kosztów stanowi pasza. Jeżeli ona jest droga, to tucznik też musi być drogi - tłumaczył profesor.
     Wojciech Kapelański zwrócił uwagę na jeszcze inną ciekawą zależność, a mianowicie na liczbę dni od urodzenia tucznika do jego sprzedaży. W Polsce jest to 185 dni, a w Danii 166 dni. - Przyrosty są większe, wartość dietetyczna świń jest większa, to się przekłada na ekonomikę.
     Wskaźnik wymiany stada podstawowego loch wynosi w Danii ok. 53%, a w naszym kraju jest to 30%. - To ma swoje plusy i minusy. Jeżeli locha jest dłużej użytkowana, to się dłużej amortyzuje. Koszt na jej odchów lepiej się zwraca. Ale dłuższe użytkowanie loch to niewykorzystanie jej potencjału genetycznego. Jeśli szybko wymieniamy zwierzęta w stadzie, to uzyskujemy postęp genetyczny. Zwierzęta są coraz lepsze - dopowiedział profesor.
     POPRAWIĆ PLENNOŚĆ
     Konkludując Wojciech Kapelański stwierdził, że wskaźnik ekonomiczny, jakim jest plenność, a więc liczba prosiąt odchowanych, odsadzonych od maciory w ciągu roku, jest u nas bardzo niska. Profesor zastosował prosty przelicznik. Przyjął, że locha w ciągu roku może zjeść około tony paszy. Jeżeli w ciągu roku w Polsce locha daje 16 prosiąt, a w Danii daje prawie 30, to obciążenie tucznika naszego jest dużo większe. I tego kosztu nie da się uniknąć, bo locha na rzecz tucznika tak czy owak paszę zje.
W Podkarpackim, gdzie jest 12 prosiąt od maciory, obciążenie tucznika wynosi 80 kg paszy, w Wielkopolsce 60 kg, a w Danii 30 kg.
     - I jak to ma być konkurencyjne w stosunku do tucznika duńskiego? - pytał profesor. - W rozrodzie jest rezerwa, bo jeśli locha daje więcej prosiąt, jest bardziej efektywna, to prosię jest obciążone mniejszym kosztem zużywanej przez nią paszy. Jaki koszt produkcji tucznika jest w Polsce, a jaki w Danii? A ceny za 1 kg żywca są porównywalne. To musi rzutować na to, że nasz zysk ekonomiczny musi być mniejszy, bo tyle wydaliśmy, a za tyle sprzedamy.  Wydamy na niego więcej niż w Danii, a sprzedamy za mniejsze pieniądze. Lochę też kiedyś sprzedamy, pytanie: za jaką cenę? Dlatego właśnie w rozrodzie mamy dużo do zrobienia.
     OSIĄGNĄĆ LEPSZY WYNIK
     Liczba tuczników sprzedawanych w Danii w 1975 roku wynosiła 12 sztuk od maciory, a w 2011 było to już 27,4 szt. Zdaniem profesora jest to wielkość, do której polscy hodowcy powinni dążyć.
     Wojciech Kapelański dodał, że w osiągnięciu powyższych wyników pomocne są badania laboratoryjne, szczególnie badania nad genami, ponieważ geny (np. gen podatności na stres) wykorzystywane mogą być w dziedzinie poprawienia rodności macior. Profesor zauważył, iż poprzez selekcję i dobór par nie da się poprawić cech związanych z rozrodczością, gdyż są to cechy niskodziedziczalne.
     W tym wypadki trzeba skupić się na genetyce molekularnej. Zaznaczył, że to nie ma nic wspólnego z GMO. - Nie mówimy o wszczepianiu genów, a o ukierunkowaniu selekcji na podstawie informacji o DNA. Wspomaganie genetyki, tej jaką mamy na co dzień w chlewni, jest w tej chwili słuszne.
     POWIĘKSZENIE STADA
     Profesor Wojciech Kapelański radził, aby powiększać hodowlę i wielkość stada.
     Ferm produkujących trzodę jest coraz mniej, ale są wielkie. - Osobiście nie jestem za tym, by budować wielkie fermy świń, ale jest to wymóg czasu. Dziś nie da się wyżyć z fermy produkującej na małą skalę - mówił pałuckim rolnikom prof. Wojciech Kapelański.
     Jednak najważniejsze w gospodarstwach będzie poprawienie plenności. To jest wskaźnik ekonomiczny, na którym hodowcy powinni się skupić. - Z czego on się bierze? - pytał profesor i zaraz odpowiadał. - Ciąża u świni trwa 114 dni. Laktację można sobie ustawić różnie, ja przyjąłem 56 dni. Jałowienie 10 dni, to znaczy, że po odsadzeniu, w ciągu 10 dni locha wejdzie w ruję i będzie pokryta skutecznie. Jeżeli tak się dzieje, to mamy w sumie 180 dni. 365 dni w roku, jeżeli podzielimy przez 180, to mamy 2,02 mioty rocznie. A u nas 1,64. Z czego to się bierze? Z braku racjonalności w kierowaniu rozrodem. Może z braku wiedzy? Nie wiem. Jeżeli rolnik nie spowoduje skutecznego pokrycia maciory w ciągu tych 10 dni, to następna szansa pojawia się za 21 dni. Czas potrzebny do uzyskania miotu wynosi już 202 dni. To 365, jeśli podzielę przez 202, wtedy jest już 1,81. I jeżeli pokazuje się wskaźnik 1,64, to oznacza, że statystyczna locha w Polsce kryta jest w trzeciej rui. Jak to się dzieje w Danii, że mają wskaźnik 2,40? Jest to 114 dni ciąży, 28 dni laktacji, a najczęściej jest 21 dni, 10 dni jałowienia, w sumie daje to 152 dni i mamy 2,40. Przy 10 dniach jałowienia.
     Profesor przeprowadził symulację wielkości produkcji trzody na liczbie 100 loch. Założył, że średnio locha daje 12 prosiąt. Jeżeli częstotliwość oprosień wynosi 1,64, to uzyskujemy w Polsce rocznie 1.968 prosiąt. Jeśli przy tej samej liczbie 100 loch i 12 urodzonych prosiętach mamy częstotliwość oprosień w wysokości 2,02 w roku, to już w produkcji są 2.424 prosięta. Ta sama liczba prosiąt razy 2,40, gdzie laktacja jest 28-dniowa i w pierwszej rui locha jest kryta, daje 2.880 prosiąt. A wynik mógłby być wyższy przy kryciu w pierwszej rui i 21-dniowej laktacji. - Biorąc pod uwagę skrajne przypadki, to mamy 920 prosiąt więcej za darmo. Bo ta locha stała w chlewni. Ona była żywiona. Koszty stałe zostały poniesione. Ale dała mi mniej, bo byłem gapa i nie spowodowałem jej pokrycia w odpowiednim czasie. To jest bardzo ważna rzecz, z której powinniśmy zdawać sobie sprawę. Ile musi kosztować prosię, gdy nie spowodowaliśmy pokrycia w odpowiednim czasie? Dlatego będę powtarzał to jak mantrę, do znudzenia: krycie, technika krycia, to jest ważne - apelował do rolników Wojciech Kapelański.
     Dodał, że w gospodarstwie przy rozrodzie powinien pracować najlepszy człowiek, posiadający odpowiednią wiedzę.
     JAKIE LOCHY
     Loszka do rozrodu, według profesora Wojciecha Kapelańskiego, powinna być loszką krzyżówkową, mieszaną, ponieważ taka daje zysk biologiczny z rozrodu. Dodatkowo loszka wyprodukowana we własnym gospodarstwie jest zwierzęciem lepiej się sprawdzającym w produkcji tuczników. Loszka zakupiona, nawet z bardzo dobrego gniazda, jeżeli zostanie przywieziona, pomijając niebezpieczeństwa chorób, to procesy adaptacyjne, które przechodzi, powodują, że pierwsze mioty ma słabsze. A jeśli jest świetnie przystosowana do środowiska, ponieważ się w nim urodziła, została odchowana, to wyniki produkcyjne są lepsze. - Lepiej wydać trochę więcej pieniędzy, zakupić kilka loch zarodowych o najwyższych parametrach i samemu produkować sobie loszki. To daje bardzo dobre efekty - radził prof. Kapelański. - Po co trzymać knura dla 10 czy 15 loch, można kupić nasienie.
     Loszka w genach powinna mieć wysokie przyrosty masy ciała, ale sama nie powinna rosnąć (bo jak szybko rośnie to nie wykazuje rui). Przyrost optymalny dla loszki to 550-600 gramów przyrostu dziennego, a nie 800. Za to tucznik ma rosnąć 800 g dziennie, a nie 600. Profesor radzi, by sprawdzać dokumenty loszek dostarczonych do gospodarstw. Loszka nie powinna być zbyt mięsna sama w sobie. Powinna mieć od 17 do 20 mm słoniny grzbietowej. Jak można to uzyskać? Wojciech Kapelański odpowiedział, że przez odpowiednie żywienie. Najprościej rzecz ujmując nie ma mowy o żywieniu do woli.
     Loszka winna być odporna na stres, czyli wolna od genu stresowego. Problem tegoż genu został rozwiązany przez realizowany kilka lat temu program Polsusu i polegał na uwalnianiu od niego ras matecznych. Szczątki genu stresowego pojawiają się w loszkach rasy PBZ, ale rasy WBP i Duroc nie mają już tego genu. Gen ten może spowodować, że liczebność miotu będzie mniejsza, a poza tym loszki posiadające ten gen rodzą trudniej, mają np. gorączkę poporodową. Z kolei u knurów gen stresowy jest dopuszczalny (bo pomaga w przyroście), ale u lochy nie (bo powoduje komplikacje).
     Dlaczego jako materiał mateczny powinno się stosować loszki krzyżówkowe? Bo wcześniej osiągają dojrzałość płciową i mają większą masę ciała podczas pierwszej rui, większą skuteczność pokryć i szybciej się zapładniają. Większa płodność to liczniejsze mioty. Najlepiej wybrać loszki z trzeciego i czwartego miotu. - Bo wiem, jaka była jej matka - wyjaśnił profesor.
     Liczba sutków u takiej lochy nie może być mniejsza niż 12. Im większa liczba sutków, tym lepiej, ponieważ jeśli sutków jest więcej, to płodność loszki będzie większa. Odchów loszek w miotach standaryzowanych powinien wynosić 8 sztuk.
     - Ta loszka, która jest matką przyszłej matki, ma być płodna. Ma rodzić bardzo dużo prosiąt. Ale swoje potomstwo ma odchowywać w mniejszej grupie. Dlaczego? Dlatego, że jeżeli odchowuje w dużej grupie, to pojawia się konkurencyjność o sutki. Ona ma ograniczoną ilość mleka. Rozdziela je na większą ilość swojego potomstwa i w sumie mniej dostają poszczególne sztuki - wyjaśnił profesor.
     Wzrost prosiąt w czasie odchowu ma bardzo istotne znaczenie w dalszym użytkowaniu. Jeżeli locha będzie rosła wolniej, to będzie słabszą matką dla tuczników. A jeżeli będzie rosła szybciej, to prawdopodobnie będzie lepszą matką. I jeśli będzie odchowywana w dużej grupie, to siłą rzeczy będzie rosła wolniej, bo od matki będzie dostawała mniej mleka. Stąd ta standaryzacja w ilości prosiąt. Jeżeli się pojawiają knurki, to wtedy je zabieramy i zostawiamy ok. 8 loszek.
     ŻYWIENIE
     Profesor Wojciech Kapelański radzi, by do 70 kg żywić loszki do woli. Najlepiej jeżeli są żywione grupowo. Dlaczego? - Nie zdajemy sobie sprawy z jednego. Nam potrzebne są loszki żerne, które zawalczą o kryto. To jest cecha związana z rozrodem. Agresywność. Jeżeli mają dostęp do automatu, to nie muszą walczyć. Chodzi tu o laktację. Istnieje zależność, że loszka nie powinna tracić masy w okresie laktacji. Granica wynosi 10% utraty masy po urodzeniu prosiąt. Im mniej straci masy, tym lepiej i w następnych miotach sprawdza się lepiej. Jeżeli loszka zjada dużo paszy, to przerobi ją na mleko. Nie ma apetytu, czerpie z własnego ciała i chudnie. Potem mamy taką deskę i jak ktoś spojrzy, to pomyśli, że żreć jej pewnie nie dajemy, ale nie o to chodzi, że nie dostaje, tylko, że przerabia pożywienie na mleko. Jeżeli loszka jest żerna, pobiera dużo paszy, chudnie mniej i jest lepsza i dlatego ważna jest agresywność - tłumaczył prorektor.
     Później, gdy zaczyna się pojawiać dojrzałość płciowa u loszek, to musimy przejść na żywienie ograniczone. Im szybciej pierwsza ruja się pojawi, tym lepiej. Dlatego też jeżeli po pierwszych 6 miesiącach ruja u loszki się nie pojawia, to powinno się ograniczać żywienie. Pokrywamy jej jedynie zapotrzebowanie bytowe. Bo też loszka nie może być mięsna sama w sobie, tylko ma posiadać gen mięsności. Niedobrze, gdy locha zbyt dużo przyrasta w okresie ciąży, ponieważ produkcja mleka z paszy jest tańsza niż z zapasów ciała. Jeżeli jest locha żerna, zjada dużo paszy, to mleko, które produkuje, jest po prostu tańsze.
     ZACHĘCIĆ LOSZKI
     Wojciech Kapelański wyjaśnił też kwestie związane z problemami hodowców związanymi z pojawieniem się pierwszej rui u loszek. - Szlag człowieka czasem trafia, bo ona stoi i się nie rusza. A każdy dzień opóźnienia bije nas po kieszeni - wyjaśnił profesor nie przebierając zbytnio w słowach. Zależy to od kilku rzeczy. Między innymi od rasy, jaką rolnik hoduje. Ale również od żywienia. Powinno się stosować żywienie bodźcowe, ze zwiększoną dawką energii. Żywienie bodźcowe to nie białkowe. Polega na podawaniu paszy bogatej w energię, np. poprzez zwiększoną dawkę jęczmienia. Żywienie powinno być okresowe, krótkie. Wtedy powoduje naturalną stymulację.
     Ponadto, by zwiększyć stymulację u loch, przez chlewnię cyklicznie powinien być przeprowadzony knur lub powinien być zorganizowany bezpośredni kontakt niedojrzałych loszek z knurem w kojcu na około 10-15 minut. Profesor wyjaśnił, że knury mają w ślinie steryd pobudzający loszki i stąd to takie ważne. Oprócz tego po transporcie część loszek wykazuje ruję. I z tego można również korzystać przy stymulacji. W sytuacjach skrajnych, aby przyspieszyć ruję, można skorzystać ze wspomagania hormonami. - Lepiej jest nie wchodzić z hormonami, ale jeśli nie ma innych możliwości, to wtedy można je zastosować - radził profesor.
     PODSUMOWANIE
     - Jeżeli chodzi o rozród, to jest ten element, który musimy poprawić. Poprawiając go poprawiamy efektywność. Jeżeli nie będziemy bagatelizowali tego problemu, to dojdziemy do lepszych wyników - stwierdził prof. Wojciech Kapelański.

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1096 (7/2013)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości