Około 18:30, a 19:00 trwały jeszcze czynności związane z zabezpieczeniem miejsca tragedii. Droga do Łabiszyna była w tym momencie zablokowana. Cała akcja trwała pięć godzin. O 21:40 zastępy straży udały się do bazy.
fot. Arkadiusz Majszak
Murczynek, Żnin, Łabiszyn, wypadek, tir, naczepa, kierowca
Śmierć przy krzyżu
Kierowca ciężarówki Kazimierz Ch. z Bydgoszczy zawracał w Murczynku na drodze wojewódzkiej łączącej Żnin z Łabiszynem. Kabina scanii z włączonymi światłami mijania znajdowała się na prawym pasie jazdy w kierunku Łabiszyna, naczepa zatarasowała natomiast cały prawy pas dla kierowców jadących w kierunku Żnina. Od strony Łabiszyna jechały seicento i vw transporter. Kierowcy pojazdów widząc światła ciężarówki myśleli, że mają do czynienia z jadącym w stronę Łabiszyna samochodem. Włączyli światła mijania. W ostatniej chwili, niczym zapora, ukazała się przed ich oczami ogromna nieoświetlona naczepa.
- Takiego wypadku w naszym powiecie jeszcze nie było. W roku 2005 lub 2006 w Jaroszewie zginęło 3 pasażerów busa. Byli to pracownicy firmy, która - o ile sobie przypominam - wykonywała prace na terenie miasta - przyznaje nadkom. Krzysztof Jaźwiński, oficer prasowy komendanta powiatowego policji w Żninie. 21 listopada 2012 r. przejdzie do historii jako dzień, w którym doszło do największej katastrofy drogowej w powiecie żnińskim. Jej skutki, to śmierć pięciu mężczyzn.
NA PROSTYM ODCINKU JEZDNI
W środę rano pracownicy firmy świadczącej usługi ogólnobudowlane ze Żnina pojechali do Bydgoszczy, gdzie przeprowadzali remont w siedzibie Prokuratury Okręgowej. Po zakończeniu pracy Stanisław Sz., Piotr K., Wojciech F., Bernard Ż., Bartosz M. i Jarosław S. wsiedli do volkswagena transportera do przewozu osób, który prowadził Ryszard M. Warunki atmosferyczne, jak na późną jesień, były dobre. Nie padał deszcz. Prowadzenia auta nie utrudniała również mgła, wiał jedynie silny wiatr. Ich podroż z pracy do domu zakończyła się około 16:40 w Murczynku.
O tej godzinie jeden z pierwszych świadków poinformował policję o kolizji drogowej z udziałem ciężarówki, fiata seicento i vw transportera. Z jego relacji wynikało, że doszło do zdarzenia bez osób poszkodowanych. Dopiero, kiedy na miejsce dotarli policjanci i strażacy, zdali sobie sprawę z powagi sytuacji. Na miejsce rozdysponowano 3 jednostki ratowniczo-gaśnicze z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Żninie i 1 jednostkę z Ochotniczej Straży Pożarnej w Łabiszynie, z uwagi na zablokowany przejazd od strony Żnina. Aspirant Marek Krygier, rzecznik prasowy KP PSP w Żninie, wyjaśnia, że po przybyciu na miejsce strażacy zabezpieczyli teren wypadku i przystąpili przy użyciu sprzętu hydraulicznego do ewakuacji osób poszkodowanych. Strażacy musieli rozcinać konstrukcje samochodów, by ewakuować rannych ze strefy zagrożenia i przekazać ich przybyłym na miejsce pracownikom służb medycznych. Busa trzeba było odciągnąć kilka metrów w tył od scanii, żeby zapewnić dojście do osób poszkodowanych i kierowcy.
Co się stało w Murczynku w środowe popołudnie?
- Na prostym odcinku drogi „volkswagen bus” oraz „fiat seicento” zderzyły się z ciężarówką. Na skutek wypadku śmierć na miejscu poniosło 3 pasażerów busa, a jego kierowca zmarł w szpitalu. Pozostałe 3 osoby podróżujące „volkswagenem” oraz kierowca i 2 pasażerowie „fiata” trafili do szpitali. Na miejscu zdarzenia mundurowi pod nadzorem prokuratora zabezpieczyli ślady kryminalistyczne oraz przesłuchali świadków w celu ustalenia przebiegu zdarzenia. Ze wstępnych ustaleń śledczych wynika, że do wypadku mógł przyczynić się 58-letni kierowca ciężarówki, który nie zachował należytych środków ostrożności przy cofaniu. Mężczyzna został zatrzymany i osadzony w policyjnym areszcie, celem wyjaśnienia sprawy - brzmiał pierwszy oficjalny komunikat przesłany przez nadkom. Krzysztofa Jaźwińskiego.
POMOC PSYCHOLOGA
Na miejscu zginęli pasażerowie busa: 52-letni Stanisław Sz. z Grochowisk Szlacheckich, 35-letni Piotr K. z Gorzyc i 47-letni Wojciech F. ze Żnina. Po przewiezieniu do szpitala w Bydgoszczy w dniu zdarzenia zmarł kierowca vw 52-letni Ryszard M. ze Żnina. Dzień później w szpitalu w Bydgoszczy zmarł kolejny pasażer busa - 38-letni Jarosław S. ze Żnina.
Na miejsce wypadku do identyfikacji zwłok wezwano rodziny ofiar. Zaraz po zdarzeniu dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Żninie Maria Zwolenkiewicz otrzymała telefon z policji, że rodzina jednej z ofiar zażyczyła sobie natychmiastowej pomocy psychologa. Pani dyrektor powiadomiła o sytuacji psychologa, który pojechał na miejsce wypadku.
- Psycholog pojechał tam w ciągu 20 minut. Cały czas był i jest do dyspozycji rodziny, która sobie tego zażyczyła. Pozostałe rodziny nie chciały jego pomocy. Otrzymały jednak informację, że mogą z takiej pomocy skorzystać - tłumaczy Maria Zwolenkiewicz.
Dotarliśmy do członka rodziny jednaj z ofiar wypadku, który na miejscu identyfikował ciało. Nie chce mówić o szczegółach zdarzenia. Podkreśla, że na razie jest wiele rozbieżnych opinii, o których nie chce mówić. Wszelkie dokładne dane będą znane dopiero po zakończeniu śledztwa. On i pozostali członkowie rodziny ofiary zdarzenia nadal nie mogą dojść do siebie. Smutek i żal po stracie krewnego nie pozwala im jeszcze na złożenie wyjaśnień na policji.
W miejscu, w którym doszło do tragedii ludzie zatrzymują się i zapalają znicze
fot. Arkadiusz Majszak
ZAWRACAŁ NIE RAZ
Zanim nadszedł dzień, w którym zdarzył się tragiczny wypadek, przez kilka dni od strony Żnina do Murczyna ciężarówkami przyjeżdżali kierowcy po kukurydzę. Nie mogli skręcić w prawo ze względu na zbyt ostry kąt między drogami Żnin - Łabiszyn i Murczyn - Białożewin, więc jechali parę kilometrów w stronę Bydgoszczy i wykorzystywali do zawrócenia drogę gruntową na Murczynek. Zawracał tam również prowadzoną przez siebie scanię mieszkający w Bydgoszczy Kazimierz Ch., pracownik prywatnej firmy transportowej. Zawracające samochody, którym łatwiej w ten sposób było dotrzeć po kukurydzę do Murczyna, widział mieszkający kilka metrów od miejsca tragicznego wypadku mieszkaniec Murczynka.
- Kilka razy wcześniej on też w tę drogę sobie cofał i nic się nie wydarzyło - wspomina nasz rozmówca. Dodaje, że momentu, w którym doszło do wypadku, nie widział. Jego mama siedząca w domu usłyszała huk. Wyszła na zewnątrz i zauważyła, że zderzyły się samochody.
- Kierowca, który pierwszy zauważył tragedię, od razu dzwonił na policję. Ja widziałem, jak jeden z pasażerów busa wyszedł z samochodu o własnych siłach - mówi mieszkaniec Murczynka.
ZATARASOWANA DROGA
Jeden z wiarygodnych świadków przedstawił nam, w jaki sposób doszło do zdarzenia. Z jego relacji wynika, iż cały ciągnik siodłowy znajdował się na prawym pasie drogi do Łabiszyna i był skierowany w stronę Łabiszyna. Naczepa, tzw. łódka bez bocznego oświetlenia (z boku naczepy w jej dolnej części znajdują się jedynie niewielkie światełka odblaskowe) była już złamana w stronę drogi gruntowej na Murczynek w taki sposób, że tarasowała cały prawy pas jezdni dla kierowców jadących w stronę Żnina. Z przeciwka jako pierwszy jechał seicento, a za nim vw transporter. Kierowca seicento, widząc włączone światła mijania w scanii, również musiał zmienić światła na krótkie, widoczność zatem miał ograniczoną. Kierowca vw także musiał jechać z włączonymi światłami mijania, by nie oślepiać jadącego przed nim kierowcy seicento oraz ciężarówki. Według naszego rozmówcy, kierowcy fiata i volkswagena widząc z przeciwka światła mieli na pewno wrażenie, że w ich kierunku jedzie wolno samochód. Kiedy znaleźli się blisko ciężarówki, przed ich oczami, niczym ściana, ukazała się naczepa, w którą uderzyli. Byli zaskoczeni i nie mieli czasu na reakcję, by uniknąć zderzenia. Kierowca seicento próbował ratować się zjeżdżając na pobocze. Manewr ten nie uratował go jednak przed uderzeniem w naczepę. Zaraz po nim z ciężarówką zderzył się volkswagen. Bus uderzył stroną kierowcy częściowo w tył ciągnika siodłowego po lewej stronie, a następnie w naczepę. Gdyby - na co zwraca uwagę nasz rozmówca - kierowca ciężarówki włączył choćby światła awaryjne, pulsujące lampki wszystkich kierunkowskazów byłyby dla kierowców jadących z naprzeciwka widoczne i być może poprzez to ostrzeżenie udałoby się uniknąć tragedii.
DZIECKO WYSZŁO BEZ SZWANKU
Z relacji naszego rozmówcy wynika, że fiatem seicento jechało małżeństwo z dzieckiem. Jak udało nam się ustalić, mieszkają w Słębowie. Samochód prowadził 36-letni Paweł N., obok siedziała jego żona 32-letnia Justyna N. Z tyłu w foteliku zapięty pasem siedział ich 5-letni syn. Małżeństwo również miało zapięte pasy bezpieczeństwa. Kobieta jest w piątym miesiącu ciąży. Jak ustaliliśmy, w wyniku tragicznego zdarzenia ma mocno poranione nogi, dziecku nic się nie stało.
- Dziecko po przybyciu na miejsce pierwszego z radiowozów zostało zabrane z samochodu przez policjantów, a następnie przekazane pogotowiu. Policjanci po sprawdzeniu, że dziecku nic się nie stało, chcieli w ten sposób zaoszczędzić dziecku stresu na widok zakleszczonych w aucie rodziców - podkreśla Krzysztof Jaźwiński.
PASY W BUSIE
Z kolei, co wiemy również od świadka, pasażerowie busa siedzący z tyłu nie mieli zapiętych pasów bezpieczeństwa. - Podczas wypadku przy takim uderzeniu, kiedy nie ma się zapiętych pasów bezpieczeństwa, ludzie się wzajemnie zabijają. Podczas uderzenia powstaje nacisk 4 ton. Z taką siłą człowiek siedzący z tyłu wpadając na człowieka siedzącego przed nim zabija siebie i jego - mówi nasz rozmówca.
Na wniosek prokuratury przeprowadzono sekcję zwłok ofiar katastrofy. Wiadomo, że ofiary miały rozległe obrażenia wewnętrzne oraz urazy, m.in. pęknięcia czaszki. Śledczy oczekują na wyniki w formie pisemnej opinii. Prokuratura wystąpi również o opinię do biegłego z dziedziny rekonstrukcji wypadków drogowych, który wskaże mechanizm katastrofy i nieprawidłowości, jakie zostały popełnione podczas wykonywania przez Kazimierza Ch. manewrów. Co mają do powiedzenia poszkodowani, którzy przeżyli katastrofę, tego na razie nie wiadomo.
- Mamy ludzi, którzy przebywają w szpitalach i jeszcze nie zostali przesłuchani - zwraca uwagę Wojciech Jabłoński.
NIE MIAŁ DOŚWIADCZENIA
Wojciech Jabłoński, szef żnińskiej prokuratury, wyjaśnia, że kierowca scanii, który nie miał dużego doświadczenia w prowadzeniu takich pojazdów, wykonując nieprawidłowy manewr cofania w boczną drogę gruntową i tarasując naczepą całą szerokość jezdni, nie udzielił pierwszeństwa przejazdu kierowcom seicento i volkswagena transportera, które jechały w kierunku Żnina. - Pojazdy te uderzyły w lewy bok naczepy - zaznacza prokurator.
Prokuratura uznała środowe zdarzenie za katastrofę w ruchu lądowym. Kierowcy scanii postawiono zarzut umyślnego naruszenia zasad bezpieczeństwa w ruchu lądowym poprzez podjęcie nieprawidłowo manewru cofania pojazdem tarasując całą szerokość jezdni.
- Na wniosek prokuratury sąd zastosował wobec kierowcy ciągnika siodłowego środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania. Grozi za to kara do 12 lat pozbawienia wolności - zaznacza Wojciech Jabłoński. I dodaje, że początkowo Kazimierz Ch. przyznał się do popełnionych przez siebie błędów. Przed sądem, zanim został orzeczony wobec kierowcy areszt tymczasowy, zaprzeczył jednak, by jakiekolwiek błędy popełnił. W momencie zdarzenia kierowca scanii był trzeźwy.
OKOLICZNOŚCI WYJAŚNIĄ BIEGLI
Małżeństwo, które jechało fiatem seicento, przebywa w Pałuckim Centrum Zdrowia. Oboje przeszli niezbędne operacje. Michał Skowroński, wicedyrektor Pałuckiego Centrum Zdrowia w Żninie, wyjaśnia, że nie może się wypowiadać szczegółowo na temat zdrowia pacjentów. Podkreśla, że oboje znajdują się w stanie ogólnym dobrym i stabilnym. Ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
- Nikomu nie amputowano nogi - przekonuje Michał Skowroński, dementując krążące po Żninie plotki, które również i do niego dotarły.
Małżeństwo powoli wraca do zdrowia. Ich dziecko zostało przebadane i odesłane do rodziny, ponieważ nic mu się nie stało.
Dwaj żyjący pasażerowie vw cały czas przebywają na obserwacji w szpitalu w Bydgoszczy.
Na obecnym etapie postępowania nie została ustalona prędkość, z jaką jechali kierowcy seicento i volkswagena, oceni to dopiero biegły. Stan techniczny pojazdów biorących udział w katastrofie będzie również znany po opiniach biegłych z dziedziny wypadków drogowych. Po wydaniu opinii przez biegłych będziemy także znali stan trzeźwości kierowców vw i seicento.
Nadkom. Krzysztof Jaźwiński wyjaśnia Pałukom, że wyjaśnienia kierowcy, co wydarzyło się w czasie wypadku, stanowią element przesłuchania podejrzanego, w związku z tym nie może ujawnić szczegółów. Dodaje, iż kwestia dotycząca faktu, dlaczego kierowcy seicento i vw nie widzieli naczepy, jest przedmiotem śledztwa. Ostateczna wersja w tej sprawie będzie znana po zakończeniu sprawy. Ze wstępnych ustaleń wynika, że jechały za sobą w niedużej odległości, o czym świadczą zabezpieczone na miejscu zdarzenia ślady.
PIP SPRAWDZA UBEZPIECZENIE
W Żninie i w okolicy sprawa katastrofy drogowej w Murczynku, to od kilku dni główny temat rozmów. Pojawiają się różne informacje, które weryfikowane są przez śledczych.
Po wypadku kontrolę w firmach, w których byli zatrudnieni pasażerowie volkswagena, wszczęła Państwowa Inspekcja Pracy w Bydgoszczy.
- O wynikach kontroli mogę pana poinformować po jej zakończeniu. Kontrola jest w toku - wyjaśnia Katarzyna Pietraszak, rzeczniczka prasowa Okręgowego Inspektoratu Pracy w Bydgoszczy.
PŁONĄ ZNICZE
- Kierowca „scanii” najbliższe 3 miesiące spędzi w areszcie, gdzie poczeka na proces - wyjaśnia Krzysztof Jaźwiński.
Proces odbędzie się w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy. Wcześniej śledczy muszą zgromadzić materiał dowodowy i złożyć akt oskarżenia.
W czasie, gdy w sprawie katastrofy prowadzone jest śledztwo, odbyły się pogrzeby ofiar. Jeden z mieszkańców Gorzyc wzruszył się, kiedy zobaczył, jak dużo ludzi przybyło pożegnać Piotra K. I dodaje: - Było tak dużo ludzi, bo to był taki dobry chłopak, o miłym usposobieniu.
Jadąc do Bydgoszczy przez Łabiszyn można odnieść wrażenie, że zbiorowy grób pięciu ofiar katastrofy drogowej znajduje się w miejscu, w którym zginęli. Płonie tam wiele zniczy. Dodatkowo symboliki temu miejscu nadaje znajdujący się tuż obok przydrożny krzyż.
- Widzę, jak przejeżdżający ludzie, którzy pewnie jadą do pracy w Bydgoszczy, zatrzymują się i zapalają znicze. Często się tu zatrzymują, poprzez symboliczne zapalenie znicza upamiętniają to tragiczne zdarzenie, pamiętają o ofiarach - mówi mieszkaniec Murczynka mieszkający kilka metrów od miejsca, w którym doszło do tej największej w powiecie żnińskim katastrofy drogowej.
Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1085 (48/2012)
Więcej informacji na ten temat:
- Odpowie z wolnej stopy
Nie ma opinii
W Murczynku nie zachował ostrożności
Nie katastrofa, a wypadek ze skutkiem śmiertelnym
Rusza proces w sprawie wypadku w Murczynku
Sąd Okręgowy przeoczył
Katastrofa, a nie wypadek
Naczepa widmo
Modlił się przy krzyżu
Zabrakłoby elementu zaskoczenia
Każdy ma prawo do obrony
Cztery lata więzienia za katastrofę w Murczynku
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze