Komendant Straży dla Zwierząt w Warszawie Mateusz Janda powiedział wprost, że w taki sposób, jak to zrobiono w Małych Rudach, zwierząt właścicielom nie powinno się odbierać. Małgorzata Meszyńska, której w marcu zabrano trzy konie i psa, do dziś nie wie, gdzie one są.
Pod koniec marca Fundacja Viva podjęła interwencję na prywatnej posesji, na której trzymane były trzy konie i pies. Z przedstawicielami fundacji był lekarz weterynarii, a także policjanci. Bez obecności właścicielki zabrali zwierzęta, bo weterynarz zdecydował, że ich stan wymaga natychmiastowego działania. Działanie to polegało na załadowaniu koni na przyczepę i wywiezieniu ich w inne miejsce.
Właścicielka, która około 21:00 wróciła z pracy, myślała, że została okradziona. Po wykonaniu kilku rozmów telefonicznych i wizycie u sołtysa Małych Rud, dowiedziała się, że trzy konie i pies zostały zabrane przez Fundację Viva. Małgorzata Meszyńska zawiadomienie o kradzieży zwierząt złożyła w Prokuraturze Rejonowej w Szubinie. Organy nie podjęły śledztwa, wyjaśniając, że czynu nie popełniono. Właścicielka od decyzji prokuratury złożyła zażalenie. O dalszym losie sprawy zdecyduje sąd.
Z drugiej strony policja prowadzi czynności w kierunku znęcania się nad zwierzętami, którego - zdaniem fundacji - dopuściła się mieszkanka Małych Rud, z czym nasza rozmówczyni całkowicie się nie zgadza. Tydzień temu przedstawiliśmy na naszych łamach punkt widzenia na całą sprawę prezentowany przez właścicielkę. Relację z akcji przedstawioną przez Fundację Viva prezentowaliśmy na początku kwietnia. Przypomnijmy, że właścicielka twierdzi, że nie zabrano, ale ukradziono jej zwierzęta, że nie otrzymała wcześniej sygnału, że coś jest nie tak, nie pozwolono jej na poprawę sytuacji zwierząt, że interwencja została podjęta pod jej nieobecność i że nikt jej nie chce powiedzieć, gdzie są zwierzęta. Natomiast Fundacja Viva stoi na stanowisku, że podjęła próbę kontaktu z właścicielką, ale w dniu interwencji była nieosiągalna, że uprzedzenie jej o przyjeździe mogłoby doprowadzić do tego, że zwierząt już w Małych Rudach by nie było, że skoro przez tak długi czas właścicielka nie potrafiła zająć się końmi, to nic by nie zmieniło się w losie zwierząt.
O ocenę całej sytuacji poprosiliśmy niezależnego eksperta - komendanta Straży dla Zwierząt w Warszawie Mateusza Jandę. Jego zdaniem, to nie fundacja decyduje o tym, dokąd ma trafić zwierzę, ale burmistrz na podstawie Ustawy o ochronie zwierząt. To burmistrz w swojej decyzji powinien wskazać miejsce, do którego zwierzę ma być przewiezione. Jeżeli tak się nie stało i w decyzji burmistrza nie ma określonego miejsca przebywania zwierząt, to właścicielowi w ciągu trzech dni od daty doręczenia decyzji przysługuje prawo wniesienia odwołania do samorządowego kolegium odwoławczego. I jeśli właścicielka nie wie, gdzie są jej konie, to powinna zgłosić się z tym pytaniem do burmistrza, a on ma obowiązek ją o tym poinformować. Zdaniem Mateusza Jandy, jeśli zwierzęta zostały z Małych Rud zabrane w sposób opisywany na naszych łamach, to była to kradzież w majestacie prawa. Przedstawiciele fundacji powinni najpierw złożyć zawiadomienie w oparciu o art. 7, ust. 3 Ustawy o ochronie zwierząt, a dopiero po jej wydaniu zabrać zwierzęta. Wtedy burmistrz staje się na mocy ustawy prawnym opiekunem zwierząt i określa, gdzie je skierować.
Na tę chwilę miejsce przebywania zwierząt nie jest znane i - jak twierdzi nasz rozmówca - tak być nie powinno.
- Jeśli były zastrzeżenia do właścicielki, to powinno też trafić zawiadomienie do policji, która wnosi do prokuratury o wydanie postanowienia o zabraniu zwierząt. Wtedy konie zabrałaby policja w asyście fundacji, a nie fundacja w asyście policji - ocenia nasz rozmówca.
Mateusz Janda podkreślił, że sytuacja życiowa i finansowa właścicielki nie zwalniała jej z tego, by dbać należycie o zwierzęta. Mogła szukać pomocy w opiece nad zwierzętami. Z drugiej jednak strony konie nie powinny w taki sposób być odebrane. Komendant Straży dla Zwierząt wyjaśnił, że wcale nie musi być tak, iż sąd, który będzie decydował o przyszłości zwierząt, odbierze je właścicielce. Zdarza się bowiem orzecznictwo, które uznaje oskarżonego winnym, ale nie orzeka przepadku zwierząt.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1326 (28/2017)
Inne teksty na ten temat:
Nie kradzież, a ratunek
Płacze za swoimi końmi
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze