25 listopada 2025 r. w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Żninie z inicjatywy Żnińskiego Towarzystwa Kultury odbył się wykład historyczny Marcina Moeglicha pt. „Procesy o czary na Pałukach”.
Marcin Moeglich jest badaczem regionalnej historii i pasjonatem lokalnych dziejów. Pracuje w Muzeum Regionalnym w Wągrowcu, a swoje publikacje książkowe, jak powiedziała dyrektorka biblioteki Beata Czaczyk, poświęca często pomijanym, a niezwykle intrygującym epizodom z przeszłości. - Dzisiejszy wykład jest poświęcony procesom o czary na Pałukach, jednemu z najbardziej dramatycznych i tajemniczych zjawisk w historii naszego regionu. Pan Marcin przybliży nam realia epoki, opowie o konkretnych sprawach sądowych i przedstawi kontekst społeczny zapewne, który sprawiał, że oskarżenia o czary często mogły kończyć się tragicznie – powiedziała na wstępie dyrektorka książnicy i dodała, że tym wykładem biblioteka wspólnie ze Żnińskim Towarzystwem Kultury rozpoczyna cykl wykładów związanych z historią Polski. Będą się one odbywać raz w miesiącu od listopada 2025 do czerwca 2026. - I taki cykl z historią tle będzie też dedykowany dzieciom i młodzieży. Przed południem gościliśmy dziś pana Pawła Gołucha, który dzieciom w dwóch przedszkolach żnińskich opowiadał zabawne historie o Smoku Wawelskim. Spotkanie cieszyło się ogromnym zainteresowaniem, więc myślę, że to będzie bardzo fajny cykl przybliżający dzieciom historię Polski – dodała Beata Czaczyk.
Marek Wilgórski, prezes Żnińskiego Towarzystwa Kultury powiedział, że Marcina Moeglicha zna od 2012 roku. Zaprosił go wówczas do swojej audycji historycznej, którą prowadził w Radiu Żnin, a następnie od 2017 roku w Waszym Radiu. Pan Marcin jest też członkiem Żnińskiego Towarzystwa Kultury. – Z racji tej naszej współpracy oraz wiedzy historycznej, którą Marcin posiada, uznałem, że będzie on doskonałym prelegentem i przybliży nam historię naszego regionu – powiedział Marek Wilgórski.,
Marcin Moeglich podczas swojego wykładu skupił się głównie na procesach o czary, które były prowadzone przede wszystkim przed Sądem Miejskim Wągrowieckim. - Niestety nie mam wiedzy na temat tego, jak przebiegały te procesy w tej wschodniej części Pałuk. Myślę, że to jest temat, który należałoby uzupełnić. I i może to spotkanie będzie przyczynkiem do tego, żeby troszkę bardziej się w to zagłębić i przedstawić szerzej to zjawisko, które należy do najciemniejszych stron cywilizacji europejskiej i to nie jak się przyjmuje, że w średniowieczu, ale raczej właśnie w tym okresie późniejszym XVI-XVIII wieku, czyli nowożytnym – powiedział pan Marcin i dodał, że właśnie te procesy o czary są spychane często w mroki średniowiecza.
Zainteresowanie tą tematyką u Marcina Moeglicha wzięło się od książki Józefa Putka pt. „Mroki średniowiecza”, która trafiła w jego ręce i natknął się w niej na informację z 1956 r., że w Wągrowcu uśmiercono około 40 czarowników. - I to było pierwsze takie spotkanie z tym tematem i to już wtedy stwierdziłem, że fajnie byłoby dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Ale musiało minąć jeszcze wiele lat, żeby faktycznie udało mi się ten temat bliżej rozpoznać i ostatecznie popełnić artykuł, który zamieściłem w takim naszym muzealnym wągrowieckim wydawnictwie, w Wągrowieckie Studia Muzealne – usłyszano.
Dowiedziano się, że w Archiwum Państwowym w Poznaniu zachowały są księgi miejskie, wągrowieckie, zaś w Archiwum Państwowym w Inowrocławiu żnińskie. Prelegent przeglądając w Poznaniu te księgi natrafił na tzw. czarną księgę, w której były zamieszczone i opisane sprawy kryminalne z przełomu XVII i XVIII wieku i głównie dotyczyły one procesów o czary.
- Dzięki takiej księdze możemy określić, jak przebiegał w tamtych czasach proces sądowy. To były czasy zupełnie odmienne od tych realiów, które są nam bliskie. Dla nas proces sądowy toczy się przed sądem państwowym, sądem jakimś rejonowym i to są procesy, które toczą się zazwyczaj dosyć długo, kilka miesięcy a nawet kilka lat. A w tamtych czasach, kiedy w tych miastach obowiązywało prawo magdeburskie, te procesy trwały trzy dni i przez trzy dni dochodziło do rozstrzygnięcia. I wtedy uznawano, czy ktoś jest winny, czy niewinny – usłyszano. Aby dowieść winy danej osoby, musiała się ona przyznać do popełnienia przestępstwa, które jej zarzucano. - Jeśli ktoś popełnił zabójstwo, przedstawiano tę sprawę przed sądem i on musiał się przyznać. Czasami przyznawał się od razu, bo ta sprawa była oczywista, a jeśli były jakieś wątpliwości, no to trzeba było z niego to przyznanie się do winy wymusić. W jaki sposób? Poprzez poddanie takiej osoby mękom, aby wydobyć z niej przyznanie się do winy. I w taki sposób również przesłuchiwano osoby oskarżone o czary. A więc w wyniku tortur te osoby często odpowiadały tak, jak życzyli tego sobie sędziowie. Jeśli padała sugestia, nie pytano nawet w pewnym momencie, czy dana osoba parała się czarami, tylko z kim i dlaczego właśnie w takim miejscu – powiedział prelegent i dodał, że tortury mogły trwać nawet trzy dni, a jeśli osoba torturowana nie przyznała się do winy to powinna w świetle prawa zostać uznana za niewinną. - Ale można sobie wyobrazić, nawet jeśli ktoś przetrwał te męki i nie przyznał się do winy, to czy dalsza egzystencja w tej społeczności, w której padło na tą osobę podejrzenie o czary, była możliwa? Nie bardzo. Dlatego taka osoba musiała opuścić społeczność, w której dotychczas funkcjonowała. Poza tym po przejściu tych tortur często była okaleczona i niezdolna do podjęcia jakiejś konkretnej pracy – usłyszano.
Najwięcej polowań na czarownice w okresie od XV do XVIII wieku prowadzonych było na ziemiach niemieckojęzycznych, ale bardzo silnie tym problemem dotknięte były także takie państwa jak Szwajcaria, Anglia i Europa Środkowa. Były to czasy, w których każdy rok wiązał się z jakimś zagrożeniem np. głodem i każdy mógł być oskarżony o czary np. w związku z sprowadzeniem chorób czy kierowania zjawiskami pogodowymi. - Na przykład, jeśli doszło do takiego zdarzenia, że pojawiły się w okolicy wilki i rozszarpały bydło jakiegoś gospodarza, a u tego sąsiedniego nie ruszyły krów, które też były na łące, to wówczas padało jakieś podejrzenie, oskarżenie i stwierdzano, że widocznie te czarownice przemieniły się w wilki - stwierdził Marcin Moeglich i dodał, że w większości oskarżycielami byli sąsiedzi, czyli chłopi i mieszczanie, a procesy prowadziły sądy miejskie.
Czary, opętanie, oskarżenia były wówczas na porządku dziennym, a że tematyka spotkania była ciekawa, słuchacze zadawali wiele pytań, na które prelegent wyczerpująco odpowiadał.
Barbara Filipiak
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze