Reklama

Siedlisko na rozstaju dróg

siedli14.jpg Kasztanowiec został wyhodowany przez wnuczki Małgorzaty i Feliksa fot. Remigiusz Konieczka

Feliks Burzyński uparcie doprowadzał do porządku ograbiony po wojnie młyn w Podobowicach. Przed wojną młyn był żywicielem jego rodziny. Tak miało być i po wojnie. W grudniu 1945 roku młyn zaczął pracować. Nie na długo. Już wkrótce wszystkie młyny w okolicy znacjonalizowano (...). Młyn Feliksa i jego ojca, niedawna chluba okolicy, stanął, a jego silnik zamarł i nigdy nie podjął pracy.

    Domicela i Stanisław Burzyńscy w 1892 roku przeprowadzili się, prawdopodobnie po pożarze ich młyna w Skokach, do Podobowic. Tu zaczynają się pałuckie dzieje rodziny Burzyńskich.
     Burzyńscy na tych historycznych ziemiach nabyli czterdziestomorgowe gospodarstwo z niewielkim domem mieszkalnym z zabudowaniami gospodarczymi. Całe gospodarstwo miało bardzo korzystne położenie, bo znajdowało się na rozstaju dróg prowadzących do okolicznych wsi. Zbiegały się tu centralnie drogi ze Słębowa, Gorzyc, Sielca, Słabomierza. Największym atutem tej miejscowości była linia kolejowa, która łączyła Krzyż, przez Żnin z Inowrocławiem.
    Domicela i Stanisław Burzyńscy mieli ośmioro dzieci. Z rodzicami został najmłodszy syn - Feliks.
    MŁYNISKO
    Stacja kolejowa dotykała niemal nowego siedliska Burzyńskich. Takie położenie dawało gwarancje dobrej prosperity dla podstawowej działalności Stanisława. Trzeba koniecznie tu nadmienić, że niemal w cieniu zabudowań kolejowych, na wydzielonej działce pracowały potężne skrzydła jednego z nielicznych w okolicy wiatraka. Tę wydzieloną działkę, mimo że po dawnym wiatraku nie ma już śladu, miejscowa ludność do dziś nazywa „młyniskiem”.

Płyta nagrobna Domiceli i Stanisława Burzyńskich na cmentarzu w Cerekwicy fot. Remigiusz Konieczka

    Był rok 1915. Na świecie szalał huragan wojny. Ludzie ginęli milionami, bo była to przecież wojna, w której po raz pierwszy człowiek wykorzystał gazy bojowe przeciw człowiekowi. Do Podobowic dochodziły tylko dalekie echa tamtych zdarzeń. Tutaj, w pobliżu rozbudowanego już domu mieszkalnego, w odległości zaledwie stu metrów od niego miarowo pomrukiwał motor nowo wybudowanego młyna. Koźlak nadal stał na „młynisku”; ale jego funkcję już od roku 1904 przejął nowy młyn. Teraz jego silnik poruszany ropą stał się w okolicy prawdziwą nowinką cywilizacyjną. 
    Ojciec i syn - Stanisław i Feliks z dumą spoglądali na dzieło swego wysiłku. Modernizacja rodzinnego przedsiębiorstwa napawała dwóch młynarzy nie tylko dumą, ale przynosiła im też wymierne korzyści. Wszystkie folwarki z okolicy mieliły u Stanisława i Feliksa Burzyńskich. Pod ich rampę podjeżdżały furmanki niemieckiego sąsiada - junkra Peschkena, właściciela komorniczych Podobowic. W kolejce do przemiału ziarna stały też furmanki z pobliskiego Sielca, który stanowił własność rodziny Unrugów.
    FELIKS I MAŁGORZATA
    To wszystko powinno napawać prawie trzydziestoletniego Feliksa dumą i szczęściem. Fortuna przecież toczyła się wokół. A jednak coraz częściej dopadała go melancholia. Jego starsze rodzeństwo założyło już własne rodziny. Wszyscy cieszyli się coraz liczniejszym potomstwem, a on w stanie bezżennym dzielił życie z matką Domicelą i ojcem Stanisławem.
    Nareszcie w roku 1915 i w jego życiu pojawiło się małe światełko (...) Feliks dowiedział się, że w rodzinie jego starszego brata Kazimierza, ożenionego z Napierałówną, zagościła ich osierocona szwagierka. Małgorzata Glubówna z pobliskiego Wolwarku, po śmierci rodziców przeniosła się do Słabomierza i zamieszkała w domu siostry.(...) Tam [w Słabomierzu] po raz pierwszy spotkał Małgorzatę. Nie mogli przez chwilę oderwać od siebie oczu. Ich późniejsze narzeczeństwo trwało trzy lata, aż wreszcie pewnego listopadowego popołudnia 1919 roku Feliks poprowadził Małgorzatę do ołtarza w gorzyckim kościele.
    Małgorzata, o trzynaście lat młodsza żona Feliksa w początkowym zagubieniu, wcześnie osierocona i bez doświadczenia, powoli - dzień po dniu, znajdowała oparcie w doświadczeniu teściowej. Domicela obdarzyła ją matczynym wsparciem. Zgodnie - teściowa i synowa, przyjmowały swe kobiece role. (...)
    Po miesiącach obu kobietom zamarzył się ogród. Miały w nim sąsiadować szpalery krzewów owocowych, rabaty kwiatów, warzywnik i całe zagony wczesnych owoców. Sprowadziły więc z pobliskiego Żnina znanego w okolicy ogrodnika o nazwisku Bachora.
    Wkrótce śmierć Stanisława jeszcze bardziej zbliżyła obie kobiety. Bo oto w roku 1920 Stanisław w wieku osiemdziesięciu lat, bez oznak wyraźnej choroby, pożegnał ziemski padół.
    W tamtych czasach mówiono, że zmarł na starość. Jego doczesne szczątki pochowano w ziemi cerekwickiego cmentarza.

Reklama
W miejscu gdzie stał młyn, dziś jest bar, sklep SR-H "Rolnik" i mieszkania fot. Remigiusz Konieczka

   (...) kiedy w październiku 1920 roku Małgorzata urodziła pierwsze dziecko, któremu nadano imię Leokadii, zdrobniale całe życie nazywane Lecią, w domu pojawiły się trzy panny Fryczyńskie. Wszystkie pochodziły z rodzinnego Wolwarku Małgorzaty. Najstarsza z nich, najdłużej zresztą żyjąca we wspomnieniach progenitury Feliksa - Pelagia, zajmowała się pomocą w prowadzeniu domu. Do obowiązków Marianny należała troska o coraz liczniejsze stada podwórzowego ptactwa. Zośka została piastunką najpierw Leci, a potem każdego rodzącego się potomka Małgorzaty i Feliksa: Weroniki (1923) zwanej Werą; Henryka (1926); Zdzisławy w zdrobnieniu Dzidki (1930) i wreszcie Bogusławy (1932), najczęściej nazywanej Marysią.
    Henryk Apolinary został chrześniakiem miejscowego proboszcza [ks. Franciszka Kryzana]. Mazia i Feluch postanowili uczcić to wydarzenie i ofiarowali świątyni wspaniały obraz Matki Bożej. Do dziś spomiędzy niezwykle ozdobnych ram, spokojne oblicze matki Jezusa spogląda na zgromadzonych wiernych w cerekwickim kościele. Jednak mało kto z nich pamięta, że ten obraz jest votum dziękczynnym Małgorzaty i Feliksa Burzyńskich.
    Feliks Burzyński nie buntował się jawnie przeciw sąsiedzkiej bucie niemieckiej. Doświadczony wielkopolską pracą u podstaw wiedział, że tej bucie można przeciwstawić tylko swoją codzienną rzetelność i mądre inwestowanie. Dlatego też, wbrew oporom swej młodej żony, dokupił grunty bocianowskie i sieleckie. Czterdziestomorgowe gospodarstwo swego ojce powiększył do 180 mórg. A pieniądze, jakie każdego dnia przynosiły obracające się kamienie młyńskie, postanowił inwestować. (...)
    Wkrótce jego gospodarstwo od folwarcznej wsi Peschkenów odgrodziły solidne budynki gospodarcze - różne chlewnie, obory, stajnie, wozownie i stodoły. Większość z nich zbudowano z solidnie wypalonej cegły. Powiada się, że koniec wieńczy dzieło. Zwieńczeniem Feliksowego dzieła były dumne, odlane w żeliwie jego inicjały, jakie wmurowano nad wejściem do zabudowań gospodarczych - F.B. 1922. (...)
    Dzieci, wraz z upływem lat dorastały i zaczęły podlegać obowiązkom szkolnym. Podstawy edukacji czerpały w czteroklasowej szkole w nieodległym Słębowie. Dziś taki system edukacyjny już nie jest znany w Polsce.
    W tamtych czasach, zresztą jeszcze długo po II wojnie światowej, niemal każda polska wieś posiadała szkołę z systemem klas łączonych. Placówki takie, oprócz swych funkcji dydaktyczno-wychowawczych, bywały także centrami kultury, a nauczyciel stawał się jej animatorem, jakby to dzisiaj trafnie określono. Szkoła była więc blisko ucznia, a dzieciaki nie musiały w jesienne szarugi, czy zimowe śnieżyce pokonywać bezdroża, by do niej dotrzeć.
    W kwietniu 1936 roku, po krótkiej chorobie, bo trwającej zaledwie dwa tygodnie, zmarła Domicela - wierna towarzyszka Stanisława w jego wędrówce z południa na północ Wielkopolski.(...) Po śmierci spoczęła obok męża na cerekwickim cmentarzu.
    EXODUS
    4 sierpnia 1940 roku o świcie załomotano do ich drzwi. Najpierw usłyszeli gasnące pod ich oknami motory niemieckich ciężarówek. Ta nagła cisza była złowieszcza. Po chwili do ich domu wtargnęła wataha uzbrojonych żołdaków. W ciągu czterdziestu minut musieli opuścić swoją Arkadię, na budowę której złożył się wysiłek dziadka Stanisława i ojca Feliksa. Co z całego dobytku można było pomieścić w zaledwie kilku tobołkach?...
    Wczesnym porankiem, zawiezieni niemiecką ciężarówką, Feliks, Małgorzata i ich pięcioro dzieci znaleźli się na rozgrzanym sierpniowym słońcem placu powiatowego Żnina. Niepewni swego losu, ubrani w potrójne odzienia, pozbawieni napojów, czekali na swoją przyszłość, która nie wiadomo co miała im zgotować.(...)
    Po wielu godzinach oczekiwania na rozgrzanym placu, załadowano wszystkich na żnińskim dworcu do bydlęcych wagonów. Pociąg ruszył w nieznanym im kierunku. Ścisk, duchota i smród spoconych ciał od razu upodlił wszystkich. A przede wszystkim paraliżował ich zwierzęcy strach, bo człowiek przecież nie mógł pozbyć się myśli, a te nie dawały odpowiedzi na dręczące pytania:  „Dokąd?”... „Dlaczego?”...”Po co?”...
    Po wielu godzinach jazdy wreszcie zatrzymali się w Łodzi. Niemieckie napisy przemianowały już to miasto na Litzmannstadt. Tłum ledwo żyjących ludzi popędzono w eskorcie żołdaków i ujadających psów ulicami miasta, które jeszcze niedawno było wizytówką polskiego przemysłu włókienniczego. Wszystkich zamknięto w nieczynnych halach fabrycznych.
    A tam, na zupełnie ogłupiałych ludzi, porażonych strachem, głodem i pragnieniem, czekały już watahy wyspecjalizowanych Niemców. Ci natychmiast odzierali przybyszy ze wszystkiego, co mieli jeszcze w zamiarze ukryć, by zapewnić sobie minimum egzystencji. Henrykowi odebrano pamiątkowy zegarek kieszonkowy z wygrawerowaną na złotej dewizce dedykacją. Z Małgorzaty zdarto całą jej biżuterię, a Leci zdarto z palca pamiątkowy pierścionek z brylantami, który w rodzinie Burzyńskich był od dwóch pokoleń (...)
    Ograbionych, zapędzono jak zwierzęta do boksów (...) Wypędzonym z Podobowic początkowo udawało się żyć w jednym boksie. Mimo prób zezwierzęcenia człowieka, ta bliskość, poczucie więzi rodzinnej, pozwalała im zachować ludzką godność. Wiedzieli, że dopóki trwają w kręgu rodzinnym - przetrwają!...
    Ale już nazajutrz rozerwano ten krąg. Dwie starsze córki - Lecię, kruchą i wiecznie chorującą, a także Werę, płaczącą od dziecka, kiedy tylko gubiła z oczu  rodzinne Podobowice, brutalnie oderwano od rodziny. (...) Małgorzata (...) przedarła się przez kordony uzbrojonych żołdaków i podała oddzielonym już od rodziny córkom jedną cenną informację:”Piszcie na adres krewniaków do Podobowic”.
    Po kilkunastu dniach oczekiwań w zwierzęcych warunkach i transporcie kolejnymi pociągami trafili brudni, zawszeni i głodni do Generalnego Gubernatorstwa, do niewielkiego miasteczka Sobolew, a później - nakazem listy miejscowej władzy - Burzyńscy zostali skierowani do Sokoła.
    Przydzielono im tam izbę, w której oprócz snopa słomy, kiwającego się stołu i drewnianego fotela pod oknem, nie znaleźli żadnego innego sprzętu. Odarci przez okupanta ze wszystkiego, pozbawieni miednicy, garnka, a nawet łyżki, mieli rozpocząć nowy etap swego życia.
Mazia otrząsnęła się, następnego dnia wyruszyła na zakupy - kupiła garnek, nóż i kilka łyżek. To był cały dobytek, z jakim rozpoczęli życie w Generalnej Guberni.
    Feliksa dopadła depresja. Z tej zapaści psychicznej wyrwał go dopiero pierwszy list od córek.     Drogą przez Podobowice, bo ich kontaktem był dom mieszkających tam Glubów (...). Znalazły się w okolicach Hanoweru u poczciwych bauerów. Brzmiało to nieprawdopodobnie, ale jednak obie zgodnie pisały, że zamieszkały w domach „dobrych Niemców”.
    Dziś, po wielu latach od tamtych zdarzeń, we wspomnieniach Henryka, Dzidki i Marysi, wieś o nazwie Sokół pojawia się jako miejsce ich szybkiego dorastania i dojrzewania, bo życie wówczas tego od nich wymagało na co dzień. W ich wspomnieniach pojawiają się też nazwiska ludzi, dzięki których życzliwości całej rodzinie Feliksa i Małgorzaty udało się przetrwać niełatwe lata okupacji. Najczęściej wspominają Wiśnickich. Jeden z nich, później, już po wojnie został mężem Leci, przez co wszedł w krąg ich rodziny. Równie serdecznie wspominana jest rodzina Kołaczków, Miszkurków i Dąbrowów. To ich przyjaźń spowodowała, że wszyscy przeżyli trudne lata exodusu, na jaki nazizm niemiecki skazał miliony ludzi współczesnej Europy.
    POWROTY
    W lutym 1945 r. Feliks Burzyński pojechał do rodzinnej wsi. Miała to być jego podróż zwiadowcza. Musiał przecież wiedzieć, czy powrót jego rodziny z wygnania będzie w ogóle możliwy, czy będzie do czego wracać, by tam na nowo budować zrujnowane przez wojnę życie.
    Miejscowa ludność, przecież niedawni sąsiedzi, którzy tu przetrwali całą okupację, spoglądała na niego jak na przybysza z piekła. Według ich przypuszczeń  powinien dawno zginąć na wygnaniu i nie wracać tu, gdzie nad okolicą górował jego młyn. Przybysz stamtąd dla wielu okazał się obcym, bo jak później się okazało zdążyli już się podzielić jego majątkiem. Prawo wojny jest zawsze bezwzględne. Na stacji jedynie serdecznie powitali go Maciołkowie. Przez ślub ich syna z jego ukochaną siostrzenicą Genowefą stali się powinowatymi. Po krótkim powitaniu Feliks pognał na ukos przez „młynisko” w kierunku niedawnego siedliska swojej rodziny. A tam zastał ruinę. Zamiast płotu, cały teren jego dawnej Arkadii ogrodzony został drutem kolczastym. Dom splądrowany. Okna bez szyb. W oborach ryczały zdychające z głodu krowy. Młyn ograbiony z wszystkich pasów transmisyjnych i jedwabnych pytli. Silnik uszkodzony. Po koniach ani śladu. W wozowni stała tylko jakaś zdezelowana bryczka.(...)
    Feliks, po nocy spędzonej u zaprzyjaźnionej rodziny Jóźwiaków starał się jak najszybciej powrócić do rodziny, która w Sokole, niepewna jego losu, niecierpliwie oczekiwała wieści z tej zwiadowczej eskapady. Dotarł do nich szczęśliwie. Małgorzata, wysłuchawszy z zainteresowaniem przywiezionych przez męża relacji, zawsze bardzo praktycznie myśląca, powiedziała: Musimy jak najszybciej tam wracać, by uchronić jeszcze to, co się da uchronić.(...) W połowie marca, znowu z tobołkami w ręku, jak przed pięcioma laty, ruszyli tym razem na zachód, w kierunku swojej ojcowizny.
    Kiedy już znaleźli się w Podobowicach znowu, podobnie jak przed pięciu laty, przyszło im spędzić pierwszą noc na wiązkach słomy. Nazajutrz miejscowi ludzie, (...) z wyrzutami sumienia zaczęli powoli oddawać te przedwcześnie zrabowane sprzęty.(...) Henryk wspomina, że jeszcze długo po wojnie widywał w domach sąsiadów zrabowane z jego domu krzesła, kwietniki i różne szafonierki.     (...)
    Zaraz po Wielkanocy Małgorzata z Henrykiem i Teresą - córką Fertykowskich znowu udała się w podróż na wschód Polski. Tam, w miejscu ich niedawnego wygnania, w Sokole, czekała na nich Dzidka, której zadaniem było pilnowanie mizernego dobytku, jaki przez pięć lat udało się im zgromadzić.
    Pożegnali się serdecznie z rodzinami Dąbrowów, Kołaczków, Miszkurków i Wiśnickich, dzięki którym przetrwali na wygnaniu pięć lat trudnej okupacji.
    Feliks Był przekonany, że tylko ten młyn, jeśli rozpocznie na nowo pracę, może stać się żywicielem całej rodziny. Szukał więc w okolicy nowych pasów transmisyjnych, pytli i ropy, by wreszcie  ten cały złom uruchomić. Przy remoncie silnika wiernie sekundował mu Rożek, przedwojenny sąsiad Burzyńskich. Młyn ruszył w grudniu 1945 roku i miejscowa ludność bożonarodzeniowe kołacze mogła już wypiekać z mąki, która sypała się spomiędzy kamieni młyńskich Feliksa.
    Jedno tylko zastanawiało wszystkich. W okolicy nie zjawili się dawni ziemianie. Nie słyszano nic o rodzinie Unrugów i Kozłowskich. Później okazało się, że formacja nowej władzy (...) nie pozwalała dawnym właścicielom ziemskim nawet na to, by mogli zameldować się na terenie swego dawnego powiatu. Dla nich nie było powrotu. Zamknięto przed nimi bramy ich parków i wejścia do rezydencji, które były dla nich, często od wielu pokoleń ich domem rodzinnym.
     (...) 2 czerwca 1946 roku ktoś przybiegł do  nich z wiadomością, że na podobowickiej stacyjce kolejowej wysiadła Lecia. Rzucili się biegiem, na skos przez „młynisko”, najkrótszą drogą do dworca. Rzeczywiście, na peronie z drewnianym kuferkiem stała wychudzona i bardzo zmęczona ich córka i siostra. Wkrótce od niej dowiedzieli się o szczęściu Wery, o tym, jakiego przystojnego i spokojnego męża tam poślubiła. Był prawie ich krajanem, bo pochodził z Gniezna, a cały czas okupacji spędził w tej samej wsi, u niemieckich bauerów, gdzie obie z Werą były zepchnięte do roli przymusowych robotnic.
    Wera do rodzinnego domu dotarła z mężem dopiero w grudniu 1946 roku. Oczekiwali już dziecka. Wigilia w tym roku była radosna, bo przy świątecznym stole spotkali się wszyscy w kręgu rodzinnym. Wszyscy dotarli do domu. Skończył się czas powrotów.
    CAŁKIEM INNE ŻYCIE
    Ślub najmłodszej córki Feliksa - Marysi z Wacławem Gwitem z Cerekwicy  wprowadził do sioła młodego gospodarza, doświadczonego pracą w dobrze prosperującym gospodarstwie rodzinnym swoich rodziców. Odtąd nastąpił podział - Wacek, jak nowego zięcia i szwagra określano familiarnie, zajął się gospodarstwem, a Feliks więcej czasu odtąd poświęcał młynowi. Młynarzowanie zawsze było jego pasją. (...) Wkrótce i tę przyjemność zabrała mu formacja nowej władzy, która lubiła się określać przymiotnikiem l u d o w a! Wszystkie młyny w okolicy znacjonalizowano, a przemiał zboża powierzono scentralizowanym molochom. (...)
    Młyn Feliksa i jego ojca, niedawna chluba okolicy, stanął, a jego silnik zamarł już na wiele lat i nigdy nie podjął pracy. Wkrótce rozkradziono jego wyposażenie, które Feliks tak skrzętnie odbudował po rabunkowej gospodarce niemieckiego okupanta. Ogromne gmaszysko młyna stało teraz głuche i na oczach jego dawnego właściciela powoli podupadało w całkowitą ruinę. Aż przyjechały buldożery i zrównały go z ziemią. A później, już po śmierci jego właściciela na fundamentach dawnego młyna zbudowano wiejski klub, bardziej jednak przypominający obskurną remizę.
    ***
    Życie przynosiło jednak niemal codziennie zmiany, a każda z nich niosła nowe udręki. Nad rolnikami zaczęło krążyć widmo kontyngentów. (...) Okoliczni gospodarze, często zostawiając osamotnione dzieci, wyrokami sądów doraźnych zamykani byli w obozach pracy, by odpokutować niezawinione przecież winy. Podobny los spotkał też Wacka - zięcia Feliksa i Małgorzaty. Zamknięto go na kilka tygodni w obozie pracy, gdzieś nieopodal Inowrocławia.
    ***
    Małgorzata, zaledwie sześćdziesięciotrzyletnia kobieta, przez całe życie borykająca się z przeciwnościami losu, zmarła 16 maja 1961 roku. Pochowano ją na cerekwickim cmentarzu, obok mogiły teściów, których sama wcześnie osierocona, pokochała miłością córki.
    Feliks, już zupełnie pokonany przez życie, bez swojej ukochanej Mazi, przeżył jeszcze dziesięć lat. (...) W końcu i jego dopadła ciężka choroba. Umierał, powalony niemal śmiercią głodową. Zakończył swe znojne życie 1 sierpnia 1971 roku i został pochowany obok rodziców i swej ukochanej żony.
     KASZTANOWIEC
    A podobowickie gospodarstwo, życiowa duma Małgorzaty i Feliksa, popadała w coraz głębszą ruinę. Wacek, ich zięć, sam już schorowany, mógł liczyć tylko na pomoc żony. Marysia ciężko harowała u jego boku, a jednak rzeczywistość przerosła ich siły. Nie mieli znikąd pomocy, bo żadna z pięciu córek nie wyszła za rolnika. Po zamążpójściach opuściły ojcowiznę i ułożyły swoje życie z dala od Podobowic. Jedynym wyjściem z tej beznadziejnej sytuacji była sprzedaż całego gospodarstwa i należących do niego gruntów. W roku 1995 dorobek życia niemal trzech pokoleń Burzyńskich przeszedł w obce ręce. Nowy właściciel, zainteresowany przede wszystkim areałem ziemskim, doprowadził do całkowitej ruiny ich dom rodzinny i słynące w okolicy solidne zabudowania gospodarcze. Dziś po dawnej Arkadii pozostał tylko pusty plac, na którym pośród chwastów rośnie okazały kasztanowiec. Przed laty wyhodowały go z nasiona, podczas dziecięcej zabawy dwie wnuczki Małgorzaty i Feliksa.
    Elżbieta i Hania często wspominają tamten dzień zabawy. Dzięki niej z małego owocu kasztanowca, wyrosło potężne drzewo, które na co dzień przypomina, że kiedyś na tym  miejscu rozłożyła się kraina szczęśliwości ich przodków - kraina, którą Mazia i Feliks tak chętnie nazywali swoją małą Arkadią na rozstaju dróg.

fragmenty książki Janusza W. Bekczara "Siedlisko na rozstaju", Poznań 2006

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości