9 kwietnia zmarł w wieku niespełna 75 lat Stanisław Pyzalski z Bożejewiczek, długoletni współpracownik Pałuk i postać wyjątkowa w naszej redakcji. Zwykle bywał w niej tylko raz na tydzień, jednak sprawami gazety żył każdego dnia, a pomoc któremukolwiek z nas potrafił nieść nie tylko w dzień, ale i nocami, czy w weekendy. Był bardzo lubiany, łatwo nawiązujący kontakty i oddany nie tylko swej rodzinie, ale również pracy, którą wykonywał.
14 kwietnia pożegnaliśmy Ś.P. Stanisława Pyzalskiego, wieloletniego współpracownika Tygodnika Lokalnego Pałuki. Dzień to szczególny, bo właśnie 14 kwietnia 1951 r. w Buszkowie Stanisław Pyzalski przyszedł na świat. Nie było więc mu dane doczekać 75 lat - zmarł 9 kwietnia.
Był postacią niezwykle lubianą i cenioną w redakcji Pałuk. Nie mogło być inaczej, biorąc pod uwagę przymioty jego charakteru, uczynność, przyjacielski sposób bycia, zaangażowanie nie tylko w to, co sam robił i czym żył, ale również gotowość niesienia pomocy każdej osobie, która go o nią poprosiła.
W Pałukach był pracownikiem kolportażu. Na pozór wydawałoby się, że jego praca i moja - reportera nie mają ze sobą wiele wspólnego. A jednak od pana Stanisława, gdy przyjeżdżał do naszej redakcji w czwartkowe południe po zakończeniu rozwózki tygodnika do punktów sprzedaży, niemal za każdym razem dostawałem informacje z terenu, które były gotowym tematem na artykuł. Był bardzo kontaktową osobą, czerpał wiedzę o otaczającym go świecie od każdego rozmówcy i potrafił ocenić, czy któryś z poruszanych przez mieszkańców w czwartkowe ranki w małych sklepach na Pałukach tematów, może być ciekawy dla reportera. A ludzie opowiadali mu o swoich bolączkach chętnie, bo potrafił ich słuchać a w razie potrzeby dodawać otuchy. Z kolei sam też wiele rzeczy dostrzegał, bo był świetnym obserwatorem lokalnej rzeczywistości i przez lata pracy dla gazety potrafił dostrzec temat w każdej dziurze w drodze i w każdej niedziałającej lampie ulicznej, gdy nocą zdążał z gazetami do sklepów.
Jak wspomina Józef Winiecki, jeden z naszych dawnych współpracowników, a prywatnie przyjaciel Stanisława Pyzalskiego, zmarły był osobą niezwykle pracowitą, serdeczną w kontaktach i bardzo uczynną.
- Stasiu był nie tylko kolegą z pracy, ale prawdziwym przyjacielem. Znaliśmy się od ponad 30 lat. W Pałukach zaczął pracować w 1997 r. Tę datę pamiętam, bo w tamtym roku któregoś razu przyjechał do mnie do Gąsawy a ja mu wtedy powiedziałem, że jest potrzebny jeszcze jeden pracownik w kolportażu. On na to: "Słuchaj Józek, to ja bym był chętny" Odpowiedziałem: "Przedstawię cię szefowi, ale jeśli cię zatrudni, to wstydu mi nie możesz przynieść". On odrzekł: "Wiesz, że jak coś robię, to robię to najlepiej, jak potrafię, będą ze mnie zadowoleni". I rzeczywiście te zapewnienia swoją pracą potwierdził. Zawsze był bardzo odpowiedzialny, choć to była ciężka praca. Jeździł do drukarni w Pile i Bydgoszczy, skąd przywoził cały nakład Pałuk (a w szczytowym momencie było to ponad 2 tony papieru), a później do punktów sprzedaży. Robił po kilkaset kilometrów za kierownicą w każdy czwartek. Gdy się spotykaliśmy prywatnie, to jednym z głównych tematów rozmów były Pałuki. On żył sprawami kolportażu, martwił się, gdy było dużo zwrotów gazet i cieszył, gdy się sprzedawały. Zawsze sobie pomagaliśmy. Jak mu się samochód zepsuł, to go ciągnikiem wyciągałem. Sprawdzał się jako kolporter gazety, ale też po prostu, jako człowiek. Znal się na spawaniu, na mechanice, przecież przedtem pracował w żnińskim Spomaszu. Oni robili tam kuchenki. Potrafił robić cuda z metalu. No i zapamiętam go, jako bardzo pracowitego człowieka. On przecież sam ze swoją żoną Irką budował ich dom w Bożejewiczkach. Ile też razy przyjeżdżał do Gąsawy, gdy go prosiliśmy o coś, by pomógł zrobić. Cieszył się pracą i to go napędzało - wspomina Józef Winiecki.
- Jeździliśmy czasem razem - wspomina Dominik Księski, naczelny Pałuk. - Odwoził mnie kiedyś z festynu w Turze wprost na Warszawę Wschodnią, skąd jechałem na Białoruś do kolegów z tamtejszych gazet lokalnych. Jak się rozgadał na temat swej pracy w Spomaszu, to do dziś żałuję, że nie zacząłem wtedy nagrywać. O roli działu zaopatrzenia za komuny, a potem o chwili, gdy zauważono, że dział zaopatrzenia się nie liczy, a trzeba tworzyć dział zbytu, bo czasy się zmieniły. Opowiadał z humorem, sarkazmem i ironią. Dbał o swe samochody, dostawczaka i ibizę. Lubił o nich mówić. Także Pałuckie Targi Rolne nie mogły się bez jego pracy obejść. Był jednym z filarów naszej gazety - pracował przecież w tygodnikowym "dziale zbytu"!
- Mama mówiła o mnie i o tacie, że jesteśmy jedno lustro - tak byliśmy do siebie podobni. Zawsze trzymał ze mną sztamę i zawsze też mogłam liczyć i ja i moja rodzina na jego pomoc. Zarówno przy inwestycjach, które robiliśmy, jak i w życiu codziennym. Przecież jak mój syn, Miłosz był mały, to tata, zresztą razem z panem Józkiem Winieckim robili za opiekunów do dziecka, gdy musiałam małego zostawić u rodziców w Bożejewiczkach pod opieką. Razem grali w kosza, razem się z nim bawili. Był najlepszym tatą, a później dziadkiem, jakiego można sobie wymarzyć - opowiada Agnieszka, jedyna córka pana Stanisława.
W Tygodniku Pałuki Stanisław Pyzalski pracował ponad 20 lat. Najbardziej mogli go zapamiętać zarówno sprzedawcy, jak i mieszkańcy czekający w czwartkowe ranki na jego samochód z gazetami w gminach Barcin i Łabiszyn, bo to w tym rejonie najdłużej rozwoził do sklepów nasze czasopismo. Przez długie lata pomagała mu w rozwożeniu żona i razem stanowili zgrany tandem.
Ostatnie pożegnanie Ś.P. Stanisława Pyzalskiego odbyło się na cmentarzu parafialnym w Żninie przy ul. 700-lecia.
Cześć Jego Pamięci!
Karol Gapiński
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze