Reklama

Ostatni bednarz na Pałukach

    Ostatni bednarz na Pałukach
    Okres świetności bednarze mają już za sobą. Drewniane beczki, balie, stągwie, cebrzyki, antałki, flitki i wiele innych przedmiotów zostało wypartych w znacznym stopniu przez wyroby z tworzyw sztucznych czy metalu. Wiele przedmiotów zrobionych przez bednarzy możemy już tylko oglądać w muzeum. Kto dzisiaj jeszcze pekluje mięso w beczkach? Lodówki, zamrażarki, chłodnie pozwalają długo przechowywać żywność. Spotkać można jednak tradycyjne beczki - głównie na wsiach. Służą do kiszenia kapusty. W szanujących się wytwórniach win lub piwa są nadal niezastąpione.

    Na Pałukach prawdopodobnie ostatnim czynnym bednarzem jest Stanisław Krukowski, mieszkaniec Barcina. Reprezentuje stary ród bednarzy w tym mieście. Rodzinna pamięć sięga ubiegłego wieku. Ponad sto lat temu Hipolit Krukowski trudnił się bednarstwem. Jego syn Józef urodził się 15 grudnia 1865 roku. Józef w wieku 25 lat przejął po ojcu zakład bednarski. 30 maja 1913 r. przyszedł na świat kolejny przedstawiciel rodu Krukowskich - Władysław. Miał swój zakład w Gniewkowie. W 1949 r. otworzył firmę bednarską w Barcinie. Po Władysławie zakład przy ul. Kościelnej 22 przeszedł na syna - Stanisława.
    Stanisław Krukowski podtrzymuje rodzinną tradycję. Doliczył się, że reprezentuje piąte pokolenie bednarzy. Nadal przyjmuje zamówienia - robi głównie beczki o pojemności od 30 do 180 litrów, antałki, kwietniki oraz kierzynki, w których ludność wsi - chociaż sporadycznie - nadal robi masło. W ciągu roku dwa razy jest sezon na jego wyroby: jesienią na beczki do kiszenia kapusty i wiosną - na kwietniki.
    W rodzinie tajemnice zawodu przekazywał ojciec synowi. Tak było przez wszystkie pokolenia. Lecz rodzinna tradycja wydaje się gasnąć. Synowie Stanisława, jak dotąd, nie są zainteresowani kontynuowaniem zawodu bednarza.  
    Stanisław od dziecka przypatrywał się, jak ojciec robi beczki. Spodobała mu się ta robota. Bo czy mogło być inaczej? Z czasem doszedł to takiej wprawy, że sam zaczął wykonywać różne przedmioty. Wywiązywał się doskonale z podjętych zadań. Otrzymywał zlecenia nietypowe - m.in. na zamówienie teatru zrobił beczki o pojemności ponad 300 l, jest prawdziwym mistrzem w tym zawodzie.
    Warsztat bednarski nie zmienił swojego wyglądu od lat. Jest w nim stałe miejsce wyznaczone dla przywiezionego z lasu drewna dębowego. Parownik nadal przylega do warsztatu. Tuż obok stoi winda - rodzaj ściągacza bednarskiego. W warsztacie znajdują się proste narzędzia, którymi posługiwał się jeszcze ojciec czy dziadek pana Stanisława - strugi ręczne, metalowy cyrkiel, mechaniczna piła taśmowa. Przy ich pomocy mistrz bednarski dokonuje trudnej sztuki. Jak bowiem zrobić beczkę z charakterystycznym wybrzuszeniem i to jeszcze tak, aby nic z niej nie wyciekło?
Stanisław Krukowski wtajemnicza w sposób robienia beczki. Z przywiezionego drewna dębowego robi klepki. Wszystkie wyroby wykonuje tylko z tego gatunku drewna. Drewno po przeschnięciu, które trwa około dwóch tygodni, podlega obróbce - tzw. kantówce. Klepki nie mogą mieć najmniejszej skazy: sęków, pęknięć itp. Co ciekawe są one różnej szerokości - tak aby jak najmniej dobrego materiału się zmarnowało. Bednarz z czterech stron nacina każda klepkę pod odpowiednią krzywizną. W tej czynności tkwi największa tajemnica robienia beczek. Po założeniu klepki muszą idealnie pasować tak, aby nic z naczynia nie wyciekło i było wybrzuszenie. Tylko pan Stanisław potrafi to wykonać. Robi to na wyczucie - bez szablonu, modelu czy wzorników. Patrzy na szerokość kolejnej klepki i odpowiednio profiluje deseczkę. Z tym wyczuciem w rękach przyszedł na świat. Nikt nie jest w stanie go w tej czynności zastąpić.
    Wszystkie klepki mają stałą grubość 2 cm. Po wycięciu skosów robi z nich "parasol" - w dwóch obręczach poukładane są przylegające ciasno do siebie klepki, których końce są rozłożone. I tam trzeba założyć obejmę. Tak przygotowana beczka wędruje więc do parownika - kotła z wrzącą wodą. Po 20 minutach gorącej kąpieli jest wyjmowana i trafia do ściągacza bednarskiego - stalowa lina obejmuje "parasol" i zaciska go. Klepki przylegają coraz bliżej siebie, powstaje kształtne wybrzuszenie, zakładane są obejmy. Beczka stoi prawie gotowa. Teraz trzeba zrobić dno i je osadzić. W tym celu wycina się wontor - rowek w wewnętrznej ściance beczki. Dokładnie w tym miejscu zostanie zamontowane dno. Jeszcze tylko trzeba wymierzyć idealnie średnicę beczki w wontorze. Bednarz odmierza dokładnie sześć razy metalowym cyrklem w środku. Ustawia cyrkiel na szerokość, tak długo, aż za szóstym razem metalowa nóżka cyrkla idealnie trafia w punkt początkowy. Teraz już wiadomo jaką średnicę ma mieć dno.  
    Dno przygotowywane jest wcześniej. Klepki nie są klejone, lecz zbijane na dyble. Między klepki bednarz wkłada zasuszoną roślinę bagienną - służy do uszczelniania. Metalowym cyrklem rysuje koło, następnie wycina. Po wycięciu brzegi dna są profilowane z dwóch stron, aby ono idealnie weszło w wontor. Potem dwie robocze obręcze zdejmuje z beczki. Do 1/3 wysokości beczki, licząc od dna, miedzy klepki, wkłada się zasuszoną rośliną - naturalną uszczelkę. Po nabiciu dna nakładane są nowe obejmy, wykonane ręką mistrza Stanisława z taśmy stalowej. Gotową beczkę z zewnątrz trzeba jeszcze pomalować.
    Wykonanie jednej beczki zajęło mistrzowi cały dzień. Stanisław Krukowski daje na nią 30 lat gwarancji. Wiadomo, że i tak będzie służyła dłużej, jeżeli właściciel o nią zadba.

Ryszard Nowicki
Pałuki nr 147 (50/1994)
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości