- Kasza jaglana, do tego płateczki, miód do tego, i jakoś się rano budzę - mówi Wiktoria Błaszczyńska z Piechcina, która w drugie święto Bożego Narodzenia obchodziła swoje setne urodziny.
Stuletnia Wiktoria Błaszczyńska zdradzała wiceburmistrzowi Barcina Sławomirowi Różańskiemu tajemnicę zdrowego i gwarantującego długie życie odżywiania. fot. Magdalena Kruszka
Syn Wiktorii Błaszczyńskiej, Stefan podziwia mamę za to, że potrafiła nad dramatycznymi zdarzeniami w swoim życiu przejść spokojnie do porządku dziennego fot. Magdalena Kruszka
Portret Wiktorii Błaszczyńskiej i jej męża fot. archiwum rodzinne
Wiktoria Błaszczyńska urodziła się 26 grudnia 1914 roku w Ludwińcu koło Pakości. Teraz mieszka wraz z synem Stefanem w Piechcinie. Jej wspomnienia sięgają czasów dzieciństwa.
- Pochodzę ze wsi, i jak tylko ze szkoły wyszłam, to musiałam iść do pracy w polu - opowiada pani Wiktoria, która przypomina sobie, że jak zaczynała pracować w polu, to miała 14 lat, a była to czasem ciężka praca. - Pracowało się do ósmej wieczorem w polu u pana barona z Jankowa, który miał dwa majątki. W ciągu dnia była przerwa obiadowa, to na dwie godziny mogliśmy iść do domu zjeść obiad.
Pani Wiktoria wspomina także, że zdarzało się mieć czas wolny. W czasach, kiedy ludzie nie mieli telewizorów i radioodbiorników, chętnie wspólnie śpiewali. Ona sama pod łóżkiem w kartonach miała książki, które chętnie czytała. Pamięta, że w jej zbiorze była między innymi Trędowata. Czasu na zabawę za dużo nie było. Wiktoria Błaszczyńska pochodzi z dużej rodziny, miała czternaścioro rodzeństwa, więc trzeba było opiekować się rodzeństwem.
Mąż pani Wiktorii pochodził z Piechcina. Ślub zawarli w kościele w Pakości. Jubilatka wspomina, że wesele nie było duże, przybyła na nie najbliższa rodzina. Potem zaczęła się wojna, a małżonek został wzięty do niewoli i wywieziony na roboty do Niemiec.
- Mąż pracował w fabryce, jesienią w cukrowni, a jak się jesień skończyła, to został wysłany do pracy u gospodarza - opowiada Wiktoria Błaszczyńska. - Ten gospodarz niemiecki myślał, że Polska zawsze już będzie w niewoli, więc kazał mi przyjechać do męża. Pojechałam tam z jednym dzieckiem. Gospodarz był spokojny, ale musieliśmy tam pracować, i tak przepracowaliśmy cztery lata.
W czasie pobytu w Niemczech zmarła córeczka pani Wiktorii - Zosia, która w momencie przybycia do Niemiec miała 1,5 roczku. Zmarła na dyfteryt. Za granicą na świat przyszedł najstarszy syn Stanisław. W Polsce urodzili się kolejni synowie: Janek i Stefan. Potem pani Wiktoria doczekała się także wnucząt, z których czworo nadal żyje oraz trojga prawnucząt.
Po wojnie rodzeństwo pani Wiktorii osiedliło się w różnych zakątkach świata, między innymi w Kanadzie. Pan Stefan, syn pani Wiktorii, opowiada, że jego rodzice też mieli okazję osiedlić się za oceanem, bo byli w przejściowym obozie amerykańskim, ale mama koniecznie chciała wrócić do Polski, i tak też zrobiła.
Wiktoria Błaszczyńska z pierworodną córką Zofią podczas pobytu w Niemczech w czasie wojny fot. archiwum rodzinne
Wiktoria Błaszczyńska była jedną z młodszych w rodzeństwie. Oprócz niej żyje jeszcze jej najmłodsza siostra. Mąż zmarł w 1999 roku w wieku 88 lat. Pani Wiktoria jest w dobrej kondycji zdrowotnej, choć musi się borykać z różnymi dolegliwościami.
- Za dobrze nie widzę i za dobrze nie słyszę. Była pielęgniarka, zbadała ciśnienie i powiedziała, że mam dobre, ale chodzić nie mogę - skarży się pani Wiktoria, ale zdradza też metodę na to, aby dożyć stu lat. Najważniejsza według niej jest kasza jaglana i miód.
- Kasza jaglana leczy przewód pokarmowy - objaśnia pani Wiktoria. - Zupkę jaglaną gotujemy wieczorem, a rano jemy. Kaszę trzeba gotować godzinę. Można dodać trochę płateczków owsianych, żeby zagęścić zupkę, a do tego dwie łyżki stołowe miodu. Z innych dań pani Wiktoria zaleca jabłuszka, chudą szynkę i dużo ryb.
Stefan Błaszczyński w czym innym upatruje dobrej kondycji swojej mamy i podkreśla, że potrafiła ona zawsze przejść nad dramatycznym zdarzeniem, które ją dotykało, łagodnie i spokojnie do porządku dziennego.
- Nie potrafię tego wytłumaczyć, bo mama była spokojna, ale nie była flegmatyczna - mówi pan Stefan. - Czasem bywała też nerwowa, ale w sytuacjach dramatycznych godziła się ze wszystkim, co ją spotykało i potrafiła przyjąć to, co dał jej los. Właśnie temu przypisuję jej długowieczność.
Do wszystkich życzeń składanych Jubilatce w dniu urodzin, dołącza się także redakcja Pałuk.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1194 (53/2014)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze