12 maja 2025 r. gościem Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej w Żninie był Mariusz Szczygieł – reporter i felietonista, autor wielu książek, który z mieszkańcami Pałuk spotkał się w ramach Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek.
Uczestników spotkania powitała dyrektorka biblioteki Beata Czaczyk, która powiedziała, że dla bibliotek i bibliotekarzy jest to szczególny czas, gdyż celebrujemy nie tylko Tydzień Bibliotek, ale również jubileuszowy rok 80-lecia biblioteki i z tej okazji zapraszani na życzenie czytelników są specjalni goście. A takim niewątpliwie jest Mariusz Szczygieł. – Reporter, pisarz, felietonista, jeden z najwybitniejszych współczesnych polskich autorów literatury faktów. Szeroką popularność zdobył dzięki cyklowi reportaży telewizyjnych „Na każdy temat”, ale to jego twórczość literacka przyniosła mu największe uznanie – powiedziała Beata Czaczyk przedstawiając prelegenta, którego książki zostały przetłumaczone na kilkanaście języków.
Spotkanie z Mariuszem Szczygłem poprowadził żniński polonista Marcin Szary, który jest ogromnym fanem autora. Już na wstępie zdradził uczestnikom spotkania, że Mariusz Szczygieł to niedoszły księgowy, bo z zawodu jest technikiem ekonomistą o specjalizacji ekonomika i organizacja przedsiębiorstw przemysłowych. - Moja mama bardzo marzyła, żebym był księgowym, (…) ale ja najbardziej chciałem być recepcjonistą, a nie księgowym. I jak mama się dowiedziała, że ja zdaję na studia, że chcę się znaleźć na studiach dziennikarskich, to się naprawdę modliła, żebym się nie dostał – powiedział pan Mariusz i dodał, że na studia dostał się bez egzaminu wygrywając jakiś konkurs i i tym samym miejsce na wydziale dziennikarstwa w Warszawie. To był początek drogi, która sprawiła, że pochodzący ze Złotoryi, małego miasteczka przypominającego Żnin, młody i nieśmiały chłopak stał się nie tylko gwiazdą telewizji, ale także uznanym pisarzem i dziennikarzem. Przyznał, że od pieniędzy uzależniony nie jest i może ich nie mieć. Za wycofanie z druku swojej książki Gottland gotów był nawet zapłacić, by się nie ukazała. - Jak napisałem tę książkę, oddałem ją do druku, to stwierdziłem, że ona jest tak zła, że ja muszę ją wycofać. Zadzwoniłem więc do redaktorki naczelnej i spytałem czy może mi powiedzieć, ile wydała już na tę książkę, bo książka już szła do drukarni. Spytałem ile wydała na książkę, to ja jej to wszystko zwrócę, niech tylko ją wycofa. Tak mi się nie podobał ten „Gottland” – powiedział autor i dodał, że już tak ma, że książki, które napisze mu się nie podobają, kiedy trafią już do druku. - Dzięki Bogu, że nie jestem kobietą, matką, bo bym miał ciągle depresję poporodową i te wszystkie dzieci by były nieszczęśliwe. Bardzo trudno mi jest powiedzieć o czymś, co by mi się podobało z mojej twórczości, że już tego bym nie poprawił – stwierdził pisarz, który przyznał się, że w czasach szkolnych jego nazwisko wydawało się mu być beznadziejnie głupie. A kiedy już odniósł sukces i przyszły nagrody, to we Francji czy w Czechach były problemy z jego wymową. - Kora Jackowska mówiła, że podwójne życie to jest minimum, jakie każdy człowiek powinien mieć. I prowadzę podwójne życie, bo w Czechach się nazywam trochę inaczej – stwierdził żartobliwie.
Otwartość do ludzi wyniósł ze Złotoryi, gdzie bezpośredniość była takim stylem życia. I ten styl właśnie przeniósł do swojego warszawskiego świata. Powiedział, że nienawidzi pozerstwa i udawania, a z ludźmi, którzy tacy są, zrywa znajomość. Interesują go za to ludzie inni od niego. - Najciekawsi są ludzie, którzy są inni ode mnie i ja mogę ich zrozumieć. A jak ja ich zrozumiem, to potem moi czytelnicy i czytelniczki też zrozumieją tego człowieka więc to fajnie jest zrozumieć się nawzajem. Po prostu ja nie jestem pisarzem fikcji. Ja lubię rzeczywistość opisywać i poznawać ludzi, którzy mi coś powiedzą, czego nie wiem – usłyszano.
Pisarz zafascynowany jest Czechami i temu krajowi poświęca też swoje książki. - Ja staram się być tam ambasadorem Polski. Nawet raz się zdarzyło, że w jednym roku dostałem order od rządu czeskiego, z ministerstwa spraw zagranicznych Czech za propagowanie republiki czeskie i w tym samym roku od Polaków, z polskiego ministerstwa spraw zagranicznych za propagowanie w Czechach Polski – powiedział pan Mariusz dodając, że do Czech po raz pierwszy pojechał do Czech w 2000 roku i tą kulturą zaczął się interesować. Dostrzegł też wówczas, że Czesi mają duży dystans do Polaków, nie wierzą w polskie produkty i we wszystko, co z Polską się wiąże. Na szczęście to się już zmieniło. - Czesi przez dziesięciolecia uważali Polskę za kraj zacofany. Oni mnie pytali: „Czy to prawda, że w waszym parlamencie była modlitwa o deszcz?” Była.” To tak, jak w Afryce”. No i co ja mam powiedzieć? „Naprawdę wierzycie, że Ojciec święty robił cuda?” No i jak im to wytłumaczyć? Więc był ten dystans. Teraz się przekonali, że jesteśmy nowoczesnym krajem. Przyjeżdżają, są zachwyceni tym Bałtykiem i tymi miastami naszymi. No i też jest tutaj trochę taniej niż w Chorwacji - stwierdził prelegent, który opowiedział o Czechach, ich kulturze i życiu mieszkańców. Usłyszano, że kuchnia czeska jest cięższa od polskiej. – Po zjedzeniu dań kuchni czeskiej człowiek się czuje jak betoniarka, która jest z betonem. Ale oni jedzą bardzo tłusto. Nawet do zupy dodają bitej śmietany. Jak ich pytam, dlaczego tak jedzą tłusto, to oni mówią, że to tak trzeba, bo ich jest mało. To oni muszą być tacy przy kości. I że jak będzie choroba albo wojna, to żeby było z czego schudnąć – powiedział pan Mariusz i dodał, że piwo jest dobrem narodowym Czechów.
Swoje życie Mariusz Szczygieł stara się wykorzystać najlepiej jak potrafi, bo już wie, że będzie żył do 2051 roku. A skąd? Bo kiedyś w Internecie „wyleciało” mu pytanie, czy chce znać datę swojej śmierci. - Oczywiście chciałem. I ten system zaczął mi zadawać przeróżne pytania. No i słuchajcie, odpowiadałem na te pytania chyba z pół godziny. Zaangażowałem się i nawet do mamy dzwoniłem. I na koniec padło stwierdzenie, że jeśli chcę znać datę swojej śmierci, to mam wysłać SMS-a o wartości 30 złotych, ale z VAT-em. Ale skoro się już tak zaangażowałem to wysłałem. I wyleciało mi, że przewidywana data mojej śmierci to 18 stycznia 2051. No i się trzymam tego. Do tego czasu chcę wykorzystać moje życie najlepiej jak mogę. Najbardziej bym chciał przejść na emeryturę za rok, jak będę miał 60 lat, co jest niemożliwe w Polsce, ale tak główkuję, jak to zrobić, żeby już się pozbyć wszystkich tych obowiązków swoich. Naprawdę marzę o emeryturze – stwierdził żartobliwie pan Mariusz.
Podczas spotkania prowadzący Marcin Szary wspomniał o wątku żnińskim, który pojawił się w jednej z książek pana Mariusza, a dotyczył on ogłoszenia, które Szymon Stosik zamieścił w jednej z ogólnopolskich gazet na początku lat 90. XX wieku, a dotyczyło ono poszukiwania żony dla swojego kolegi Australijczyka. Przyszło tysiące listów, a koperty w tamtych czasach pan Szymon szybko sprzedał. Mariusz Szczygieł potwierdził, że wyszukiwał ciekawe ogłoszenia do swojej książki i to właśnie takim było.
Mariusz Szczygieł chętnie odpowiadał też na pytania zadawane przez uczestników spotkania. Maria Rogaczewska nawiązała do programu Na każdy temat, który dziennikarz prowadził w telewizji w latach 90. XX wieku. Jak stwierdziła, pytania przez niego zadawane graniczyły wręcz z naiwnością, dlatego też interesowało ją to, czy było to tak bezpośrednie i naturalne czy tez wyreżyserowane. - Do tego programu były zdjęcia próbne i tam kandydowali, dzisiaj mogę to powiedzieć, Jacek Żakowski, Piotr Kraśko i Hubert Urbański. I wszyscy oni byli charakterystyczni, ciekawi, ale reżyser z POLSAT-em wybrali mnie, dlatego, że ja się od nich różniłem. (…) Jak miałem zdjęcia próbne ze striptizerką to pierwsze pytanie, jakie jej zadałem, to przepraszam, czy Pani się często przeziębia? (…) I to się spodobało – powiedział dziennikarz dodając, że usłyszał od reżysera, że ma życzliwość w głosie. - Odkrył mnie przez radio, słyszał moją rozmowę w radiu i powiedział, że ja mam słońce w głosie. (…) I on wpadł na pomysł, żebym właśnie tą życzliwość wykorzystywał, a także to, że jestem młody i to, że jestem z małego miasta. I tak trochę tę naiwność, żeśmy zagrali.
Obecna na spotkaniu Elżbieta Piniewska – przewodnicząca Sejmiku Województwa Kujawsko-Pomorskiego stwierdziła: - Do tej pory kochałam Pana jako autora, a teraz kocham Pana jako interlokutora, bo to, w jaki sposób Pan mówi i w jaki sposób jest Pan blisko drugiego człowieka, jest naprawdę piękne. Za to przede wszystkim dziękuję, bo jest to takie głęboko antropologiczne. Nie bójmy się wielkich słów. To Herbert już o tym mówił. I nie mamy czasu na to, żeby te wielkie słowa sobie mówić, a są takie sytuacje, gdzie po prostu trzeba. I ja uważam, że dzisiaj było trzeba – usłyszano.
Po trwającym niemal dwie godziny spotkaniu i ciekawych opowieściach autor podpisywał swoje książki oraz chętnie pozował do zdjęć z uczestnikami tego wyjątkowego spotkania.
Barbara Filipiak
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze