Urszula Straszewska zapewnia, że z bólem patrzy na zarośniętą działkę, którą przez lata dzierżawiła
fot. Sylwia Wysocka
Mieszkanka, gmina Kcynia, działka, Sąd Rejonowy
Najładniejsza działka, jaką widziałem
Świadkowie zgodnie zapewniali, że z mokradła i nieużytku Urszula Straszewska zrobiła wzorcową, kwitnącą działkę.
W Sądzie Rejonowym w Szubinie odbyła się kolejna rozprawa z powództwa mieszkanki Kcyni Urszuli Straszewskiej przeciwko gminie Kcynia o odszkodowanie za poniesione nakłady finansowe i pracę na gminnej działce przy ulicy Cmentarnej, którą zagospodarowała, a która została sprzedana za ponad 70.000 zł. Urszula Staszewska uważa, że gmina zarobiła na jej pracy i nakładach, i czuje się oszukana.
DZIERŻAWA
Pierwszą umowę z Urzędem podpisała późną jesienią 1994 roku (żaden egzemplarz tej umowy nie zachował się) i od tej chwili płaciła gminie za dzierżawę. Prace rozpoczęła w 1995 r. Najstarsza z zachowanych umów pochodzi z 2001 roku. Pani Urszula składała w ratuszu kilka razy wnioski o wykup tego terenu, często chodziła do Urzędu przypominać o swoich wnioskach - najpierw do burmistrza Stefana Świtalskiego, potem do burmistrza Tomasza Szczepaniaka, a także do ich urzędników. W 2010 otrzymała informację, że w kolejnym roku działka zostanie wystawiona na przetarg. Obrabiała ją dalej jeszcze w 2012 roku w oczekiwaniu na ogłoszenie przetargu. Otrzymała w końcu informację o wycenie rzeczoznawcy na 70.250 zł. Do przetargu nie przystąpiła, gdyż nie stać jej było na zapłacenie takiej kwoty. - Odbyły się dwa przetargi i w styczniu działkę sprzedano. Jeśli nawet rzeczoznawca wycenił działkę na taką kwotę, to wycenił on moją ciężką pracę, moje nakłady i utopione tam pieniądze - mówi Urszula Straszewska.
O ODSZKODOWANIE
Kobieta wystąpiła o odszkodowanie bezpośrednio do gminy. Wówczas zwrócono się do niej o przedłożenie faktur, rachunków dokumentujących poniesione nakłady jako podstawy do ewentualnych roszczeń. - Nie mam rachunków. To było prawie 20 lat temu. Nawet gdybym takie rachunki dostawała, to kto trzyma rachunki tyle lat? Zresztą nie sądziłam, że będą mi one potrzebne, przecież wnioskowałam o wykup dzierżawionej działki - mówi Urszula Straszewska.
Do ugody nie doszło, sprawa trafiła do sądu. 28 kwietnia przed sądem stanęli świadkowie powołani przez Urszulę Straszewską.
SPOJRZENIE GMINY
Radca prawny Dominika Narewska, reprezentująca w sądzie kcyński ratusz, przedłożyła dokumentację fotograficzną, wykonaną przez kierownika wydziału organizacyjnego Urzędu Miejskiego w Kcyni, ukazującą m.in. usunięcie ze spornej działki drzewa bez pozwolenia, krzewów (w sierpniu 2012 r.) oraz wysokość płaconego czynszu.
Podczas rozprawy świadek Tomasz Szczepaniak zapewnił, że działka była przez Urszulę Straszewską dzierżawiona z wnioskowaniem o jej wykup. - Gmina wyrażała chęć sprzedaży działki, kilkakrotnie zlecałem urzędnikowi Alicji Kamienieckiej przygotowanie stosownej dokumentacji w tym celu. Mimo że zlecałem przygotowanie dokumentacji i gruntu do procedury przetargowej, w czasie mojego urzędowania nie zostało to spełnione - mówił Tomasz Szczepaniak. Podkreślał, że zgodnie z przepisami osoba dzierżawiąca grunt, która ponosiła na jego rzecz nakłady, mogła skorzystać z prawa pierwokupu za cenę wylicytowaną i taką informację otrzymała wnioskująca.
- Z tego co wiem, to było tam zaniżenie i działka została zaadaptowana na cele rekreacyjne. Teren został nawieziony, wcześniej było to takie wysypisko na obrzeżach miasta - mówił Tomasz Szczepaniak. Przyznał też, że nie pamięta, czy uregulowany był stan prawny tej działki.
Dominika Narewska pytała byłego burmistrza, czy umowa dzierżawy przewidywała kwestie rozliczenia nakładów. Tomasz Szczepaniak tłumaczył, że w jego ocenie przeznaczenie terenu na cele rolne oznacza, że dzierżawca może ponosić nakłady konieczne do prowadzenia działalności rolnej czy ogrodniczej. Regulacji rozliczeń poniesionych nakładów nie było, bo nie było roszczeń. Zapewnił jednak, że gdyby w 2001 roku dzierżawczyni wystąpiła z takimi roszczeniami, to gmina próbowałaby dojść z panią Straszewską do porozumienia, gdyby nie korzystała ona z prawa pierwokupu.
Dominika Narewska pytała też o wielkość zajmowanej działki, czy było to 520 m czy 1.533 m i czy odbywały się kontrole wielkości dzierżawionych gruntów w stosunku do wielkości płaconej dzierżawy i podatku, na co otrzymała zapewnienie, że takie kontrole były i było to w gestii urzędnika Alicji Kamienieckiej. Wielkości działki świadek nie pamiętał.
Alicja Kamieniecka z kcyńskiego ratusza zapewniła, że gmina zawierała umowę z powódką na część działki nr 618, a nie na całość. Nie było jednak protokołu wydania tej działki po podpisaniu umowy dzierżawy, a działka była przeznaczona na cel rolny - ogródek przydomowy. Przyznała też, że nie dokonywała kontroli tej działki. - W 1991 roku została wydana decyzja wojewody o skomunalizowaniu gruntów - nieodpłatnym ich przekazaniu na rzecz gminy Kcynia. Dokumentacja geodezyjna winna pokrywać się z dokumentacją ksiąg wieczystych, czyli po decyzji komunalizacyjnej wojewody następował wpis do księgi wieczystej. Taka nieruchomość skomunalizowana powinna mieć najpierw oznaczenie hipoteczne. Dla tej działki na zlecenie gminy Kcynia starosta miał ustalić oznaczenie hipoteczne i dopiero po tym można było przeznaczyć działkę do sprzedaży. Taki tok się toczył, wpis gminy jako właściciela do ksiąg wieczystych był na przełomie 2010/2011 roku - mówiła Alicja Kamieniecka.
Urzędniczka zapewniła, że nie było fizycznego podziału działki, nie było grodzeń, przednia część działki użytkowana była przez dwóch innych dzierżawców. Poinformowała też, że w umowie dzierżawy dzierżawca podpisuje, że granice działki są mu znane.
Alicja Kamieniecka stwierdziła, że umowy dzierżawy nie przewidywały rozliczeń nakładów z dzierżawcami i nie były one nigdy rozliczane. Zapewniła też, że przez 20 lat powódka nie składała wniosków o zwrot nakładów, jak i nie występowała o pozwolenia na nasadzenia i zagospodarowanie większego gruntu niż przewidywała umowa. Przyznała, że wpłynęło pismo o rozliczenie nakładów, ale nie pamiętała, czy miało to miejsce przed, czy po wypowiedzeniu umowy. Urzędniczka stwierdziła, że gdyby była dzierżawczyni posiadała rachunki dokumentujące nakłady, to prawdopodobnie doszłoby wówczas do ugody, co jest zgodne z przepisami kodeksu cywilnego.
PRACE
Świadek Bogusław Grzelak zapewnił, że powódka zamawiała w SKR, gdzie pracował, usługi na transport ziemi, wykopywania pieńków, wyrównywania nawiezionej ziemi na owej działce. Daty tych prac nie pamiętał, ale sugerował, że mogły to być lata 90. Zapewnił, że powódka płaciła za usługi, każda usługa była skalkulowana, wystawiane były na to faktury, a należności pokrywała Urszula Straszewska. Ogólnie mogło to być kilkanaście usług.
Maciej Wolf zeznawał, że z dzieciństwa pamięta tę działkę jako teren podmokły. Pamięta duże ilości nawożonej ziemi, sprzęt komunalki, SKR, samochody ciężarowe dowożące i niwelujące teren działki. - Wcześniejsze próby uprawy kończyły się wygniciem roślin, ciągnik się zapadał i sam kilkakrotnie swoim traktorem wyciągałem ciągnik, który ugrzązł w mokradłach na tej działce - mówił świadek. Jego zdaniem powódka działkę objęła w połowie lat 90. - Wszystko gniło, pani Straszewska całe dnie tam pracowała, oprócz pracy mechanicznej włożyła wiele pracy ręcznej, dużo serca, dziwiłem się, że jej się chce - mówił Maciej Wolf. Na działce było bajorko, które jej pogłębił, by uregulować stosunki wodne, powódka to oczyściła i zrobiła oczko wodne.
Czas ponoszonych nakładów określił jako końcówkę lat 90. i początek XXI wieku. - Przez lata zrobiła z tego zupełnie inny kawałek ziemi, wszystko kwitło, dbała o to - mówił świadek. Przyznał, że zagospodarowana została cała działka. Zaznaczył, że nie zna geodezyjnych podziałów tej działki.
Maria Brzykcy, córka powódki, zeznała, że matka w dzierżawę działkę przejęła 20, 21 lat temu, w pierwszej połowie lat 90., po śmierci ojca. Umowę z gminą o dzierżawę jej matka zawartą miała na piśmie, a od działki odprowadzała podatek aż do 2012, kiedy otrzymała informację z ratusza, że 31 sierpnia wygasa umowa najmu.
Córka powódki opowiadała, że wcześniej były tam śmieci, zarośla, krzaki, teren był podmokły. Po rezygnacji jednego z dwóch dzierżawców, matka zdecydowała, że wystąpi o tę działkę. Później też drugi dzierżawca udał się z jej matką do Urzędu, by zrzec się swojej części na jej rzecz, przez co miała 1.533 m2. Działka stanowiła nieckę, dlatego wszędzie, gdzie była ziemia z wykopów, to jej mama ją brała, płaciła, najmowała transport, ile to kosztowało nie wiedziała. Zapytana przez Dominikę Narewską, co stało się z nasadzeniami po sprzedaży działki, przyznała, że zostały wykopane, część została posadzona u niej. W kwestii ściętego drzewa, o które pytała mecenas, wyjaśniła, że jej matka raz machnęła siekierką i brzoza padła.
Stanisław Brzykcy (niespowinowacony z powódką) zapewnił, że powódka działkę przejęła pod koniec lat 90., nawiozła na nią ogrom ziemi, włożyła wiele pracy, pracował tam sprzęt, zagospodarowała teren, zrobiła działkę rekreacyjną. Wyjaśniał, że całość działki stanowiła niecka, na środku stała woda, pasły się gęsi. Nie wiedział, że działka była w posiadaniu poprzednich dzierżawców, ale wiedział, że jakieś 30 lat temu teren ten użytkowali. Pytany przez mecenas Narewską o wielkość przejętej działki odpowiedział, że przypuszczalnie była to całość. Nie widział zabierania nasadzeń, przyznał początkowo, że od 5 lat, a później, że może od 2 lat nie ma tam nasadzeń, wszystko zarosło i nikt się tą działką nie zajmuje od czasu, kiedy oddała ją powódka.
Gabriela Papuga-Kuczkowska zeznała, że w 2003 roku powódka zwróciła się do niej z chęcią kupna ziemi z wykopów, jednak że była ona jej zbędna, przekazała ją nieodpłatnie. - Urszula Straszewska wynajęła transport, sprzęt, ziemię ładowali i wywozili, udostępniłam również do tego mój sprzęt i ja ponosiłam koszty transportu moim sprzętem. Było to z kilkadziesiąt transportów, ziemia z wykopu o powierzchni ok 1.000 m2. Świadek nie potrafiła ocenić, ile transportów odbyło się na jej koszt, przyznała też, że nie wie, czy przekazana przez nią ziemia wystarczyła na wyrównanie niecki.
Krzysztof Czyż zapewnił, że działka była w posiadaniu jego teściowej Urszuli Straszewskiej od ponad 20 lat i była ono początkowo dzierżawiona od jednego, a później też od drugiego sąsiada, gdyż oni jej nie użytkowali. Zeznał, że działka została nawieziona, w czym też pomagał otrzymując zwrot kosztów za paliwo. Odpowiadając na pytanie Dominiki Narewskiej zapewnił, że działka została uporządkowana w latach 90.
Anna Korbal jako kolejna potwierdziła, że powódka działkę objęła w latach 90. - Nawiozła ziemi na mokradła, wyrównała, nasadziła krzewów, kwiatów, posiała trawę, dbała o to, chodziła rano i wieczorem. Mówiąc o działce mam na myśli teren użytkowany, dokładnych granic nie znam - mówiła Anna Korbal.
Gabriela Walczak powiedziała, że kiedy w 1989 r. przyprowadziła się w okolice spornej działki, było to jeszcze wysypisko śmieci. - Pani Urszula działką zaczęła się zajmować w 91/92 roku wspólnie z panem Barankiem. W połowie lat 90. pan Baranek z uwagi na chorobę zrzekł się swojej części i pani Ula obrabiała całość - mówiła sąsiadka. Wyliczała zakres prac - transport olbrzymiej ilości ziemi, jej rozprowadzenie i ogrom pracy. Spowodowało to, że działka w późniejszym czasie wyglądała bajkowo. - Kwiaty, trampolina, działka ta nie była zamykana, tam bawiły się dzieci z całej ulicy, pożytku miała z tego tyle, że musiała tam pracować, kosić, pielęgnować - mówiła Gabriela Walczak.
Bolesław Szamski obrazując wygląd działki przed jej zagospodarowaniem wyjaśniał, że był to typowy nieużytek. - Pani Straszewska wykonała tam ogrom pracy. Nawiozła ziemi, zagospodarowała zielenią i uczyniła ten teren najładniejszą działką, jaką widziałem - zapewniał najstarszy, 80-letni świadek. Pytany przez panią mecenas stwierdził, że od ubiegłego roku działka straciła na wyglądzie, teraz jest tylko dziko rosnąca trawa, nie ma drzewek, kwiatów, placu zabaw dla dzieci.
Kolejną rozprawę zaplanowano na 9 czerwca.
Sylwia Wysocka
Pałuki nr 1164 (23/2014)
Przejdź do forum.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze